Blog Patrycji Piekutowskiej
Piękna, charyzmatyczna blondynka, zarażająca energią. Ma dopiero 37 lat, a już osiągnęła światową sławę jako skrzypaczka. Ma tytuł doktora habilitowanego sztuk muzycznych, jest najmłodszym profesorem nadzwyczajnym w Polsce. Zagrała ponad 600 koncertów w 32 krajach, nagrała osiem płyt.

pieku.jpg

Fot. Krzysztof Wyżyński

 

Od pięciu lat promuje na świecie swój niezwykły projekt – recital na skrzypce solo „Od Bacha do Pendereckiego”, który prezentowała z wielkim powodzeniem w Moskwie, Nowym Jorku, Madrycie, Pekinie, Bukareszcie, jak również podczas tournee w Boliwii, Ekwadorze i Peru. Kocha zwiedzać świat. Jej płyta "My Journey" to opowieść o miłości do muzyki i do podróżowania. Jednak największą wartością w jej życiu jest rodzina.

- Moje życie dzieli się bez wątpienia na dwa etapy – opowiada Patrycja. - Przed poznaniem mojego Męża i narodzinami Synka. Wcześniej mieszkałam w samolocie, ciągle gdzieś, ogromnie dużo koncertów, dom był właściwie miejscem do trzymania rzeczy. Mój Mąż nauczył mnie tego, że to dom ma być centrum wszystkiego, nauczył mnie w nim być. A Synek odmienił wszystko. To dla Niego potrafiłam latać na półtora dnia do Chin, aby jak najszybciej być w domu i dla Niego też ograniczyłam bardzo ilość koncertów. A teraz jeszcze dołączy do nas pies. Dom jest najważniejszy. Muzyka jest zawsze w drugiej kolejności.

Na swoim blogu www.piekutowska.bloog.pl z humorem opisuje przygody z podróży i koncertów.

- Ja nie szukam przygód. To one znajdują mnie.- mówi Patrycja. Tym razem- historyjka o niezapomnianej podróży lotniczej

 

Historia jest na tyle nieprawdopodobna, że muszę na wstępie wszystkich zapewnić swoim słowem, które jest dla mnie najwyższą wartością, że to prawda! Zero konfabulacji, koloryzacji i nadinterpretacji - czyste fakty i to opowiadające o zdarzeniach jednej doby.

Pewnego sierpniowego dnia dostałam propozycję zagrania koncertu w Szwajcarii, nazwijmy to prywatnego. Niestety, była to data poprzedzająca nasz wspólny, rodzinny wylot do Nowego Jorku, więc gdy już miałam odmówić okazało się, że wraz z moim Mężem zostanę do Szwajcarii "dostarczona" prywatnym samolotem. Również w taki sam sposób zostanę przywieziona, a raczej "przylecona" do Warszawy następnego dnia rano. Będąc fanami przygód, uznaliśmy z Mężem, że dlaczego nie! Nigdy nie lecieliśmy prywatnym, 4-osobowym samolotem, do Szwajcarii w sumie niedaleko, więc decyzja zapadła. Lecimy! Sprawdziliśmy obydwoje w swoich biletach godzinę wylotu do Nowego Jorku i obydwoje odnaleźliśmy tam godzinę 16:15. Pięknie! Spakujemy się przed wylotem do Szwajcarii, Synek zostanie z dziadkami na tę jedną noc, a my śmigamy. Hej przygodo!

Ciekawie było już w drodze do Szwajcarii. Okazało się, że pilot który z nami leci, ma uprawnienia tylko na terenie Polski, więc zaplanowano zmianę pilota w Poznaniu, gdzie...było tyle chmur, że wszyscy szukaliśmy pasa startowego przez okna... Dość ciekawe przeżycie. Ponieważ to piszę, więc jak się domyślacie, udało się pas wzrokowo zlokalizować ;) Do Szwajcarii dotarliśmy w trzy godziny, samolot jak łupinka orzecha w porównaniu z tymi, które po niebie latały, więc nie zaliczam tego lotu do super komfortowych, ale źle też nie było. Natomiast ilość miejsca porównywalna do Malucha...

Kiedy już szykowałam się do koncertu, dowiedziałam się że lotnisko w Zurichu jutro będzie zamknięte, więc rano musimy się przeprawić przez Jezioro Bodeńskie promem, i dotrzeć do najbliższego lotniska w Niemczech, gdzie będzie czekał nasz samolot!! Zaczęło się robić gorąco.

Znalezienie kogokolwiek, kto po dłuuuugim przyjęciu pokoncertowym dla 200 osób będzie w stanie nas zawieźć do Niemiec samochodem zrobiło się niczym walka o ogień! W końcu udało się, wyjazd o 6 rano, przeprawa promem też się powiodła, choć szczęście mieliśmy wielkie, gdyż w niedzielę prom kursuje tylko raz na godzinę... Docieramy ok. 9:30 na lotnisko i....klops! W trosce o zdrowie i relaks właścicieli prywatnych samolotów ta część lotniska w tej dziurze po granacie, w której dnia poprzedniego samolocik został "zacumowany", otwiera się o 11!!! Innymi słowy, na bogato...

