Z czego żyjesz, Zofio?
18-08-2011Spodobała się Wam Niuta – bohaterka prozy Sławomira Kopera. Pomyślałam: może pójść za ciosem? I oto niezwykle wydarzenie – Autor przysłał nam fragment książki „Wpływowe kobiety II Rzeczypospolitej”, która ukaże się dopiero we wrześniu. A zatem – wielka premiera właśnie u nas! Tym razem o… sprawach finansowych Zofii Nałkowskiej. Będzie też o „gorszycielce”, feministce Irenie Krzywickiej i o Marii Dąbrowskiej, którą Pan Sławomir nazywa Henryką Krzywonos swoich czasów. Wciągnęło Was? Ja siadam do czytania.
Agata Młynarska

Sławomir Koper
Finanse pani Zofii
Podstawowym problemem pisarza, bez względu na epokę czy ustrój społeczny, jest możliwość utrzymywania się wyłącznie z własnego talentu. W okresie międzywojennym, ta sztuka udała się Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi – bestsellerowy powieściopisarz żył na poziomie nieosiągalnym dla innych literatów. Doskonale radzili sobie Tuwim, Słonimski i Boy, inni łączyli (mniej lub bardziej udanie) literaturę z pracą zawodową. Wierzyński był dziennikarzem, Iwaszkiewicz i Lechoń pracowali w dyplomacji, Pawlikowska i Samozwaniec miały zamożnych rodziców, a mąż Krzywickiej doskonale zarabiał jako adwokat. Nałkowska utrzymywała się wyłącznie z pióra, a jej sytuacja finansowa zmieniała się wielokrotnie.
Chociaż w Drugiej Rzeczypospolitej poważny procent społeczeństwa nie potrafił czytać i pisać, to nakłady książek były zbliżone do tych z początku XXI stulecia. Powieści wydawano najczęściej w liczbie 3–5 tysięcy egzemplarzy i uważano za sukces, gdy taki nakład rozszedł się w ciągu roku. Wówczas następował dodruk, a pojawienie się nowej pozycji popularnego autora było okazją do wznawiania poprzednich tytułów. Krąg czytelników ograniczał się z reguły do wąskiego grona inteligencji, literaturą interesowali się również ziemianie i arystokraci. Z tych samych środowisk rekrutowała się zresztą publiczność kabaretów literackich, kto nie znał Romansu Wobicy Krzywickiej, podtekstów Domu kobiet Nałkowskiej, czy nowego tomiku Wierzyńskiego, mógł czasami nie zrozumieć programu Qui Pro Quo.
Nie dotyczyło to Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Jego powieści czytali wszyscy, bez względu na status społeczny czy wykształcenie. Popularność jego utworów była fenomenem okresu międzywojennego, a niektóre z nich nie straciły aktualności do dnia dzisiejszego. Szczególnie Kariera Nikodema Dyzmy wydaje się powieścią ponadczasową, a udane ekranizacje popularność tę jeszcze powiększają.
Podobnie jak dzisiaj, w czasach Drugiej Rzeczypospolitej głównymi odbiorcami literatury były kobiety, to one decydowały o nakładach książek. I chociaż obecnie analfabetyzm w naszym kraju już nie istnieje, to płeć piękna pozostała najważniejszym klientem księgarń – z jej gustami i upodobaniami musi liczyć się każdy autor i wydawca.
Zmienił się natomiast system dystrybucji literatury. Normalnym obyczajem, sięgającym jeszcze XIX stulecia, premiera powieści poczytnego autora odbywała się na łamach prasy. W ten sposób czytelnicy zapoznali się z Trylogią Sienkiewicza, a w okresie międzywojennym na łamach czasopism ukazywały się najlepsze polskie powieści. Regularne pisanie kolejnych odcinków powieści do prasy wymagało od autora nieprawdopodobnej dyscypliny, właściwie podporządkowania życia temu rytmowi.
