Małgorzata Pieńkowska: Uwielbiam słodko-gorzki smak życia

01-02-2012

Choć los jej nie rozpieszczał, Małgorzata żyje w nieustannym zachwycie. Smakuje chwile, cieszy się płatkiem śniegu, który spadł na policzek. Teraz jeszcze bardziej szczęśliwa. Właśnie spełnia swoje największe marzenie – wystawia sztukę „Więzi rodzinne”.


Fot. Maciej Zienkiewicz / AG

Wyprodukowałaś własny spektakl. Czy potrzebowałaś na to dużo pieniędzy?

Nawet nie myślałam, że tak dużo! Ale kiedy jeden z moich przyjaciół zadał pytanie: „Kiedy ci się to zwróci?”, przestałam literacko opowiadać o przedsięwzięciu i wzięłam kalkulator. Załamałam się. Daj Bóg, żeby zwróciło się po osiemdziesiątym przedstawieniu. Ale bardzo chciałam zrobić ten spektakl. Wzięłam więc kredyt i dokładam z bieżących pieniędzy. Może ktoś powie: „Fanaberia!”, ale wolę „inwestować” w sztukę niż kupić sobie nowe buty czy płaszcz.

 

Skąd pomysł, żeby zostać producentką?

Mam 46 lat i poczucie, że utknęłam w serialu „M jak miłość” na dobre. Zaczęłam obawiać się, że nie tylko ludzie utożsamiają mnie z Marysią Zduńską, ale też reżyserzy i producenci. Mam poczucie, że muszę zrobić w swoim życiu zawodowym coś nowego. Kiedy więc pewnego dnia wpadła mi w ręce sztuka Samuela Gordona „Więzi rodzinne”, pomyślałam: „Jak nie teraz, to kiedy? Jak nie ja, to kto?”

 

Dlaczego właśnie ta sztuka?

Pamiętam, był zimowy wieczór, a ta sztuka tak mnie wciągnęła, że skończyłam, gdy już świtało. Jej urok polega na tym, że jest wielowarstwowa. To opowieść o trzech pokoleniach kobiet – kwiat kobiecych emocji. To opowieść o tęsknotach, o braku miłości, o tym, że nie umiemy jej dawać, o pragnieniu szczęścia, o tym, jakie smutne jest życie z tymi nieumiejętnościami. A jeszcze smutniejsze, że kobiety przekazują je z pokolenia na pokolenie. To ciężkie tematy, ale autor zgrabnie ubrał je w komedię. W tej sztuce nie ma mężczyzny, ale on jednak jest, czuje się jego obecność.

 

Zaangażowałaś aktorki, których nazwiska nie są znane z pierwszych stron gazet. Nie łatwiej było wziąć popularne gwiazdy?

Kierowałam się ich talentem, a nie popularnością. Do mojej sztuki zaprosiłam naprawdę dobre aktorki: Gosię Niemirską, Kingę Tabor, Asię Pokojską i Asię Jeżewską. Ja także zagram.

 

Rola producentki jest trudna?

Nawet nie wyobrażałam sobie, że aż tak bardzo. Sporo się uczę. Przede wszystkim koordynować często sprzeczne interesy całego zespołu, ale też jak dotrzymywać terminów, rozmawiać z księgową, planować dekoracje, muzykę, kostiumy… Nie myślałam, że rola producenta jest aż taka trudna.

 

A aktorstwo skąd się wzięło? Jako dzieciak przesiadywałaś w kinie?

Do kina nie mogłam chodzić z powodu migren. Moje dzieciństwo to wieczne migreny. Do domu często przyjeżdżała karetka. Pamiętam, musiałam wyjść z „King Konga” i z „Potopu”. Kino nadrabiałam na studiach. Dzięki Mariuszowi Bonaszewskiemu obejrzałam wszystkie „pułkowniki”. Zabierał mnie do swoich przyjaciół na Wiejskiej i za zamkniętymi drzwiami oglądaliśmy „Kobietę samotną”, „Przypadek” Kieślowskiego. Ale teatr zawsze był w moim życiu. Pierwszy raz poszłam do niego w drugiej klasie podstawówki, tuż po przeprowadzce do Olsztyna. To była „Ania z Zielonego Wzgórza”.

 

I wtedy postanowiłaś, że zostaniesz aktorką?