Wtedy zaczęliśmy się martwić na poważnie. Start nie wcześniej niż 11:15, 3 godziny lotu, 16:15 wylot do NYC. Nie jest dobrze. Dzwonimy zatem do rodziców, prosimy aby dopakowali wszystko, przygotowali naszego synka Antosia, generalnie wpadniemy tylko po to, aby wziąć walizki i biegiem na lotnisko. Oby...

Lot na szczęście przy pięknej pogodzie, lądujemy o 14 na Bemowie (dla czytelników z poza Stolicy dodam, że to małe lotnisko w Warszawie, gdzie m.in. trzyma się prywatne samolotki i organizuje koncerty Iron Maiden na przykład...), które na szczęście jest tylko 3 km od naszego domu! Taksówka czeka, lecimy biegiem! Wtedy zaczyna się koszmar. Mój Mąż dzwoni do informacji LOTu, aby dowiedzieć się o której dokładnie jest wylot, bo przecież bilety mamy w komputerze, a komputer w domu...Nagle podczas rozmowy robi się zielony, potem siny, a potem bełkocze coś do pani i odkłada słuchawkę. "Kochanie, pani na pewno się pomyliła, bo powiedziała, że dzisiaj nie ma lotu do Nowego Jorku o 16..." Ja zamarłam – nie wiem o co chodzi, co się dzieje i jak to wytłumaczyć! Niewiele myśląc biorę telefon i dzwonie jeszcze raz. "Witam, chciałabym się zapytać czy lot do Nowego Jorku jest dzisiaj może opóźniony?..." Tak chciałam jakoś zagaić... W odpowiedzi słyszę, że lot był jeden, o 12:15 i właśnie za chwilę wylatuje, bo coś tam się działo i ma ponad 2 godziny opóźnienia. Na co ja ze stoickim spokojem mówię, że to nie chodzi o ten lot, tylko o ten popołudniowy "Proszę pani, ale nie ma lotu popołudniowego. Po południu, to on ląduje w Nowym Jorku. Po 16tej..." Zamarłam. Czy to możliwe, że każde z nas, osobno zupełnie sprawdzając swoje bilety, CZY TO MOŻLIWE, że obydwoje pierwszy raz w życiu spojrzeliśmy na godzinę lądowania zamiast wylotu??? Tak moi Drodzy!!! To możliwe! Decyzja zapadła jedyna możliwa. Ja się nie poddaję nigdy. Póki samolot stoi na płycie, jakaś szansa jest! Wpadamy do domu, rodzice o mało nie zemdleli, bo dla ludzi z ich pokolenia fakt, że można pomylić godzinę lotu do Nowego Jorku, jakby był to autobus podmiejski do Zegrza, jest nijak niewytłumaczalny...

Antoś, nasz synek, oaza spokoju, słucha się niesamowicie, wykonuje wszystkie polecenia, my biegamy w kółko jak chomiki w klatce, dokładamy jakieś drobiazgi, przebieramy się właściwie w biegu i...uświadamiamy sobie, że nie zatrzymaliśmy tej taksówki! Debile... Dzwonimy, będzie za 15 minut dopiero, jakiś cyrk! Wypadamy na balkon i wołamy naszych wspaniałych sąsiadów z piętra wyżej, zresztą moją znakomitą koleżankę, słynną śpiewaczkę operową, ale...mają gości. Patrzą na nas jak na wariatów, rozmowa przez balkon niezapomniana. Monty Python by się nie powstydził.

Taksówka w końcu podjeżdża, ponieważ tak naprawdę poza NYC jeszcze jedziemy potem na Florydę na SETNE urodziny mojej Cioci, więc walizy spakowane na 3 tygodnie, mój Mąż, ktłóry leci częściowo służbowo, całą jedną ma wypełnioną garniturami, butami do nich, koszulami, krawatami itd. To bardzo ważna walizka... Zapamiętajcie ten moment! ;)

Pan taksówką pędzi, Antoś milczy (chyba jeden raz w życiu mu się to zdarzyło), ja wydzwaniam do wszystkich, których znam o pomoc w znalezieniu kontaktu do szefa lotniska, żeby nas wpuścili na pokład! Niestety...wszyscy wyjechali, na urlopie jest też szef lotniska. Zostaje kierownik zmiany, niestety nikt nie zna. Wpadamy, w tym momencie dzwoni moja Mama...i pyta czy zdąży dowieźć nam walizkę, która została...

Teraz musi być dygresja, bo padniecie ze śmiechu! Pamiętacie jeszcze sąsiadów, co mieli gości i nie mogli nas odwieźć? Na pewno! Tak więc jakieś pół godziny po akcji na balkonie, mąż Ani śpiewaczki wspaniałej idzie odprowadzić gości do taksówki na ulicę i co widzi na środku ulicy? Tak, tak...Dobrze myślicie. Walizkę! Ciągnie ją zatem do portierni, nie mając żadnych wątpliwości do kogo ona należy, a nasz w pan portier mówi: "to pewnie pani Patrycji?...." Tę dygresję pozostawię bez komentarza.

