Moje, twoje, nasze?
04-06-2011Beata Biały
Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, a tym bardziej eleganckie kobiety. Ale czasem warto zrobić wyjątek… Zwłaszcza, gdy pieniądze mogą decydować o „być albo nie być” naszego związku.
Nasze babki nie miały takiego problemu. Dawniej pieniądze należały do męża, bo to on głównie zarabiał, ale też utrzymywał dom, żonę i dzieci. W mężczyźnie była atawistyczna potrzeba pokazania, że jest samcem. Wychodził więc rano na polowanie i wracał z jedzeniem, futrem i tym, co jeszcze udało mu się upolować, a potem grzał się w cieple domowego ogniska, o które dbała ona. Dziś mężczyzna nie zawsze ma ochotę naśladować swego przodka. A i kobieta nie chce być dłużej jak jej prapraprababka, zdana na to, co przyniesie jej mąż. Emancypacja, również finansowa, nie jest wymysłem szatana. To kobiety miały już dość ciągłej zależności od swego pana, który trzymał kasę i jego hojności. Ta kasa wciąż jest w większości związków problemem numer jeden. Zwłaszcza, że nie za bardzo potrafimy o niej rozmawiać.

Foto: Dreamstime
Konto wspólne czy osobne
Ile par, tyle rozwiązań. Najważniejsze, by decyzja o tym, czy konto jest wspólne, czy każde ma własne, była wspólna. Jeśli któreś z was czuje z powodu przyjętego rozwiązania dyskomfort, prędzej czy później odbije się to na związku. Oba rozwiązania mają swoje wady i zalety. Wspólne konto daje poczucie bezpieczeństwa psychicznego. „Ufa mi, skoro nie ma przede mną nic do ukrycia, powierza swoje pieniądze i dostęp do wyciągów z karty” – to argument za. Bo wspólne konto oznacza właśnie przejrzystość inwestycji. I intencji. Ten medal ma jednak również drugą stronę. „Po co ci nowe buty i to za tyle pieniędzy!?”, „To aż tyle kosztował ten płaszcz? Mogłaś przecież chodzić w tym pięknym, co masz. To co, że po mamusi i nosisz go już cztery lata, tak ślicznie w nim wyglądasz” – przy wspólnym koncie nic się nie ukryje. W końcu zaczynasz kombinować, wypłacasz pieniądze w bankomacie, kupujesz buty „za grosze”, najwyżej rośnie cena mleka, chleba czy pietruszki w warzywniaku na rogu. Tylko po co? Dla świętego spokoju? Ten masz zapewniony, gdy każde z was ma swoje konto. Nie musisz się tłumaczyć, a twoim jedynym ograniczeniem jest limit i zdrowy rozsądek. Ale i to rozwiązanie ma wady. No bo ile z własnego konta przeznaczać na wspólne wydatki – rachunki, jedzenie, wakacje. Kto płaci w sklepie? Raz ja, raz on? A może po połowie? Czasem rozwiązaniem bywają dwa osobne konta i jedno wspólne – na wspólne wydatki. Ale i tu zawsze może pojawić się wątpliwość – czy on na pewno mnie kocha, skoro tak skrupulatnie się ze mną rozlicza? I po co ma osobne konto? Może chce ukryć swoje wydatki? Pojawia się nieufność. Na szczęście sytuacja jest w miarę prosta przy rozwodzie. Jeśli macie tylko osobne konta, ale nie macie rozdzielności majątkowej, w przypadku rozstania wszystko dzielicie na pół. Nawet jeśli na swoim koncie on uzbierał majątek, i tak będzie musiał się nim z tobą podzielić. Gorzej sprawa ma się, gdy on narobił długów. Dzielicie się wtedy także długami. Ponieważ łączy was wspólnota majątkowa.

Foto: Dreamstime
A może intercyza?
Ta rodzi jeszcze więcej kontrowersji niż osobne konta. Ostatnio mnóstwo emocji wzbudziła plotka o tym, że książę William, a może dwór królewski, zażądał od Kate podpisania intercyzy. „Zabezpiecza się” – słychać było głosy oburzenia. Na szczęście rzecznik prasowy Pałacu Buckingham szybko zdementował tę plotkę. Anglicy odetchnęli z ulgą i znów uwierzyli w bezinteresowną miłość księcia do kopciuszka. Nie rozwiewa to jednak naszych wątpliwości. Jak się zachować? Rozważnie czy romantycznie? Jeśli zachowamy się rozważnie, akt intercyzy i tak będzie odroczonym oskarżeniem o materializm, dowodem na brak zaufania, czystych intencji i… miłości. I coś w tym jest. Bo jeśli kocha i ufa, to dlaczego się zabezpiecza? Jeśli mamy mieć oddzielne majątki, to czy nasze życie będzie jeszcze wspólne? Co nas będzie łączyło? Intercyza to sygnał, że coś w tym związku nie jest tak, że trzeba nad nim popracować albo się z niego wycofać. Intercyza zawsze będzie szczyptą goryczy w kielichu weselnego wina. I długo, długo po nim. Bo jeśli chce intercyzy, to znaczy, że nie ufa do końca, że zabezpiecza tyły, że ostro stawia warunki miłości. No właśnie, czy na pewno miłości? A może tylko partnerskiego układu na życie? Układu, z którego zawsze można wyjść, gdy będzie uwierał, cichutko zatrzaskując drzwi. Tak powie o intercyzie psycholog. Z perspektywy prawników, szczególnie tych od rozwodów, rozdzielność majątkowa ma sens. Porządkuje sprawy finansowe. Podczas rozstania nie toczysz bowiem bojów o podział majątku, który cię dodatkowo pogrąża. Nawet, gdy to on zarabiał więcej, ale ty zajmowałaś się domem, dziećmi. Jest coś, co nazywa się intercyzą z wyrównaniem dorobków. Na wypadek rozwodu strona, która zarabiała mniej nie pozostaje stratna. Przynajmniej teoretycznie. Bo jak podzielić meble, pralkę, lodówkę, telewizor, jeśli dawno już nie ma rachunków? A może trzeba je zbierać i uważnie pilnować, na kogo jest wystawiany? A co, gdy jedno z was umiera? Na szczęście intercyza nie wyklucza dziedziczenia po sobie majątku po śmierci. Ona reguluje majątek wyłącznie za życia obojga małżonków. Intercyza ma jeszcze kilka zalet. Gdy on ma firmę, prowadzi interesy, rozdzielność majątkowa zabezpiecza cię na wypadek złej sytuacji w jego firmie – nie odpowiadasz za długi męża (oczywiście pod warunkiem, że kontrahenci o tej intercyzie zostali powiadomieni). Gdy nie ma między wami wspólnoty majątkowej, nie musisz mieć jego zgody, gdy chcesz wziąć kredyt (choć twoja zdolność kredytowa jest niższa niż obojga pracujących małżonków). No, ale jak to każdy kij, co to ma dwa końce – gdy podpisaliście rozdzielność majątkową nie możecie się wspólnie rozliczać i zostaje wam odebrane prawo do niższego podatku. A pewnego dnia intercyza może być tą kroplą, która przelewa kielich goryczy. Bo nic już was nie łączy.
autorka: Beata Biały