„Pamiętam jego pobyt w Sikorzu – wspominał Dołęgę-Mostowicza Leon Bukowiecki – kiedy pisał Trzy serca. Był bardzo zorganizowany i pracowity. Wstawał o siódmej rano, to znaczy budził go lokaj – przynosił mu obfite śniadanie, do którego Mostuchna wypijał «na rozruch», jak mawiał, pięćdziesiątkę wódeczki, nigdy więcej. Pisał w szlafroku od ósmej do dwunastej. Potem poprawiał tekst, pakował go do koperty z napisem «Express» i oddawał listonoszowi, który przychodził codziennie do pałacu o dwunastej trzydzieści. Już o piętnastej przesyłka lądowała w Płocku, a o piętnastej trzydzieści nadawano ją do Warszawy, gdzie trafiała o siódmej wieczorem lub o piątej rano. Na drugi dzień była już w gazecie. Nigdy nie spóźnił się ani on, ani Poczta Polska. W piątek pisał dwa odcinki, które oddawał w sobotę – w niedzielę listonosz nie przychodził”.
W podobny sposób pisała Nałkowska. Jej powieści miały premiery na łamach prasy i chociaż pani Zofia straszliwie narzekała, to jednak ze względów ekonomicznych nie myślała o rezygnacji. Premiera prasowa oznaczała zwiększenie zysków i dodatkową reklamę.
„Takie drukowanie – notowała z rezygnacją – które nie może mieć przerwy, jest ciągłą torturą nerwową, bo nie wolno się rozchorować, nie wolno nie zdążyć na termin, nie wolno nie móc pisać. Jest to już czwarta, nawet piąta moja książka pisana tą metodą. Inaczej nie mogę – głównie z potrzeby pieniędzy, a trochę może z powodu braku woli”.
Właściwie tylko Dołęga-Mostowicz żył wyłącznie ze swoich powieści (przygotowywał również scenariusze), inni autorzy utrzymujący się z pióra, nie ograniczali się do głównego nurtu działalności. Boy-Żeleński zarabiał jako recenzent teatralny, Słonimski i Tuwim pisywali dla kabaretów. Z publicystyki czerpała dochody Krzywicka, nie odmawiała felietonów i reportaży również Nałkowska. To zresztą pozostało aktualne do dnia dzisiejszego, grono współpracowników krajowych czasopism obejmuje całkiem pokaźną grupę literatów. Skala zjawiska jest może nieco mniejsza niż w dwudziestoleciu międzywojennym, ale umożliwia orientację w zagadnieniu.
Wyjazdy krajowe i zagraniczne były dla Nałkowskiej okazją do pisania reportaży, a ich konfrontacja z zapiskami w Dziennikach, przynosi czasami zaskakujące rezultaty. W relacjach z pierwszego pobytu w Jugosławii, opisywała spotkanie w Zagrzebiu z najwybitniejszym rzeźbiarzem chorwackim Ivanem Meštroviciem i wizytę w jego pracowni. W prywatnych zapiskach natomiast wyrażała żal, że nie było go wówczas na miejscu i że go nie poznała! Licentia poetica czy konfabulacja? A może po prostu osoba artysty była jej potrzebna do relacji, a będąc pisarką, mogła bez problemu wyobrazić sobie spotkanie? Nie zmienia to faktu, że jej relacja jest bardzo interesująca; przy okazji kolejnego pobytu z dumą pokazała Meštroviciovi tekst o nim wydrukowany w „Tygodniku Ilustrowanym”.
Był jednak okres, gdy okoliczności zmusiły ją do podjęcia regularnej pracy zarobkowej. Nazwisko i koneksje otwierały każde drzwi w kraju, nie miała więc problemów ze znalezieniem dobrze płatnej posady w stolicy:
„W 1919 roku – pisała Melcer – wielbiciel jej, brunet i srogi brodacz, Władysław Baranowski, został szefem propagandy przy Prezydium Rady Ministrów na Krakowskim Przedmieściu […] i zaproponował jej pracę kierownika literackiego […]”.