Prosimy Mamę, aby nie podwoziła tej waliski, bo jeżeli my damy radę wsiąść do samolotu, to wydarzy się to w ciągu 10 minut, albo w ogóle. Niestety - to walizka ze wszystkim garniturami...Super, wyjazd już jest deficytowy, i to bardzo.

Wpadamy na lotnisko, nagle mój Mąż daje mi do ręki okładkę z orzełkiem, gdyż następnego dnia rano uczestniczy w konferencji w ONZ, gdzie oddaje w czyjeś ręce m.in. list Ministra Sikorskiego! Zabieram list natychmiast i pędzę co sił do szefowej zmiany. Wpadam i mówię o tym, że koncert, samolot prywatny, wylot, prom, Bemowo, rodzice, spóźniony tragicznie wylot z tejże Szwajcarii, mąż leci z listem (tu macham oczywiście zamkniętą teczką z orzełkiem przed nosem przerażonej pani...), jutro rano MUSI go przekazać w ONZ, to bardzo ważne, nie ma wyjścia, inaczej straci pracę, a ja.....artystka, nigdy nie odmawiam koncertów, myślałam, że zdążę z tej Szwajcarii itd...... To wszystko powiedziałam w jakieś 3 minuty, oczywiście za żadne skarby nie przyznając się do naszego oczywistego niedopatrzenia. Dodam, że jest godzina 14;45...

Pani słucha, jakoś wkręca się w moja energię, udziela jej się cały klimat, dzwoni do "gejtu" i....dowiaduje się, że nie ma szans, że nie wpuszczą już nikogo, bo nie ma jak bagażu załadować. To ja w desperacji mówię, że polecimy tylko z podręcznym, nie ma sprawy (chyba taniej kupić parę ciuchów letnich niż stracić 3 bilety...). Pani zatem dzwoni jeszcze raz, jakoś temat listu ją przekonał, zgadzają się na wejście z podręcznym! Lecę na dół, a tam mój wspaniały Mąż z najdzielniejszym Antosiem deliberuje przy takim specjalnym okienku do specjalnych odpraw, gdzie też już jakaś pani z krótkofalówką walczy o nasz wylot. Zaczynamy wrzucać co popadnie do podręcznego, Antoś kochany pomaga, nagle...jedna pani mówi, że załatwiła nawet nadanie bagażu! To niesamowite...Jest już 14:55... Samolot ma wreszcie zaklepany wylot o 15:15. Wtedy zapada decyzja, że przeprowadzą nas bramkami dla VIPów, bo tylko tam nie ma kolejki, ale musimy biec! Bagaż nadany, ja Antosia na ręce, Grzegorz trzy podręczne walizki w trzech rękach, pędzimy straszliwie, oczywiście lot jest z ostatniego "gejtu" na końcu najdalszego korytarza lotniska.

Teraz wielki finał...wpadamy zdyszani jak nie wiem co, płuca w gardle, Antoś milczy nadal, ale nie płacze, my mamy łzy w oczach, że się udało i wtedy idąc przez samolot widzimy wzrok pasażerów, którzy od dwóch godzin siedzą na pokładzie samolotu...Nota bene coś było nie tak, ale wszystko naprawili, tylko jak się domyślacie nikt o tym nie myślał, jak zobaczył nas... Przecież final call był trzy i pół godziny wcześniej...

Patrycja Piekutowska

www.piekutowska.bloog.pl

Ona w akcji

Ona rozmawia

Ona i Zdrowie

Gwiazdy na 5 rocznicy warszawskiej Kliniki BBC

Na warszawskich Kabatach świętowano 5 rocznicę powstania jednej z czołowych klinik odchudzania i urody. Wśród zaproszonych gości nie zabrakło gwiazd i celebrytek, [ ... ]

ZdrowieWięcej...
Biegasz? Zadbaj o swoje fundamenty!


Bieganie to dziś niewątpliwie najpopularniejsza dyscyplina sportu. Obserwując ścieżki w parkach, lasach, czy na osiedlowych uliczkach, można nieraz odnieść wraże [ ... ]

ZdrowieWięcej...
Smaki i zapachy w walce z jesiennym przygnębieniem

Zbliżająca się jesień to dla większości z nas trudny czas powakacyjnego powrotu do normalnego życia. Funkcjonowania nie ułatwiają coraz krótsze dni, pochmurne n [ ... ]

ZdrowieWięcej...

Ona w kulturze

Posłuchajcie nowej płyty Joanny Lewandowskiej.

Jest bardzo kobieca, emocjonalna, różnorodna…

KulturaWięcej...
Beethoven komercyjny

Na początku wieku XIX wieku co drugim domu w Anglii stało pianino. Wykorzystał to Beethoven, który próbował podbić tamtejszy rynek, dostarczając utwory do samodziel [ ... ]

KulturaWięcej...
Życie jest piękne w Arezzo

Toskańskie Arezzo to miasto złotników, jubilerów i antykwariuszy. Eleganckie, zamożne i wyrafinowane.

KulturaWięcej...