To stało się naturalnie. W przedszkolu zawsze występowałam w teatrzyku, w podstawówce założyłam teatr. Wystawiłam „Kota w butach”, byłam reżyserem. Dla rodziców nie było więc zaskoczeniem, że zdawałam do szkoły teatralnej. Ale to ja wymiękłam. Kiedy zobaczyłam swoje nazwisko na liście przyjętych, a byłam na trzecim czy czwartym miejscu, rozpłakałam się. Bo wiesz, nie chodziłam na co dzień w kapeluszu, a ludzie, których tam spotkałam, byli kolorowi, wykreowani. Ja nigdy nie kreowałam swego wizerunku, bo nawet kufajka, w której chodziłam, była jedynie buntem przeciwko stanowi wojennemu.

 

Jak przetrwałaś?

Wiele zawdzięczam profesorom. Mariusz Benoit nauczył mnie otwartości i gotowości na nowe doświadczenia. Imponował mi swoją bezkompromisowością, na którą wciąż mnie nie stać, nie jestem chyba aż tak zdolna jak on. Jan Englert próbował ze mnie wydobyć kobiecość. Byłam wtedy mało kobieca – chodziłam w „parce”, spodniach, w butach na płaskiej podeszwie, no nie byłam atrakcyjna. A przy całej grupie musiałam śpiewać „Sexapil”.

 

Nigdy nie żałowałaś, że zostałaś aktorką?

Był taki moment. Tuż po studiach. Myślałam, że moi profesorowie będą o mnie pamiętać, zaangażują, polecą komuś. A oni mieli już nowych studentów. Nie wiedziałam, że trzeba samodzielnie starać się o role. Myślałam, że jak mam dyplom, to sami do mnie zadzwonią. Drugi taki moment przeżyłam, gdy zaczęłam grać w „M jak miłość”. Nagle zaczęłam dostawać mniej propozycji teatralnych, skończył się teatr telewizji, a ja stałam się „aktorką serialową”.

 

Dużo przez tę Marysię straciłaś…

Ale – jak to w życiu – także coś zyskałam. Nie chcę myśleć w ten sposób, że przez Marysię jakaś wielka okazja przeszła mi koło nosa. Poza tym mam do tej roli inny stosunek. Ona uratowała mi życie. Nie mogłam rozpłynąć się w chorobie, bo musiałam pracować. Od ekipy dostałam prawdziwą miłość, która nie jest litością, a takim szeptem: „Idź dalej”. To mnie uratowało. I Bogu za to dziękuję.

 

I nie męczy cię ona? Ta Marysia.

Cieszę się, że w „M jak miłość” mam perukę. Jako młoda aktorka nie rozumiałam, dlaczego starsi aktorzy po spektaklu zostają jeszcze w teatrze – pan Gajos czy pan Fronczewski. Ja pędziłam do domu, bo trzeba było dziecko nakarmić, uśpić. I zupełnie nie mogłam pojąć, po co oni zostają, idą pod prysznic. Dziś już wiem, że nie po to, żeby się napić albo porozmawiać z kolegami. Zostają po to, by wyrównać poziom energetyczny. Aktorstwo to jest bardzo ciężka praca i placi się za nie dużą cenę. Kiedy kończą się zdjęcia w serialu, zdejmuję Marysiną perukę, zmywam twarz i jestem sobą, wracam do swojego życia.

 

I tak przez 11 lat!

Kto mógł przewidzieć, że ten serial będzie tyle trwał. Ale dla mnie czas biegł inaczej. Bo ja w tym czasie zachorowałam, rozwiodłam się, wybudowałam dom, pochowałam dwa psy, przeżyłam chorobę ojca i jego śmierć. Wiesz, czasem wydaje mi się, że tak naprawdę gram w „M jak miłość” dopiero od kilku lat.

 

Popularność jest miła?