Nałkowska odnalazła się na tym stanowisku, bez problemu pozyskała do współpracy: Ignacego Daszyńskiego, Wincentego Rzymowskiego, Tadeusza Hołówkę. Podobno „była surowym szefem”, ale nie pozbyła się własnych nawyków. I tak „do biura przychodziła na godzinę jedenastą”, albowiem do końca nie potrafiła zrezygnować ze „specyficznego lenistwa, które trzymało ja do południa w łóżku, każąc zawsze unikać wszelkiego wysiłku fizycznego”. Okazywała jednak wyrozumiałość wobec podwładnych (szczególnie kobiet!), zatrudniła zresztą u siebie Wandę Melcer. Chyba jednak praca zawodowa mocno ją absorbowała, bo w tym czasie praktycznie urwały się wpisy w Dzienniku.
Warto dodać więcej informacji na temat Władysława Baranowskiego. Nałkowska flirtowała z nim już w Krakowie, w czasach kiedy leczyła złamane serce po Edmundzie Szalicie. Wanda Melcer określiła go jako wielbiciela Zofii, wydaje się jednak, że z czasem ich kontakty nie ograniczyły się wyłącznie do adoracji. Nałkowska wspominała go w zapiskach z lipca 1926 roku, w czasach gdy jej małżeństwo z Gorzechowskim weszło już w fazę ostrego kryzysu. Baranowski był wówczas w separacji (lub rozwiódł się) z żoną, a pani Zofia pisała coś o „najcudowniejszym miesiącu spędzonym w Warszawie i niecałkiem wzajemnej miłości dla Wł. Baranowskiego”. Cztery lata później wspomniała o szaleństwach u jego boku. Związek musiał mieć podłoże seksualne – wiele lat później Zofia przyznała się, że była to jej pierwsza zdrada wobec Gorzechowskiego. A jeżeli pierwsza, to musiały być również następne. Po Warszawie krążyły plotki na temat jej planowanego małżeństwa z Baranowskim.
Flirty i romanse uprzyjemniają codzienność, ale proza życia to coś zupełnie innego. Powołaniem Nałkowskiej była literatura i po powrocie z Grodna nawiązała współpracę z wydawnictwem Gebethner i Wolff. Niestety, pisarka nie potrafiła zadbać o własne interesy, sprawy finansowe stawiając na drugim planie, a bardziej interesując się efektami literackimi. A w sytuacji gdy utrzymywała się z pisania (i to na wysokiej stopie), konieczne były stałe dochody.
I dlatego brała niemal każde zlecenie, jakie jej zaproponowano:
„Cały dzień – pisała w grudniu 1928 roki – owinięta w ciepły szlafrok siedzę w domu i pisze głupią nowelę pacyfistyczną dla dzieci do trzeciego tomu wypisów Ossolineum. Robię to tylko dla pieniędzy, a nowele więzienne odsuwają się wciąż dalej. Robię to tylko dla pieniędzy, a pieniędzy wciąż nie mam”.
Jan Gebethner jest autorem ładnego wspomnienia pośmiertnego o pisarce, w którym przedstawił sielankową wersję ich współpracy. Sugerował, że czasami wydawnictwo dokładało do interesu powodowane szacunkiem do pisarki. Wspomniał o stałej umowie, dzięki czemu, „płacąc ustaloną z góry zaliczką sumę miesięczną na rachunek jej prac, odsunęliśmy od niej kłopoty finansowe i umożliwiliśmy spokojną pracę”. Nałkowska również miała wywiązywać się z umowy, „nie zaniedbywała się w pracy i z regularnością zegarka, co rok, dawała nam nową książkę do wydania”.
Szacowny wydawca zapomniał tylko wspomnieć, że początkowo jego firma nie chciała wypłacać żadnych miesięcznych zaliczek, a zdenerwowana autorka przeszła do konkurencji oferującej jej mniejsze, ale systematycznie wypłacane pieniądze. Do porozumienia doszło dopiero po pewnym czasie, kiedy ktoś wreszcie u Gebethnera i Wolffa zrozumiał, że kurę znoszącą złote jajka można skubać, ale nie zarzynać.
