Olga Bończyk: „W miłości nie ma reguł”

01-10-2011

W jubileuszowym roku z aktorką rozmawia Beata Biały. 
Choć sama wygląda na 25 lat, właśnie obchodzi 25-lecie pracy artystycznej. Cóż, czas dla pięknej aktorki po prostu jest łaskawy. Gdy pierwszy raz stanęła na scenie, była tuż po maturze. Z zespołem Spirituals Singers Band koncertowała po całej Europie i marzyła o wielkiej scenie teatralnej… 

To dlatego zaczęła studia na wydziale wokalno-aktorskim wrocławskiej Akademii Muzycznej. Dziś ma na koncie wiele ról teatralnych, choć najbardziej znana jest z serialu „Na dobre i na złe”. Koncertuje ze swoimi recitalami, produkuje spektakle teatralne, nagrała kolejną płytę i wciąż nie brakuje jej pomysłów na siebie. 

Porozmawiajmy o jednej ze sztuk, w których grasz. „Za rok o tej samej porze” to historia żonatego księgowego i zamężnej gospodyni domowej, którzy niespodziewanie zakochują się w sobie. Postanawiają, że będą co roku spotykać się w tym samym hotelu, by wspólnie spędzić weekend. Jak myślisz, dlaczego nie porzucili swych rodzin i nie zaczęli budować nowego związku? Dziś to takie powszechne…

Scenariusz, który napisał Bernard Slade, wymyka się powszechnie obowiązującym regułom. Nic nie jest takie, jak zwykło się praktykować. Autor tej historii zaryzykował tezę, że można usprawiedliwić miłość, która rozwija się obok normalnego, czasem nudnego i rutynowego życia rodzinnego. Taka miłość staje się wtedy czymś wyjątkowym, cudownie nieskazitelnym i czystym w swej formie, jest czymś odkrywanym za każdym razem na nowo. To jest w tej sztuce tak pociągające i piękne… 

Ale czy taka miłość – raz do roku – jest możliwa? Czy kobieta, która kocha, nie chce tego mężczyzny na zawsze, każdego dnia?

Ależ ona chciała go zatrzymać na zawsze. Marzyła o tym każdego dnia, przez cały rok, od spotkania do spotkania. Często miewała momenty, gdy chciała do niego zadzwonić, choćby po to, żeby usłyszeć jego głos. Ale nigdy nie miała odwagi zrobić następnego kroku. Nie chciała zniszczyć swojej rodziny, miała troje dzieci. A może nie miała odwagi tak po prostu rzucić się w wielką miłość. Tylko dlatego, że się pojawiła. 

Ty kończyłaś swoje związki zanim jeszcze skończyła się miłość, zanim pojawiły się złe uczucia. Dlaczego? 

Żeby ocalić przyjaźń… I to mi się udało. Właśnie w tym tkwi tajemnica. I nie tylko ja ją odkryłam. Dziś przyjaźnię się ze swymi „byłymi”.

Kiedy miłość się kończy?

Gdy dwoje ludzi nie umie iść w jedną stronę, gdy drogi się rozchodzą i każda, nawet najkrótsza chwila wydaje się wiecznością nie do zniesienia… 

Można ją jakoś zatrzymać, rozpalić na nowo?

Wielu osobom to się udało. Trzeba mieć w sobie wielką siłę i odwagę, żeby wznieść się ponad swoje ambicje, zrezygnować z części siebie dla drugiej osoby.

A co z pożądaniem? Czy jak mija, to nie na zawsze?

Nie. Absolutnie nie. Pożądanie nie ma nic wspólnego z przemijaniem. Pożądanie jest emocją,  którą trzeba wskrzeszać za każdym razem, gdy ogień zaczyna gasnąć. Nie jestem ekspertem w tej materii, ale wiem, że miłość i fascynacja wymyka się wszelkim regułom i dlatego jest tak fascynująca.…

W sztuce „Za rok…”, choć ten dziwaczny romans trwa 26 lat i ogranicza się zaledwie do 26 spotkań, pod koniec zachowują się jak stare małżeństwo. Leżą w łóżku i… czytają gazetę.

Ale to właśnie jest piękne… Zawsze uważałam, że związek wtedy jest silny i trwały, gdy dwoje ludzi ma o czym pomilczeć. 

To nieuchronne? Taka rutyna i stagnacja w długotrwałym związku?

To nie rutyna, to fascynujący etap, gdzie wiele chwil można spędzić wspólnie bez zbędnych słów, bez bycia z sobą na siłę, bez udawania i tworzenia sztuczności. Scena, gdy leżymy w łóżku czytając gazetę, jest cudownym przykładem. Dwoje ludzi nie musi na siłę się zabawiać, nie musi czarować partnera za wszelką cenę. Tu pozorna rutyna zamieniła się w piękną umiejętność bycia z sobą bez zbędnych słów. Dla mnie to ideał dojrzałego partnerstwa…

Ale czy to nie o iskrzenie w związku chodzi najbardziej?

Ono jest eliksirem młodości każdego związku. I najlepiej tego eliksiru nie zgubić. Ale związek to nie tylko chemia i iskrzenie. To przywiązanie, szacunek, wspólne zainteresowania, intelekt i wiele innych bazowych spraw, które tworzą fundament na długie lata.

„Jak cię miły zatrzymać” śpiewasz podczas innego swego spektaklu „Zdobyć, utrzymać, porzucić” w Teatrze Roma.