Ostatnio jechałam i gadałam przez telefon, ale policjant mnie puścił. Ale zdarzyło się też, że usłyszałam: „W Warszawie to sobie może pani tak jeździć, ale nie u nas” i dostałam mandat: 200 zł i 6 punktów karnych. Wracałam w niedzielę z Mazur, przez Ostrołękę, piękne widoki, nie spieszyło mi się, śmiałam się nawet, że wszyscy mnie wyprzedzają, bo ja jak emerytka z Niemiec – 70 km/godzinę. A tu nagle zatrzymuje mnie czarny samochód z kogutami, z którego wychodzi policjantka. Byłam pewna, że zwróci mi uwagę, że za wolno jadę, że przeszkadzam tym „spacerkiem” innym kierowcom. A ona: „Pani przekroczyła prędkość”. Dostałam ataku śmiechu. „Pani chyba żartuje” – odpowiedziałam, jak złapałam oddech. „Nie, tu było ograniczenie do 50” – usłyszałam i znów nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. To ją chyba zirytowało.

 

Kiedy ostatnio się za siebie obejrzałaś?

Chyba teraz. Jestem dość refleksyjna, więc muszę uważać, żeby nie zatrzymywać się niepotrzebnie. Wolę iść naprzód, nie oglądając się i nie rozpamiętując starych ran, ale też nie bojąc się tego, co będzie. Pożyć tą chwilą, a nie lękiem, który burzy radość.

 

To dlatego mówią o tobie, że jesteś smakoszem chwili?

Nauczyłam się tego. To bardzo ważne, by celebrować każdą chwilę, cieszyć się nią. I nie myśleć o przyszłości. Czasem marzysz: „Chcę, żeby mnie kochał zawsze” i nosisz w sobie paniczny lęk, że kiedyś przestanie. A przecież za rok, dwa, to ty możesz spotkać kogoś i ten, którego chciałaś zatrzymać na zawsze, będzie kompletnie niepotrzebny.

 

Nie ma więc w tobie tego lęku?

Nie rozpaczam, gdy coś stracę, nie smucę się, gdy spotka mnie coś przykrego. Traktuję to jako doświadczenie. Czasem tylko muszę pobyć sama. Wyjeżdżam wtedy na parę dni. Ostatnio, gdy miałam „załamkę producencką”, pojechałam nad morze. Wzięłam moją suczkę Boston i na dwa i pół dnia wyjechałyśmy do Sopotu. Wyłączyłam telefon, chodziłyśmy z Boston plażą z Sopotu do Gdyni. Mam jeszcze psa Bruna. Trafił do nas z Krotoszyna, jest śliczny i inteligentny, ale straszny z niego łobuz, wciąż coś gryzie, jesienią zjadł mi róże w ogrodzie. Czasem, jak się na niego wściekam, nazywam go Krotoszyn i krzyczę, że wróci do schroniska. Ale wracając do moich samotnych wypraw… Czasem jeżdżę na ośmiodniowe milczenia w Karkonosze, na których po parę godzin dziennie milczy się i medytuje. To oczyszcza umysł, daje dystans. Natomiast coraz częściej jest mi dobrze. Po raz pierwszy czuję, że życie może być dobre, spokojne, głaszczące. To się całkiem niedawno stało, że mogę być sama. Strasznie to lubię. Bo chyba zaczęłam siebie bardzo lubić.

 

Za co siebie lubisz najbardziej?

Za wariactwo, za brak konsekwencji, za pomysłowość, za to, że jest we mnie taki Napoleon, za dobre serce – bo mam dobre serce. Kurczę, tak trudno trochę siebie chwalić, to takie niepopularne. Wiesz, myślę sobie, że jestem fajna, że mi się chce iść, głównie chyba za tę energię. Za to, że jeszcze widzę światełko w tunelu i idę w jego stronę.

 

Kiedy po raz pierwszy przekonałaś się, że w życiu nie ma nic na zawsze?

Chyba zawsze to wiedziałam, zawsze byłam taka stara-maleńka. Ale najboleśniej zdałam sobie sprawę z tego, że wszystko może się skończyć, gdy zachorowałam.

 

Swoje życie dzielisz na „przed chorobą” i „po chorobie”?

Tak. Kiedyś byłam za bardzo wymagająca, za mało ufałam życiu i Bogu, po prostu rościłam za dużo, chciałam za dużo, wszystko załatwiałam, wszystko robiłam sama – Zosia-Samosia. A zapominałam o tym, co ja… chcę.

 

A choroba nauczyła cię, że też jesteś ważna?