Stosunki na linii autor–wydawca z reguły należą do bardzo delikatnych, a obie strony najczęściej czują się wyzyskiwane. Czytając wynurzenia Gebethnera, można chwilami odnieść wrażenie, że wydawnictwo dbało głównie o autorkę, własne interesy stawiając na dalszym planie. Nałkowska natomiast, miała całkowicie odmienne zdanie, złorzeczyła na wydawców, ze szczególnym uwzględnieniem Gebethnera i Wolffa:
„Przez ostatnie miesiące zagłębiałam prawdę, jak mało pomagają pieniądze przeciwko nieszczęściu [rozpadzie małżeństwa z Gorzechowskim – S.K.]. Teraz, wydawszy je, rozmyślam, że ich brak jest nieszczęściem nieustającym. Więc oto Gebethner powiada mi, że nie tylko nic teraz, ale nie może wskazać terminu, w którym być może. I to pomimo, że w tych dniach wyjdzie trzecie wydanie Księcia (korektę jego robiłam ze wstydem i obrzydzeniem, że mogłam kiedyś być taka), że Niedobra miłość jest na wyczerpaniu, że tom więzienny, który na pewno ostatecznie nazwę Ścianami świata, jest prawie gotowy. Tak, tak”.
Intrygujący efekt przynosi zestawienie samozadowolenia Gebethnera z pretensjami Nałkowskiej. Wydawca wspominał sprawę publikacji dramatu Dom kobiet:
„Pan Rulikowski [osoba odpowiadająca w wydawnictwie za sprawy wydawnicze – S.K.], który poznał częściowo tę sztukę w rękopisie, rokował jej duże powodzenie i twierdził, że chociaż sama sprzedaż nie będzie szła szybko, to jednak wydanie jest konieczne ze względu na stosunki, jakie łączą nas z autorką”.
Nałkowska zaś z irytacją zauważyła, że jej wydawcy „biorą rękopis z miną ofiary”, bo właściwie to „jest wszystko, o nic więcej nie chodzi”. A tak w ogóle, to „w domach wydawniczych, redakcjach, urzędach – pisarz jest tym najmniej potrzebnym, tym natrętnym, którego żądanie pieniędzy budzi zakłopotane zdziwienie”.
Rulikowski miał jednak rację, premiera Domu kobiet przyniosła sukces, chociaż wersja książkowa dramatu sprzedawała się wyjątkowo słabo. Podobnie było z następną sztuką Nałkowskiej – Dzień jego powrotu, która była przeróbką powieści Niedobra miłość.
Sukces sceniczny dramatów Nałkowskiej miał przełożenie na wzrost sprzedaży poprzednich tytułów, co zwiększało zysk wydawnictwa. I oto chyba w tym wszystkim chodziło, zarządcy firmy nie byli tak bezinteresowni, jak po latach chciał wmówić Jan Gebethner. Ale czytając wspomnienia innych wydawców (lub członków ich rodzin), można odnieść wrażenie, że ich głównym zajęciem była ochrona własnego majątku przed żądnymi gotówki autorami.
Nałkowska zostawiała czasami w wydawnictwie maszynopis nowej książki, nie mając pewności, czy w ogóle zostanie wydana, o żadnej zaliczce nie wspominając. Zdarzało się, że po pewnym czasie otrzymywała negatywną odpowiedź:
„Gdy odeszłam od telefonu – zanotowała w sierpniu 1931 roku – po rozmowie z Rulikowskim (Gebethner), zrobiło mi się, można powiedzieć, ciepło. Odpowiedź ostateczna brzmi, że nie wydadzą nic. To jest jesień i na tę wiadomość czekałam w słodkiej niepewności aż do dziś. Co mam robić? Jestem jak ktoś, kto utracił posadę (której od szeregu miesięcy zresztą nie miał), należę do ogromnej dziś armii bezrobotnych, nie mam żadnego zarobku”.
