Uwaga, facet: Miłość nie zna reguł

22-11-2011

W radiu PiN Agata Młynarska gościła Olgę Bończyk. „Idąc za ciosem” przeczytałem na Onaonaona.com rozmowę z aktorką zatytułowaną „Miłość nie zna reguł”.

Pani Olga mówi na przykład: „Zawsze uważałam, że związek wtedy jest silny i trwały, gdy dwoje ludzi ma o czym pomilczeć”. Pytana o rutynę w długotrwałym związku kobiety i mężczyzny, odwołuje się do spektaklu Bernarda Slade’a „Za rok o tej samej porze”, w którym występuje: „Scena, gdy leżymy w łóżku czytając gazetę, jest cudownym przykładem. Dwoje ludzi nie musi na siłę się zabawiać, nie musi czarować partnera za wszelką cenę. Tu pozorna rutyna zamieniła się w piękną umiejętność bycia z sobą bez zbędnych słów. Dla mnie to ideał dojrzałego partnerstwa”.

Zapewne dla niektórych osób wypowiedź Olgi Bończyk trącić będzie idealizmem. To prawda, że w codzienności tego rodzaju rutynę spotyka się niezwykle rzadko lub w ogóle spotkać jej nie można. Ale czy wypowiedź aktorki jest idealizowaniem długotrwałej więzi pomiędzy kobietą i mężczyzną? Praktycy pewnie przytakną, teoretycy powiedzą, że, owszem, pod pewnymi warunkami taka więź staje się możliwa. W tym miejscu zaczną wymieniać te warunki, które praktycy natychmiast podważą, a nawet odniosą się do nich z ironią. I słusznie. Praktycy znają przecież życie. Z autopsji wiedzą, że uczucia przemijają, najgorętsze emocje stygną, a – nawet najwznioślejszy – romantyzm też z czasem ustaje. Miłość po prostu umiera – orzekną autorytatywny tonem. W bliskie relacje kobiet i mężczyzn wkrada się przyzwyczajenie, obojętność, a nawet wrogość – żyją oni z sobą, lecz w rzeczywistości trwają obok siebie i stają się dla siebie coraz bardziej nieznani, obcy. Albo, zwyczajnie, rozchodzą się. Ich więź niszczy upływ czasu. Można by więc sądzić, że słowa Dantego Alighieri, o tym, że miłość jest pierwszą z nieśmiertelnych rzeczy, to – podobnie jak wypowiedź Olgi Bończyk – czczy idealizm.

W negowaniu głębokiej więzi w długotrwałych związkach pójść da się znacznie dalej. Zacytować można na przykład stwierdzenie z filmu „Adwokat diabła”: „Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady”. Fakt. Czekolada zawiera fenyloetyloaminę – endogenną pochodną amfetaminy, neuroprzekaźnik zwany „hormonem miłości”. Poza tym jedynym celem życia na naszej planecie jest walka o przetrwanie gatunku, a nie romantyzmy, emocjonalne uniesienia i mające trwać w nieskończoność miłosne czułości. Łatwo wytłumaczyć ich biologiczne źródło: zwierzęta posiadają instynkt rozrodczy, my, ludzie – a przecież też zwierzętami, ssakami naczelnymi jesteśmy – zamiast instynktu rozrodczego mamy tzw. zakochanie. Tańcem godowym w naszym przypadku są więc te wszystkie strojenia się, uwodzenia podczas randek, perfumowania, czarowania słowem naszych partnerów, wysiłki, żeby im zaimponować… – czysta biologia, proszę Państwa, nic poza tym! Taniec hormonów kiedyś ustaje, my zaś twierdzimy, że to miłość się kończy. Tak fajnie potrafimy wszystko zracjonalizować i w głowach sobie poukładać. A może robimy to też po to, żeby siebie usprawiedliwić?

