Monika Richardson – Polki na bursztynowym szlaku

20-03-2011

Monika wkroczyła do telewizji pewnym krokiem, doskonale wiedziała, czego chce. A chciała mieć wszystko! – pracę, popularność, sukces. I osiągnęła to. Jest niezwykle ambitna i pracowita. Kiedy została mamą, pomyślałam ,że ujawniła tę część osobowości, której nie znam, której nie okazywała w pracy – kobiecą, ciepłą, rodzinną. Nie wiedziałam, że Monika jest ambasadorką bursztynu i pisze o nim ksiażkę. Cieszę się ogromnie, że zgodziła się na ujawnienie kilku jej stron własnie tu. Może dzięki Monice okaże się, że najlepszym przyjacielem dziewczynek są właśnie bursztyny, a nie diamenty?

Agata Młynarska

 

 

POLKI NA BURSZTYNOWYM SZLAKU
Monika Richardson

 

Jestem zafascynowana bursztynem. Postanowiłam napisać o nim książkę.To opowieść o bursztynie w XXI wieku i o tym, czy będziemy potrafiły odkryć na nowo, dla siebie, ten niezwykły, magiczny kamień. To również książka o kobiecej przyjaźni i przenikaniu się kobiecych, pozornie rozbieżnych, światów. To także książka drogi, tej realnej: z Rzymu do Gdańska, starorzymskim szlakiem bursztynowym i tej ważniejszej, podróży wgłąb siebie. Ta książka to właściwie reportaż, choć od czasu do czasu staram się włożyć między wiersze parę faktów dotyczących bursztynu, który stał się moim hobby i moją pasją.

Oto fragment mojej książki o roboczym tytule „Polki na bursztynowym szlaku”. Książka ukaże się na jesieni tego roku w wydawnictwie……, a jej inicjatorem i sponsorem jest Miasto Gdańsk. Autorką zdjęć do książki jest Lidia Popiel.

Monika Richardson

 

Wyruszamy. Jestem spakowana (zaczęłam na godzinę przed wyjazdem i nawet nie zapomniałam szczoteczki do zębów. Niezwykłe.) Pan taksówkarz już jedzie. Mieszkam w drugiej strefie taksówkowej i nigdy nie wiem, czy pan taksówkarz otwierał już kiedyś mapę Warszawy/posiada GPS, czy będzie krążył w okolicy uparcie twierdząc, że „już jedzie”. Jest nieinaczej. Po pół godzinie „jużjechania” moja mama, która zgodziła się przyjechać do moich dzieci i wspomóc młodą nianię, dostaje tzw. jasnej cholery. Mimo wszystko, staram się zachować spokój. Pan dojeżdża. Dzwonię do Lidii, która wstrzymuje samolot. W końcu przybywam. Żegnaj duty free, żegnaj pudrze w kamieniu Shiseido i concealerze La Perla. Witaj starawy Airbusie, który zabierzesz nas do stolicy starożytnej cywilizacji. O Jezu, brzuch kapitana wylewa się z ciasnego siedzenia w kokpicie… Szybko odwracam głowę, siadam i zapinam pasy. Przypominam sobie zdrowotne obsesje brytyjskich pilotów, kolegów mojego męża. A to rosnący cholesterol, a to słaba wydolność płuc, albo za wysoki poziom cukru. Już nie pół-maraton raz na rok, a codzienne wizyty w siłowni, zmiana diety, o paleniu można zapomnieć. Zastanawiam się, czy lekarze AlItalii wiedzą, że do Włoch wiezie mnie Jabba the Hut, z potrójnym podbródkiem i małymi rączkami utopionymi w fałdach tłuszczu. Prawdopodobieństwo zawału przed osiągnięciem wysokości przelotowej? Udar tuż po oderwaniu się od ziemi? Na szczęście obok siedzi Lidia i ma w sercu spokój. Zaczynamy rozmawiać o sprawach ważnych.

 

 