W efekcie pisarka brała niemal każde zlecenie i „pisaniem artykułów zarabiała małe grosze, które rozchodziły się zaraz”. Faktycznie wielki kryzys gospodarczy zapoczątkowany czarnym czwartkiem na giełdzie nowojorskiej 24 października 1929 roku dał się odczuć również i w tej branży. Dotychczas płacono Nałkowskiej 1,50 złotego od wiersza, teraz stawki spadły do 30 groszy. A do tego nie wypłacano należności całymi tygodniami i autorka traciła dużo czasu na interwencje i dopraszanie się własnych, ciężko zarobionych pieniędzy.
„Komizm powiększa fakt – pisała w liście do przyjaciółki – że otoczona jestem przeważnie ludźmi kapiącymi od pieniędzy, którzy nie domyślają się wcale, jak jest ze mną, gdy z uśmieszkami niedołęstwa wykręcam się od ich zaproszeń i innych miłych propozycji”.
Przypominało to nieco sytuację Szymanowskiego, otoczonego u schyłku życia powszechnym uwielbieniem, a nieposiadającego środków finansowych na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Nic dziwnego, że kompozytor mawiał z zadumą, że chciałby mieć chociaż część tych środków, które zostaną wydane na jego pogrzeb. I miał rację.
Codzienna szamotanina o pieniądze męczyła pisarkę, miała dosyć trosk finansowych, nieterminowych wypłat, braku regularnych dochodów. Nie sprzyjało to systematycznej pracy, chyba żaden autor nie potrafi regularnie pisać bez wymiernych efektów finansowych. A nie tylko wydawcy potrafili być bezwzględni, zarządcy teatrów również nie pozostawali w tyle.
„Ale strach mię ogarnia z powodu pieniędzy – notowała Zofia w 1930 roku w Zakopanem. – No, to się zobaczy. – Parę dni usiłowałam pracować – ale posunął mi się głównie dramat, dotąd pisany ołówkiem, w stanie zupełnie surowym. A powinnam zrobić te trzy nowele do tomu, gdybym mogła go teraz oddać, miałabym czoło żądać od Gebethnera 500 złotych. Ach, i zostać tu jeszcze do połowy września! Na dramat w tym stadium bałabym się jeszcze brać zaliczki, jeszcze mu nie ufam. Zresztą Szyfman wyjechał z Warszawy i nie mam jego adresu. Winien mi jest jeszcze 300 złotych. I Solska nie dała mi dotąd ani grosza, choć robiła delikatne aluzje, że o tym pamięta. I na koniec, że wspomnę te sto złotych, pożyczone Kleszczyńskiemu w ciężkiej chwili – ale dlaczego aż dotąd nieodesłane?”.
Kłopoty finansowe pisarki nie ograniczały się wyłącznie do niesolidności wydawców czy reżyserów. W 1930 roku Nałkowska otrzymała nagrodę państwową i oczywiście nie rozliczyła się z niej na czas przed fiskusem. Władze skarbowe nie spieszyły się z przekazaniem informacji o naliczonym podatku i wiadomość o obowiązku podatkowym zastała pisarkę w najmniej sprzyjających okolicznościach. Kończyła wówczas pobyt w Zakopanem, niemal zupełnie bez grosza, nie miała nawet środków na uregulowanie należności za wynajem (wydawcy i zarządcy teatrów!). W efekcie matka musiała pożyczyć kilkaset złotych, aby wykupić córkę spod Giewontu.
Kontakty z władzami skarbowymi nigdy nie należą do przyjemności, a zaległości podatkowe mogą być przyczyną ogromnych kłopotów. Doświadczyła tego również pani Zofia, a sprawa zaległego podatku ciągnęła się za nią, zatruwając jej życie. Z goryczą notowała w marcu 1934 roku:
„Mam płacić 800 złotych, zupełnie jakbym nie zgłaszała sprzeciwów i podań do Komisji Odwoławczej w czasie właściwym. Zagrożono mi policją, zajęciem rzeczy. Z osoby aktywnej, pewnej siebie i mężnej zamieniłam się od tego ciosu w łachman niedołęstwa. Moja rozmowa z jedną sekretarką, z jednym wiceministrem i drugą sekretarką – same porażki. I taki stan fizyczny, jaki upokarzający smutek. Cały ten tydzień telefony i takie rozmowy. […] Ostatnia rozmowa z dyrektorem Izby Skarbowej, po zażyciu mnóstwa kropli walerianowych, wypadła już lepiej. Coś obiecał, znając mię z książek i ceniąc”.