Chwila! Moment! O czym my tutaj tak naprawdę mówimy? O miłości czy o swojej zwierzęcej potrzebie do łączenia się w pary, posiadania potomstwa, spełnienia erotycznego, o naszym strachu przed samotnością? Trzeba przecież rozumieć, że te wszystkie sprawy zazwyczaj nic wspólnego z miłością nie mają (chociaż – uwaga – mogą przerodzić się w miłość naprawdę wielką i wymykającą się wszelkim regułom). Po prostu miłość w kulturze zachodniej mylona jest z zakochaniem, które, gdy dopada, staje się tylko jednym z procesów biochemicznych w naszych organizmach. To dlatego święty Walenty patronuje nie tylko zakochanym, ale także osobom chorym psychicznie. Umysły jednych i drugich znajdują się bowiem w podobnym stanie. „Miłość w tym znaczeniu, w jakim istnieje w społeczeństwie, jest tylko wymianą dwóch fantazji i zetknięciem się dwóch naskórków” – twierdził Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort, który uważany był za następcę Woltera.

Wyrocznia delficka dlatego uznała Sokratesa za najmędrszego z ludzi, ponieważ twierdził on: „Wiem, że nic nie wiem”. Tymczasem my o tylu rzeczach wiemy, tylu z nich jesteśmy pewni, tak bardzo chcemy wierzyć, iż życie posiada reguły… Ale życie reguł nie ma. Wielka wnikliwość cechuje więc słowa Olgi Bończyk: „Miłość nie zna reguł”. Miłość to życie. Gdybyśmy to rozumieli, a nie nachalnie przypisywali miłości rozmaite tandetne cechy, uwarunkowania i nasze indywidualne wyobrażenia na jej temat, to tej miłości byłoby więcej i w otaczającej nas rzeczywistości, i w nas.

Czterdziestoparoletnia J. zapytała mnie niedawno, skąd ma wiedzieć, czym jest miłość. Doradziłem, by sięgnęła na przykład do Pawłowego „Hymnu o Miłości”, bo tam tę kwestię wyjaśniono konkretnie: nie tylko to, czym jest miłość do kogoś, ale także – paradoksalnie – czym ona jest w stosunku człowieka do samego siebie (kochanie siebie jest rzeczą arcyważną). W odpowiedzi usłyszałem, że J. zna ten „Hymn”, ale dla niej to tylko teoria, którą, jak każdą teorię, weryfikuje życie. Cóż… Skoro tak, to żadnych innych rad dla J. już nie miałem.

Przypuszczam, że każdy – bez względu na to, czy wyznaje jakąś religię, czy też ma się za ateistę – kto dąży do poznania siebie, zaczyna rozumieć, iż „Hymn o Miłości” nie jest ani teorią, ani strofami spisanymi przez idealistę. Traktowanie tego natchnionego utworu w taki sposób, to nic innego jak tylko usprawiedliwianie samego siebie, własnej małości i zaślepienia. To tak samo, jakby powiedzieć: „Idealizmem jest wszystko, na czego urzeczywistnianie jestem zbyt głupi i słaby”.

Nasze powszechne, romantyczne i roszczeniowe wyobrażenia o miłości świetnie ujął mój ulubiony Anthony De Mello:

Pewna kobieta opowiadała mi, że kiedy była dzieckiem, jej kuzyn-jezuita głosił rekolekcje w kościele jezuitów w Milwaukee. Każdą konferencję rozpoczynał słowami: „Spełnieniem miłości jest poświęcenie, jej miarą brak egoizmu”. Wspaniałe stwierdzenie. Zapytałem ją:

– Czy chciałabyś, abym cię kochał kosztem swojego szczęścia?

– Tak – odparła.

Jakież to urzekające! Czyż to nie cudowne? Kochałaby mnie kosztem swojego szczęścia, a ja kochałbym ją kosztem mego szczęścia. I tak mielibyśmy w konsekwencji dwie nieszczęśliwe istoty. Ale to nieważne, niech żyje miłość.

Wojciech Szczawiński

 

 

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Styl życia
joanna
Żarcik na niedzielę

Jeszcze są bilety! Łatwo przegapić, bo to będzie jedyny taki koncert.Ale ONE są czujne. Joanna Trzepiecińska zaśpiewa tylko w ten...

Zamknij