We Włoszech chcemy wtopić się w życie ulicy. Interesuje nas wszystko: kolor, światło, zapach, smak współczesnych Włoch. Kobiety. Architektura. Ale najpierw konfrontujemy się z rzeczywistością bliższą: w rzędzie za nami siedzi kobieta z małą córeczką. Polka. Córeczka słodka, chce siedzieć mamie na kolanach, zarzuca jej ręce na szyję: kocham cię mamo, mamo kocham… – Co innego mama: Przestań już! Przestań! Nie wytrzymam już, rozumiesz! Siedź spokojnie! Co ty sobie wyobrażasz? Zaraz ci stuknę! Zajmij się swoimi sprawami! – Jakie sprawy może mieć dwulatka, oprócz sprawy najważniejszej: mamy? Po godzinie Lidia nie wytrzymuje: – Chyba jest tu jakaś śliczna dziewczynka? Masz na imię Klaudia? Masz piękną sukienkę, różowy to twój ulubiony kolor? Wiesz, bo ja lubię biały. Zobacz te chmurki za oknem są jak bita śmietana, a jak wlecimy w którąś, to będziemy lecieć w mleku. Kąpałaś się kiedyś w mleku? – O zobacz, pani cię zaraz zabierze! – To już mamusia, wyraźnie zirytowana słodkim szczebiotaniem Lidii. – Ależ absolutnie nie zabierze… – Lidka nie spodziewała się takiego obrotu spraw. – Ja cię sprzedam zaraz tej pani, zaraz cię oddam, zobaczysz! – Klaudio, mama tylko tak mówi, na pewno by cię nie oddała… – Lidia nie zamierza odpuścić: macierzyństwa też trzeba się uczyć, ale ja już dość energicznie odciągam ją od dalszej rozmowy. Mam wrażenie, że młoda kobieta z zaciętą twarzą zaraz zrobi którejś z nas krzywdę, a najpewniej dziecku. Potem jest coraz gorzej. Wytoczone zostają ciężkie działa: groźby, krzyki, malutka Klaudia w końcu się rozpłakuje. Gdy po wylądowaniu mam okazję przez chwilę jej się przyjrzeć, myślę o tym, jaka kobieta wyrośnie z tego przestraszonego, czarnookiego ptaszka. I czy będzie chciała mieć dzieci.

 

Na lotnisku spotyka nas Ela Krasińska, Polka, od 30 lat mieszka w Rzymie. Tutaj ma włoskiego męża, pana Brunettiego, i dwóch całkiem włoskich synów. Za to jej mama mieszka w Sopocie i tak, przez te wszystkie lata Ela kursuje między Włochami a Polską, trochę zbyt włoska dla sopocian, trochę za polska dla Włochów. Podczas jednej z podróży nad polskie wybrzeże, wraz z mężem, kupiła kilka grudek bursztynu. A że choć z wykształcenia ekonomistka, Ela miała zawsze artystyczne ambicje, zrobiła projekty biżuterii i zaniosła do jubilera. Bursztyn nie jest dziś ceniony przez włoskich złotników. Ale projekty się spodobały i jubilerka zaproponowała Elżbiecie współpracę. Nie doszło jednak do niej i dziś, oprócz kolekcji bursztynowej biżuterii (za wisior z bursztynem i starorzymską monetą dostała nagrodę na gdańskich targach AMBERIF), Elę z Polską łączą raczej plenery malarskie. Z biżuterii nie da się wyżyć…

 

Po ostatnim plenerze, w Mielniku na Podlasiu, została Eli płyta ukraińskiej pieśniarki, Ludmiły, która przychodziła wieczorami do gospodyni i robiła mini recitale. …Dobry wieczer dobroj ludjej… Siedzimy w Alfa Romeo Eli i zbliżamy się do centrum starożytnego świata. Via Apia, via Salaria, via Aurelia, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Asfalt pod nami zaczyna łagodnie falować, przed nami i za nami któreś z siedmiu rzymskich wzgórz. Przy każdej zmianie świateł, chmura skuterków mija nas z obu stron. Na skuterkach urzędnicy i studenci, starsze panie i kobietki na szpilkach z burzą kręconych włosów uciekającą spod kasków. …Pierwyje wstrieczi, pasljednije wstrieczi….Myślę o zazdrosnym bursztynie. Podobno ten kamień odwdzięcza się tym, którzy są mu wierni. Może tego właśnie Eli zabrakło? Państwo Brunetti mieszkają we Frascati, godzinę drogi na południe od Rzymu. Do metropoli Ela przyjeżdża niechętnie. Za brudno. Za głośno. Zaprasza nas kolację u siebie, ale ja widzę tęskne spojrzenie Lidii: Rzym! Rzym czeka! Pijemy pożegnalną kawę na Piazza della Reppublica. Kawa przepyszna no i obowiązkowe spremuto, świeży sok z pomarańczy. Nieopodal w koszach na śmieci grzebie dziwnie ubrana starsza pani z burzą utlenionych na biało włosów. Lidia mówi: – O, Donatella szuka inspiracji! – Wiem, że to będzie ciekawa podróż…

 

Monika Richardson
Fragment książki „Na bursztynowym szlaku”

 

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Styl życia
kurowska
Joanna Kurowska – aktorki z klasą

Poprosiłam moją serdeczną przyjaciółkę,żeby napisała o kobietach w kinie. Historia filmu jest jej wielką pasją, trudno ją zagiąć. Uwielbiam słuchać jak...

Zamknij