Najbardziej doskwierał jej los petenta, narażonego na wyniosłe traktowanie przez sekretarki, którym jej nazwisko nic nie mówiło. Nałkowska zdawała się nie dostrzegać faktu, że podlega takim samym przepisom jak inni obywatele, i złorzeczyła, gdy wreszcie zaległości rozłożono jej na raty. Najwyraźniej oczekiwała umorzenia podatku w całości.
Właściwie jedynym regularnym dochodem pisarki, był ryczałt wypłacany za udział w posiedzeniach Polskiej Akademii Literatury (była tam jedyną kobietą). Początkowo wynosił on 300 złotych, później został zmniejszony do 200 złotych (za posiedzenia wyjazdowe płacono 250 złotych). Wiązało się to z koniecznością udziału w posiedzeniach i żałowała, gdy z powodów zdrowotnych lub innych obowiązków, nie mogła uczestniczyć w obradach. Absencja oznaczała bowiem automatyczne zmniejszenie dochodów.
Nałkowska zrozumiała z czasem, że musi zatrudnić specjalistę, który zadba o stronę organizacyjną jej kariery. To przecież nierzadki przypadek, że utalentowany artysta gubi się w świecie ekonomii. Ale od czego są zawodowi agenci i doradcy?
„W owym okresie – pisała Wanda Melcer – Zofia ułożyła swoje osobiste życie na pewien specjalny sposób. Coraz wzrastające powodzenie, wielka ilość korespondencji, manipulowanie nowymi wydaniami, rękopisami, drukarnia, korekty wydawcy, przekłady i listy z zagranicy z jednej strony, a coraz wzrastające dochody z drugiej sprawiły, że zaczęła rozglądać się osobą, która wprowadziła ład w jej interesy, czego pilnie potrzebowała i na co juz mogła sobie pozwolić.[…] Po paru próbach sekretarzem jej został Bogusław Kuczyński, rosły blondyn, który miał również stosunki literackie i rozwijał je pod jej kierunkiem”.
Zachowały się bardzo zróżnicowane opinie o Kuczyńskim – bez wątpienia zaważyła jego rola w osobistym życiu pisarki. Ale jako jej pełnomocnik doskonale się sprawdził, po raz pierwszy sprawy finansowe Nałkowskiej poprowadzone zostały w profesjonalny sposób.
„Mija jakiś czas – wspominała Nadzieja Drucka – i zdobyte bez wysiłku pieniądze zaczynają wpływać regularnie, drugie i trzecie wydania przynoszą spore sumy, ukazują się tłumaczone za granicą powieści, firma Gebethner i Wolff skłonna jest wypłacać honoraria awansem”.
Z tym wypłacaniem awansem też różnie bywało, jeden z dyrektorów firmy ostro protestował, tłumacząc Nałkowskiej, że to duże ryzyko dla wydawcy, albowiem autorka może przecież umrzeć w trakcie pisania kolejnej powieści i firma poniesie straty! Wydawnictwo Gebethnera i Wolffa miało zresztą na sumieniu niezbyt jasne sprawy wyglądające na nieuczciwość na relatywnie (jak na obroty firmy) kwoty. Powiązania Nałkowskiej z wydawnictwem przypominały gąszcz, w którym dopiero Kuczyński zrobił porządek:
„Potem byliśmy we dwoje – pisała w październiku 1935 roku – u Gebethnera na walnej rozmowie z dyrektorem Nowickim. Jego wytworne chwyty towarzyskie, jego głupota, jago zawstydzająca megalomania! Te świadczenia nie są przecież opłacone osobno, te idiotyczne konwersacje, te denerwujące targi dorzuca się do tekstu literackiego gratis. Mimo to koncepcja Bogusława nie dała się w całej rozciągłości utrzymać. Natomiast zatrzymane bez mej wiedzy 493 złote za złożone u Gebethnera w komis Tajemnice krwi, z których od dziesięciu lat nie zdawano mi rachunków, zostaną, o dziwo! wypłacone”.
