Rak szyjki – potrzebna skuteczność
09-12-2011Powstał plan, by w kilka lat osłabić jego siłę rażenia co najmniej o połowę. O niezbędnej edukacji i profilaktyce mówi prof. dr hab. Antonina Ostrowska, która zasiada w Radzie Programowej Polskiej Koalicji na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy.

Foto. Ambro / freedigitalphotos.net
Koalicja chce stworzyć kompleksowy projekt zmian, które pozwolą do końca 2020 roku obniżyć o połowę zapadalność i umieralność na tę chorobę. Jest to cel realny, ponieważ rak szyjki macicy wykryty we wczesnym stadium jest w pełni wyleczalny. Potrzeba tylko skutecznej edukacji i efektywnego programu profilaktyki. Narodowy Program Profilaktyki Raka Szyjki Macicy, który opracowuje koalicja jeszcze w grudniu trafi do Ministerstwa Zdrowia. Społeczne poparcie dla tej niezależnej inicjatywy można wyrazić na stronie http://koalicjarsm.pl/wesprzyj-nas.html
Swoje głosy oddało już blisko 5 000 osób, m.in.: pisarka Katarzyna Grochola, dr Irena Eris, posłanka Beata Małecka-Libera, europosłanka Elżbieta Łukaciejewska, sekretarz generalny Związku Powiatów Polskich Rudolf Borusiewicz oraz dziennikarki Katarzyna Dowbor i Jolanta Fajkowska. Każdy głos poparcia zwiększa szanse na poważną społeczną dyskusję na temat koniecznych zmian systemowych.
Rak szyjki macicy to bardzo delikatny temat. Jakie są bariery komunikacyjne i dlaczego edukacja społeczna w tym obszarze jest tak mało skuteczna?
Prof. dr hab. Antonina Ostrowska z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk: Największym problemem jest to, że sposób komunikowania się z kobietami jest za bardzo ujednolicony. Do wszystkich kobiet mówimy jednym językiem, do wszystkich używamy tych samych argumentów, wszystkie staramy się przekonać do robienia badań cytologicznych w ten sam sposób. Te komunikaty powinny być indywidualizowane i dostosowane do osobistej i społecznej sytuacji danej kobiety. Inaczej rozmawia się z kobietami młodszymi, inaczej ze starszymi, inaczej z bizneswoman z wielkiego miasta, a inaczej z gospodynią domową mieszkającą w małym miasteczku czy na wsi. Czasami ulotka czy artykuł to za mało, czasami trzeba pójść i z kobietą porozmawiać w cztery oczy.
A kto mógłby to robić?
Prof. A.O.: Przede wszystkim pielęgniarki środowiskowe i położne. Myślę, że warto byłoby też zachęcić do takich rozmów pracowników socjalnych. No i oczywiście lekarzy rodzinnych.
Dlaczego zdarza się, że kobiety znając zagrożenie i wiedząc, że powinny się badać, tego nie robią…
Prof. A.O.: Spotykam się z kobietami, które, po urodzeniu dzieci i zakończeniu okresu reprodukcyjnego, zapominają o tym, kim są. Zupełnie jakby ktoś im odebrał nagle płeć. Przestają chodzić do ginekologa, nie wykonują ani cytologii, ani mammografii. Uznają, że od momentu rozpoczęcia menopauzy problemy chorób związanych z narządami rodnymi ich nie dotyczą.
Jak zatem dotrzeć do tych kobiet z informacją i zachęcić je do profilaktyki?
Prof. A.O.: Standardowo rozsyłane komunikaty budzą często lęk. Kiedy straszy się rakiem, śmiercią, to strach zaczyna paraliżować. Paradoksalnie taka kobieta, zamiast pójść do lekarza, myśli sobie: „Wolę nie wiedzieć. Po co mi to? Przecież i tak trzeba kiedyś będzie na coś umrzeć”. Są takie kobiety, które uważają, że stres związany z diagnostyką jest o wiele gorszy niż sama choroba i leczenie. Jeśli mają takie nastawienie, to standardowe komunikaty o konieczności profilaktyki niewiele tu pomogą. Problem leży w głęboko zakorzenionych stereotypach myślowych, na temat zdrowia, choroby, wartości życia i śmierci… I tego, niestety, często medycyna nie bierze pod uwagę.
Z jednej strony jest strach, ale z drugiej też wstyd…
Prof. A.O.: Szczególnie w małych miasteczkach i na wsiach, gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzą, wizyty u ginekologa bywają nie tylko żenującym doświadczeniem, naruszającym barierę intymności, ale czasem są też postrzegane jako skutek rozwiązłości. Zdarza się także, że i młode dziewczyny, mieszkające w dużych miastach, które mają wysoki poziom świadomości zdrowotnej, nie chodzą do ginekologa. Szczególnie dotyczy to sytuacji, kiedy otoczenie – rodzice, dziadkowie – myśli, że nastolatka nie rozpoczęła jeszcze życia seksualnego. Wtedy dziewczyna, skwapliwie ukrywając swoją tajemnicę, rezygnuje z wizyt u ginekologa, mimo że jest już aktywna seksualnie.
Żeby działania edukacyjne miały sens, muszą być poparte pewnymi zmianami systemowymi, które poprawią m.in. dostępność badań cytologicznych.
Prof. A.O.: Oczywiście. To jest bardzo ważna sprawa. Bardzo często się podkreśla, że edukacja jest kluczem do sukcesu. Ale edukacja nic nie da, jeśli za nią nie będzie stał dostępny system, z którego dobrodziejstw będzie można łatwo skorzystać. Co z tego, że kobieta będzie wiedziała, że powinna się przebadać, jeśli badania nie będą dostępne? Albo jeśli wykryta zostanie choroba, a niemożliwe będzie wszczęcie wczesnego leczenia? Wtedy wyedukowane i świadome pacjentki będą się tylko frustrować.Sama edukacja nie zmieni obrazu choroby i epidemiologii w naszym kraju. Muszą się zadziać szerokie zmiany w systemie, żeby cel Koalicji, jakim jest obniżenie zachorowalności i umieralności na raka szyjki macicy, mógł się urzeczywistnić.