Rzeczywiście śpiewam taką piosenkę i dobrze się przy tym bawię… Spektakl, napisany przez Krzysztofa Jaślara, jest fantastyczną opowieścią o kobietach i ich odwiecznym marzeniu, by poznać zakamarki duszy mężczyzny i by go zdobyć, utrzymać, a na końcu porzucić. Znakomity tekst, okraszony fantastycznymi piosenkami w wykonaniu moim, Kasi Żak i Kasi Zielińskiej.

I co? Wiesz jak zatrzymać mężczyznę?

Niestety, tego nie umiem (śmiech). A może czasem nie chcę? Nie zawsze to ma sens.

A poczucie bezpieczeństwa? Nie szukasz go w nim?

Poczucie bezpieczeństwa jest na mojej liście jako pierwsze. Ale nie szukam go w mężczyźnie. Już jako dzieciak byłam samodzielna. Oboje rodzice byli głuchoniemi – wiele spraw spadło na mnie. Musiałam być zaradna, samodzielna i… dzielna. Już wtedy nauczyłam się, że muszę liczyć na siebie i brać sprawy w swoje ręce. Tak było właściwie przez całe moje życie. Może dlatego potrafię dziś poradzić sobie bez faceta. A jeśli myślę o nim, to stawiam bardzo wysoko poprzeczkę. Może za wysoko?  Ale nie chcę jej obniżać tylko po to, by ktoś był. Kobieta po czterdziestce potrafi już czas wypełnić sobą. Lubię swoje życie. Swój dom, w którym czeka na mnie kot Stefan. Lubię do niego wracać. Stefan na kolanach, fajna muzyczka, delikatne jedzenie – żyć nie umierać. Trochę mnie zmęczyły rozczarowania.

Bo może, jak większość kobiet, „nawet dupie potrafisz dorobić uszy”?

Tak mówi o mnie moja przyjaciółka (śmiech). Bo zawsze idealizuję faceta, widzę go takim, jakim chciałabym, widzieć, a nie takim, jakim jest naprawdę, czyli „dorabiam dupie uszy”. Potem życie pokazuje, że nie ma tego, tego i jeszcze tego… I tak naprawdę zostaje sama dupa. I nie chcę już tych rozczarowań. Bo to boli, gdy w swojej głowie stworzyłaś obraz rycerza na białym koniu, a okazało się, że to giermek, który ledwie kuśtyka na jakiejś szkapie. Wolę więc być sama. Daję radę. 

I to jak! Pewnego dnia postanowiłaś wyprodukować spektakl i zrobiłaś trzy (śmiech).

Bardzo marzyłam o tym, żeby zagrać w takiej „babskiej” sztuce o facetach. Nikt mi tego nie proponował, więc pewnego dnia postanowiłam zrobić taką sztukę sama. Swoimi marzeniami podzieliłam się z Kasią Zielińską, a już niebawem dołączyła do nas Kasia Żak. Zadzwoniłyśmy do Krzysztofa Jaślara z prośbą o to, żeby nam napisał taki scenariusz. Zgodził się. Po trzech miesiącach z gotową sztuką poszłam do Jurka Stanowskiego z Teatru Roma. Spodobała mu się, ale powiedział, że nie ma pieniędzy. Nie miałam wyjścia. W ręku trzymałam gotową, świetną sztukę, musiałam znaleźć sponsora. W domu napisałam ofertę sponsorską! Ja – artystka – zabrałam się za biznesową ofertę (śmiech). Chyba była dobra, bo zainteresowała prezesa Olsena, do którego ją zaniosłam. Wyłożył pieniądze. Potem PGE postanowiło sfinansować moje kolejne sztuki: grany teraz spektakl „Za rok o tej samej porze” oraz „Ptaszka”, który będzie w grudniu.

Nagrałaś też kolejną płytę. To piosenki z repertuaru Kaliny Jędrusik. Dlaczego sięgnęłaś właśnie po jej repertuar?

Projekt z piosenkami Kaliny Jędrusik nosiłam w sobie od wielu lat. Niezmiennie czułam, że powinnam je zaśpiewać i znaleźć w nich własne odbicie. Kalina – odkąd pamiętam – zawsze była dla mnie artystką wybitnie utalentowaną, niezwykłą i tajemniczą. I co tu dużo mówić, chciałam dotknąć tej magicznej materii, jaką były jej piosenki. Wiedziałam jednak, że, aby oddać należny im hołd, aranżacje muszą być najwyższej próby. Postanowiłam, że powinnam je zaśpiewać w opracowaniach symfonicznych. W dzisiejszych czasach realizacja  takiego kosztownego projektu praktycznie nie ma szans, ale w tym przypadku okazało się, że coś, a może ktoś w niewytłumaczalny sposób zaczął sprawiać, że mój pomysł zaczął się realizować. Dziś ten projekt stał się faktem. Płyta ukaże się już w październiku. Jestem bardzo szczęśliwa że spełniłam swoje marzenie.  

O czym są te piosenki?

O miłości. Ona jest przecież najważniejsza. Kalina tylko takie piosenki śpiewała.

No właśnie, nie brakuje ci mimo wszystko męskiego ramienia?

Czasem tak, ale wierzę, że to ramię kiedyś mnie jeszcze otuli.

Rozmawiała Beata Biały

Za rok o tej samej porze

Olga Bończyk – Listy z daleka (zapowiedź)

 

 

 

 

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Styl życia
mozg_icon
Joanna i mężczyzna marzeń

Chyba jesteście do siebie podobne. Jak ona, codziennie rano budzisz się i rzucasz w wir obowiązków. Szybko, szybko, przecież dzieci...

Zamknij