Wcześniej zdarzały się sytuacje, że Nałkowska wybierała się na eleganckie przyjęcie do Becków, na cześć ambasadora Francji Laroche’a, mając w torebce pożyczone od kogoś dwa złote!
Zresztą nawet później w kontaktach z Gebethnerem nie było sielanki, pisarka wspominała o wydzieraniu przez Kuczyńskiego pieniędzy od wydawcy, a już do pasji doprowadzały ją ciągłe opóźnienia w płatnościach. Nieprzestrzeganie terminów regulowania zobowiązań wobec autorów jest częstą praktyką, ale warszawska firma zdecydowanie przekraczała wszelkie zasady:
„Ten Gebethner! – piekliła się Nałkowska. – Ma robić trzecie wydanie Granicy, a pieniędzy nie płaci. Całe najcenniejsze przedpołudnia obraca się na te denerwujące telefony, układy, oczekiwania. – Przedwczoraj przysłali 50 złotych, wczoraj wbrew przyrzeczeniom – nic”.
Trzy wydania Granicy przyniosły autorce 7600 złotych (razem z zaliczkami), była to znacząca kwota, odpowiednik ponad dwudziestu pięciu miesięcznych pensji urzędnika średniego szczebla. Wydawca również był zadowolony, dlatego pomimo wszelkich nieporozumień współpraca trwała dalej. A Nałkowska nie ukrywała metod, jakimi Kuczyński mobilizował ją do pracy:
„Nad biurkiem mam przyczepioną przez Bogusława kartkę z pięknie na maszynie wypisanym dekalogiem obowiązków na najbliższe miesiące: »Sztuka« (5 tysięcy zaliczki, zaledwie rozpoczęta robota), Słuchowisko (zamówione dla Radia przez Hulewicza, może dać tysiąc złotych), Powieść (pisany przez Bogusława Dom Julii), Zaremba (zamówienie na powieść dla młodzieży, zaliczka 750 zł już teraz wzięta), Korespondencje (książka zebranych mych sprawozdań z podróży). Ta ostatnia powiększona będzie przez Hiszpanię, gdzie wyjadę za dziesięć dni, znowu przez PEN-Club delegowana na kongres w Barcelonie. Bogusław przeobraził moje życie niejako de fond en comble [gruntownie – S.K.], wszystko urządzone jest tak, by obstawić bezpieczeństwo i spokój pisania”.
Kuczyński nie dopuszczał do odrzucania żadnych zleceń, Zofia pisywała nowele dla dzieci (300zł od sztuki), czytała utwory na konkurs „Płomyka” (300 złotych za dziesięć utworów), a skuteczność Kuczyńskiego była zadziwiająca.
„366 złotych za czeski przekład Granicy – notowała pani Zofia w styczniu 1937 roku, 200 za przedmowę do Orzeszkowej, 46 złotych z obrachunku za Tajemnice krwi. Straszna praca nad Bovary [Nałkowska przygotowywała adaptację sceniczną powieści Flauberta – S.K.], za która dostałam tylko 700 złotych, mimo diabelskiego pośpiechu trwa już drugi miesiąc. Ale może coś jeszcze przynieść na przyszłość”.
Kuczyński bywał bezwzględny w negocjacjach, ale taki człowiek był Nałkowskiej potrzebny. Wznowienia wcześniejszych utworów pisarka zawdzięczała praktycznie tylko jego zaradności. Każde takie wydarzenie przynosiło dodatkowe pieniądze, podobnie jak odczyty, których Zofia nie znosiła. Ale ustępowała – ekonomia zawsze wygrywała. Ogromnym sukcesem Kuczyńskiego była umowa z jedną z wytwórni filmowych na ekranizację Granicy za 5000 złotych, co wydatnie poprawiało humor pisarce.
Jej intymny związek z Kuczyńskim, to już zupełnie inna historia – równie dramatyczna jak związki pani Zofii z innymi mężczyznami.