Najważniejsza. Zaczęłam sobie zadawać pytania, czy to jest dla mnie dobre i czy ja tego naprawdę chcę. Skończyłam znajomości, w których upłynął termin ważności. Nie zmuszam się do spotkań, rzeczy, spraw, jeśli czuję, że mi szkodzą. Już się tak nie napinam. Wiesz, jak się dostaje drugie życie, człowiek przestaje dąsać się za bardzo na siebie, wymagać od siebie zbyt dużo.

 

I nie boisz się niczego? Bierzesz kredyt na spektakl i nic?

A kredytami to się nie martwię. Dla mnie najważniejsze jest, żeby dobrze to życie przeżyć. Przecież od czegoś ten Bóg jest. No powiedz, przecież On nie jest od karania, tylko od tego żeby nam pomóc.

 

Ale może limit już wyczerpałaś? W końcu dał ci drugie życie.

Ostatnio byłam u mojego lekarza, wciąż się jeszcze leczę, ciągle biorę jakieś ziółka. Zapytał mnie: „Skąd w tobie tyle siły, Małgosiu?”. Nonszalancko odpowiedziałam: „Od szefa”. A on spojrzał na mnie i zapytał: „A nie boisz się, że pewnego dnia może zakręcić kranik?” Od razu spokorniałam. Znów stałam się grzeczną pacjentką, zaczęłam słuchać, co mi wolno, a czego nie. Potem powiedziałam do mojej córki Inki: „Zobacz, jaki człowiek głupi. Kiedy obrasta w piórka, natychmiast zaczyna się puszyć”. Czasem potrzebna jest taka lekcja pokory. Ona przywraca właściwy wymiar wszystkiemu.

 

Już nie jesteś pedantką?

Trochę mniejszą. Wciąż nie potrafię usiąść i z kimś pobyć, tylko coś poprawiam, ustawiam, porządkuję. Wiem, że ta moja pedanteria jest uciążliwa, szczególnie dla innych, bo wciąż za coś opieprzam albo po kimś sprzątam. Ale coraz częściej pozwalam sobie na nicnierobienie. Chodzę wtedy w pidżamie cały dzień, piję kawę, rozmawiam z moimi różami w ogródku.

 

I kiedy tak ostatnio „nic nie robiłaś”?

Och, rzeczywiście, przed moimi urodzinami, w maju. Ale wiesz, teraz cały czas poświęcam przygotowaniu tej sztuki. Ale dbam o to, żeby przynajmniej te moje poranki były niespieszne.

 

Jak wyglądają?

Gdy tylko otworzę oczy, idę do ogrodu. Mam 300-metrowy ogródek, teraz leży w nim śnieg, ale latem jest mnóstwo róż. Stoją w nim dwie drabiny, które są zarosłe różnymi śmiesznymi kwiatami. To pamiątka po dwóch majstrach, którzy popsuli mi remont domu – Waldek i Rumcajs. Latem mam też dużo ziół w ogrodzie. Mam szałwię od mojej babci, która zawsze powtarzała: „Gdzie szałwia w ogrodzie, tego śmierć nie ubodzie”. Mam dużo mięty, rumianku, jest bazylia, tymianek, rozmaryn. Mój tata leczył wszystkich ziołami, roślinami. Od dziecka wiedziałam, jakie zioło na co pomaga. Tata zawsze na zimę suszył zioła. Zbierał dla mnie na przykład perz, który najlepiej oczyszcza organizm. Kiedy nacieszę się widokiem ogrodu, robię sobie dobrą zupę miso, z wodorostami. Jem pyszne jedzonko albo piję kawę i słucham dobrej muzyki. Potem idę z psami na spacer.

 

Lubisz gotować?

Uwielbiam. Ale teraz muszę jeść makrobiotycznie, inaczej mam złe wyniki badań, no i gorzej się czuję. Gotować nauczyłam się już w podstawówce. Razem z koleżankami zapisałam się na kurs gotowania do młodzieżowego domu kultury. Miałam chyba dziewięć lat. To był taki kurs dla dziewczynek – nauczyłam się gotować, piec, wyszywać, robić na drutach. Nawet skarpetki umiem zrobić. W czasach głębokiej komuny robiłam takie z napisem na ściągaczu, grałam wtedy w koszykówkę w szkolnej drużynie.

 

Zwykle to mama uczy takich rzeczy.

