Mec. Maciej Lach – Sens tajemnicy
05-05-2011Zdjęcie z ukrycia, czatowanie pod domem, a rano sensacja w tabloidzie. Gwiazda bez makijażu, w nienajnowszej sukience – tylko wychodziła po pomidory, a stała się obiektem kpin. Spotkanie biznesowe, służbowy lunch, i następnego dnia komentarz: ci dwoje mają romans. Jak chronić wizerunek, gdzie stawiać granice, jak egzekwować prawo do prywatności? O tym, tylko dla naszego portalu, mecenas Maciej Lach, który od lat skutecznie broni wizerunku gwiazd i ich prawa do prywatnosci. Jest jednym z najwybitniejszych autorytetów w tej dziedzinie.
Agata Młynarska

Fot: Michał Dembiński
Wyobraź sobie: Ty i pan X. Pocałunek na ulicy. Nagle flesz – ktoś zrobił zdjęcie. Jakim prawem?! W strefie twojej prywatności naruszenie intymności jest już przestępstwem, a nie zwyczajnym ludzkim wścibstwem. Ale czy ma prawo do tajemnicy ten, kto świadomie odsłania osobiste strony życia? W internecie krążą dane, zdjęcia, kontakty. W telewizyjnych talk-show zdradzamy swoje sekrety. Lepiej milczeć? Trudna sztuka. Ale daje gwarancję bezpieczeństwa.
Moje życie jest wasze
Wszechobecna dostępność mediów, łatwość i szybkość z jaką przekazują informacje… Wielu z nas uległo zbiorowej fascynacji. Ekrany telewizorów i komputerów przyciągają jak magnes, radio magicznym sposobem nie pozwala się wyłączyć czy nawet przyciszyć. Uważamy, że powinniśmy żyć według lansowanego przez media trendu na otwartość wobec innych, a on zakłada rezygnację z prywatności. Prasa kolorowa pełna jest wywiadów z gwiazdami, odsłaniającymi swoje tajemnice. Artyści w telewizji zapraszają do domów, pokazują łazienki, sypialnie, pozwalają fotografować zawartość torebki. Na ekranie wciąż ktoś opowiada o intymnych szczegółach swojego życia. Zdradza preferencje i pragnienia. A to wszystko w obecności chóru specjalistów od psychologii, powtarzających mantrę: „otwórz się, wyrzuć to z siebie, powiedź wszystkim – to ci pomoże”. Na portalach społecznościowych ujawniamy swoje upodobania, układamy listy przyjaciół, zamieszczamy zdjęcia z wakacji. Godzimy się na to. bo uważamy że takie zachowania to furtka do osiągnięcia popularności i jej utrzymania.
A to nie tak
Popularność bywa krótka, a refleksja przychodzi po programie czy innej spektakularnej „odsłonie”. Milknie telefon, wokół pojawiają się złośliwe uśmiechy. Relacje rodzinne zaczynają szwankować. Bo – moim zdaniem – to, co można powiedzieć przyjacielowi czy terapeucie na indywidualnym spotkaniu, nie zawsze nadaje się do opowiedzenia szerokiej publiczności. Nie jest prawdą, że robimy to dla siebie. W rzeczywistości nieświadomie stajemy się elementem, częścią składową atrakcyjnego produktu, który czerpiąc z naszego życia będzie bawił i szokował innych, dawał im rozrywkę kosztem naruszenia sfery zastrzeżonej dotychczas dla nas i naszych bliskich. Nie twierdzę, że ta moda na coraz większą otwartość jest zła. Musimy jednak zdawać sobie sprawę z konsekwencji swoich działań.
![]() |
![]() |
Fot: Michał Dembiński
Wszystko na sprzedaż?
Czy można skutecznie zarzucić mediom naruszenie prawa, jeśli informują o kolejnym romansie gwiazdy w sytuacji, gdy ta gwiazda o wszystkich innych romansach opowiedziała już w wywiadzie dla kolorowego tygodnika kilka miesięcy wcześniej? Teoretycznie, skoro odsłoniło się trzy rąbki tajemnicy, odsłonięcie czwartego nie powinno być czymś nadzwyczajnym, godnym karania… Prawo polskie twierdzi jednak, że to my sami wyznaczamy granicę swojej prywatności i zezwolenie na ujawnienie jednego faktu nie oznacza zgody na głośnie mówienie o drugim. Problem wciąż jest jednak gorący, bo media nie godzą się z tym stanowiskiem i w trakcie procesów bezustannie dostarczają sądowi dziesiątki stron z innymi wywiadami wykazując, że dana osoba swoją prywatność tak naprawdę już dawno straciła. I kto ma rację?
Wstęp wzbroniony
Wniosek jest jeden: musimy bardzo uważać co, komu i gdzie mówimy. W sprawach związanych z ochroną prywatności zawsze musimy kierować się rozwagą. I konsekwencją. Ustalmy sami granice, których nie będziemy przekraczać i kontrolujmy informacje, jakie przekazujemy do nieograniczonego wykorzystania. Nie bądźmy łatwowierni i naiwni. Ku przestrodze podzielę się historią jednego z moich klientów, któremu prowadzę w sądzie sprawę o rozliczenie prac budowlanych. Kilka dni temu powiedział mi, co odkrył – otóż przeciwnik procesowy w tej sprawie regularnie wchodzi na jego profil na Facebooku. Wie o nim dużo, coraz więcej – i może to wykorzystać w swoim interesie. To może spotkać każdego z nas. Włączmy guzik: samokontrola!
Mec.Maciej Lach











