Joanna Kurowska – aktorki z klasą
20-03-2011Poprosiłam moją serdeczną przyjaciółkę,żeby napisała o kobietach w kinie. Historia filmu jest jej wielką pasją, trudno ją zagiąć. Uwielbiam słuchać jak opowiada o życiu słynnych aktorów. Jak analizuje ich role. To dzięki niej przeczytałam mnóstwo fascynujacych biografi i obejrzałam filmy, których bym nigdy nie zobaczyła. Joanna jest aktorką, znakomitą, wrażliwą, inteligentną. Gdyby żyła w Hollywood miała by już Oskara.
Każda nasza rozmowa ma znaczenie. Nawet jeśli gadamy o bzdurach, to pointa jest warta zapamiętania na całe życie. Zapraszam Was do naszego świata, posłuchajcie jednej z opowieści Joanny o aktorkach z klasą. Taką Joannę Kurowską spotkacie tylko w moich stronach!
Agata Młynarska
FOTO: Dwutygodnik Gala | Aldona Karczmarczyk
KLASA, ZA ILE MOŻNA JĄ KUPIĆ?
Joanna Kurowska
Kiedy myślę o aktorkach z klasą, to przychodzą mi na myśl jedynie trzy nazwiska: Lauren Bacall, Audrey Hepburn i Grace Kelly. Gabriel García Márquez, autor „Stu lat samotności” powiedział, że człowiek z klasą to taki, który mając pieniądze na bilet zaledwie trzeciej klasy zawsze kupuje pierwszą, nie zważając, czy ktoś go w niej zobaczy. Właśnie klasa – za ile można ją kupić? W jaką rodzinę się wżenić, by założyć ją jak sygnet na tłusty palec praczki z Bronxu? Z jakim carem mody się zaprzyjaźnić, aby ją wreszcie posiąść? Nie można. Wystarczy spojrzeć na tę małą Victorię Beckham uginającą się pod ciężarem markowych rzeczy, ale uważniejszy widzi tylko metkę.
Lauren Bacall była biedna, a jej rodzinie daleko było do tytułów hrabiowskich. Tatuś był zwykłym sprzedawcą, a mamusia sekretarką w malutkiej firmie. Nie pomógł też jej fakt, że rodzice rozwiedli się, kiedy miała pięć lat. Jej swojsko brzmiące nazwisko Perske sugerowałoby słowiańskie korzenie. Chociaż może nie do końca. Jej rodzice byli Żydami z Polski. Nie miała dziewczyna łatwo, ale kiedy w swoim pierwszym dużym filmie Mieć i nie mieć zobaczył ją legendarny Humphrey Bogart – oszalał (chociaż z właściwą sobie bogartowską flegmą). Daniel Olbrychski, z którym obecnie mam zaszczyt próbować w teatrze, zna Bacall i opowiadał mi, jak to było naprawdę. Bogart kazał ślicznej, młodziutkiej i przestraszonej Bacall nieskończoną ilość razy otwierać drzwi, zanim zaakceptował scenę, po czym wezwał ją do siebie i poinformował, na czym polega właściwe aktorstwo. Tłumaczył jej to chyba dość intensywnie, bo od tej chwili żyli długo i szczęśliwie aż do roku 1957, kiedy to wielki Bogart odszedł na raka krtani. Spójrzcie na jej zdjęcia. Jak piękna była Lauren Bacall. Jak ogromną miała klasę. Ma ją do dziś. Bo wielkiej trzeba klasy, aby w Hollywood nie bać się swoich poglądów. Kiedy w 2010 roku dostała honorowego Oscara za całokształt, powiedziała na konferencji prasowej – „Uwielbiam swój zawód, mam do niego ogromny szacunek – do czego nie mam szacunku? Do czerwonego dywanu i środowiska współczesnych gwiazd. To jakieś zoo. Dziennikarze zadają pytania w stylu – ‘Od jakiego projektanta włożyłaś dziś sukienkę?’ ”. Myślę, że taka Lauren Bacall przydałaby się w Polsce. Nawet myślę, że bardzo by się przydała. A gdyby już przyjechała, to zapytałabym ją, jak jej się pracowało z Marilyn Monroe, z którą w 1953 roku zagrała w Jak poślubić milionera. Mój Boże, była żona Bogarta, grała z Marilyn, jest kuzynką Szymona Peresa – żywa legenda. Chociaż gdybym tak o niej powiedziała, zapewne dostałabym butem w głowę tak jak jej wnuczka, która kazała jej oglądać i zachwycać się filmem Zmierzch. Po obejrzeniu tego dzieła Bacall o mało nie dostała apopleksji zadławiona tandetą tej szmiry i powiedziała – „Jeżeli chcesz dziecko naprawdę zobaczyć wartościowy film o wampirach, to zobacz Nosferatu z 1925 roku, to nie film, to dzieło sztuki”. Swoją drogą to żałosne, że zupełnie przeciętne gwiazdki są co roku nominowane do Oscara, a ta nieprzeciętnie utalentowana aktorka nominowana była tylko raz za Miłość ma dwie twarze, gdzie zagrała jędzowatą matkę Barbry Streisand. Kiedy oglądałam ten film, to nie mogłam się do końca zdecydować, czy podziwiać dojrzałą urodę Bacall, czy jej zupełnie porywającą grę. Przyćmiła wszystkich. Biedna Streisand, która dodatkowo ten film produkowała i sama się w nim obsadziła,strzeliła sobie samobója obsadzając Bacall, bo w ich dwójkowych scenach królowa była tylko jedna. Żałosne jest również to, że dali jej tego całego Oscara za całokształt tak, jakby w przerwie obiadowej między obradami najjaśniejszej Akademii Filmowej ktoś dopijając resztki Coca-Coli, nagle zawołał – O cholera! Zapomnieliśmy zupełnie o Bacall! Dajmy jej tego Oscara, bo możemy nie zdążyć. Staruszka jest już po 80-tce! Co za hańba! Co za wstyd!

Dla mnie Lauren Bacall ze swym kocim wdziękiem, niskim głosem śpiewaczki z Harlemu, zupełnie ponadczasową grą ma klasę, jaką bezskutecznie starają się sobie przyswoić dzisiejsze gwiazdki. Tak jakby nie wiedziały, że blask jest towarem deficytowym. I nie można go kupić, ani zamówić pocztą internetową. Nie ma go również w drogich butikach na Placu Trzech Krzyży, ani nie pojawia się natychmiast po włożeniu butów od Louboutina. To smutne, że tak mało jest osób w dzisiejszym show-biznesie, które by ten blask umiały zobaczyć. Kiedy Lauren Bacall mówi – „Uwielbiam swój zawód, mam do niego ogromny szacunek” to odnoszę wrażenie, że wydźwięk tych słów jest dla niektórych producentów jak dźwięk cytry średniowiecznej, albo muzealnej harfy. Ja lubię tę muzykę.
Joanna Kurowska
Audrey Hepburn wkrótce.