Moja mama robiła karierę naukową, jest profesorem fizyki, nie miała na to czasu. Ale zawdzięczam jej turbodoładowanie i ciekawość świata. Byłam pierwszym dzieckiem moich rodziców, urodziłam się, kiedy byli jeszcze na studiach, wiec wszystko robili ze mną. Po niej mam też zdeterminowanie w dążeniu do celu. Ale najbardziej jestem chyba podobna do babci.

 

Wychowała cię?

Byłam dzieckiem podrzucanym, bo rodzice bardzo dużo pracowali. Babcia była nauczycielką historii. Pamiętam, że zawsze na stole stały świeże róże z jej ogródka. Dbała o takie miłe szczegóły. A przecież życie jej nie rozpieszczało. Miała duży majątek, w dawnych Inflantach polskich. Czwórka dzieci, dziadek więziony, nie mogła wrócić do swojej mamy, do rodziny na Łotwie. Kiedyś pojechałyśmy tam z babcią, w jej strony. Chciała jeszcze raz zobaczyć miejsca z dzieciństwa. Ubrała mnie w jakąś chustę, strasznie się tego wstydziłam. Sama też przebrała się, ale i tak ją rozpoznali. „Dziedziczka przyjechała!” – krzyczeli. Uciekłyśmy. Pamiętam, szłam wtedy do piątej klasy, jak wróciłam, mówiłam najlepiej po rosyjsku ze wszystkich dzieci.

 

To babcia cię nauczyła mówić po rosyjsku?

Babcia mówi po łotewsku, rosyjsku, po francusku, po angielsku, po polsku i po niemiecku. W szkole uczyła historii, ale ma rozległą wiedzę w każdej niemal dziedzinie. Kiedyś wymądrzałam się przy Ince na temat Vonneguta, ale walnęłam się w tytule. „Małgorzatko” – usłyszałam, bo babcia tak się do mnie zawsze zwracała, a ja nie mogłam powiedzieć inaczej jak „Proszę babci”. „Nie masz racji, Małgorzatko” – powiedziała stanowczo, a na dowód podeszła do półeczki i wyjęła zeszyt w niebieskoburej okładce. Ma ich milion, 16-kartkowych zeszytów, w których przez lata robiła zapiski ze wszystkich przeczytanych lektur. Była bardzo wymagająca, również wobec siebie. Wiesz, że dziś ma 90 lat, a chodzi w koronkowych rękawiczkach i uprawia nordic walking?

 

Trudno dorównać.

Całe życie chciałam pokazać babci, że jestem wyjątkowa. Zawsze chciałam być lepsza niż byłam. Dopiero choroba nauczyła mnie, żeby się nie spinać i być sobą. Po chorobie poszłam na ustawienia hellingerowskie. W ramach tej terapii wlazłam babci do łóżka, kazałam też wejść mamie i babci, leżałyśmy tak trzy pokolenia kobiet w jednym łóżku, pod kołdrą, i kazałam im mówić, że się kochamy. Mama wiedziała, że jestem walnięta, ale babcia była przerażona.

 

Pomogło?

Nie, bo ja je „zgwałciłam”. I od początku czułam, że coś nie wypala. Ale same ustawienia pomogły. Poszłam na nie, żeby zrozumieć, gdzie popełniłam błąd. I żeby go więcej nie popełniać.

 

I nie popełniasz?

Ależ oczywiście, że popełniam. Ale już się tym nie zamartwiam. Staram się być wyrozumiała i dobra dla siebie.

 

I życie ci smakuje?

Uwielbiam wszystkie jego smaki. I słodkie, i gorzkie. Zwłaszcza ten gorzki jest bardzo potrzebny. Bo wiem, że jak człowiek się za bardzo „zakocha” w tym życiu, wtedy Pan Bóg mu daje prztyczka. Żeby się rozwinął. Bo rozwija nas tylko doświadczenie.

 

Czegoś żałujesz?

Nie, niczego. Żadnego złego zachowania, żadnej roli, żadnej utraconej miłości.

 

Małgorzata Pieńkowska będzie jedną z bohaterek cyklu „Jaka ONA jest” w Polsat Cafe.
Agata Młynarska zaprasza już w marcu.

 

Rozmawiała Beata Biały

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Styl życia
495858ciejlcfcb
Panna młoda czterdzieści plus

Cztery dekady temu statystyczna panna młoda miała 22 lata, dekadę temu ­– 28 lat, a ostatnio 30 lat. Wzrasta liczba...

Zamknij