Joanna Kurowska – stylowa Audrey

15-04-2011

Audrey Hepburn, rocznik 1929, nie lubiła, kiedy wypominano jej wiek. Kiedy widziałam ją w jednym z ostatnich jej wywiadów u Oprah Winfrey, wyglądała w wieku 60 lat fenomenalnie. Była po liftingu, czego się wyparła, kiedy jakaś wielbicielka z sali zapytała, co robi, że wygląda młodziej od jej 40 letniej siostry.

Nie umiała kłamać. A ja zapamiętałam ten wywiad właśnie dla tej chwili wahania w jej ogromnych oczach. I po latach myślę, że to małe kłamstewko, to nieoczekiwane pęknięcie, ociepliło mi jej obraz kobiety doskonałej. Było jak chichot małej dziewczynki w kościele pełnym surowych staruszek.

 

Fot: Agencja EASTNEWS

A.H. była piękna i miała klasę. Kiedy w 1963 r. zagrała w Rzymskich wakacjach, całe Hollywood oszalało. Oszalał też partnerujący jej Gregory Peck, który był tak niewiarygodnie przystojny, że wyglądał jak duża męska lalka Kena w muzeum figur woskowych. Audrey jednak go nie pokochała. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego? Jak można było odrzucić Pecka dla zupełnie nijakiego aktorzyny, Mela Ferrera, który zasłynał rolą księcia Andrzeja Bołkońskiego w Wojnie i pokoju, a miał przy tym tyle charyzmy, co moja poranna owsianka. Jak można było? Zapytam po raz drugi. Może to zasady fizyki, które mówią, że dwa plusy, a tym przypadku dwie doskonałości, odpychają się. Co czuła Audrey, kiedy Peck dostawał Oskara za Zabić drozda, a w jej małżeństwie różnie się już działo? Czy żałowała?

 

Audrey Hepburn i Gregory Peck w filmie  Rzymskie wakacje / Fot: Agencja EASTNEWS

Zawsze chciałam być podobna do anorektycznie filigranowej Audrey, a jestem dużą, piersiastą blondynką, której anoreksja raczej nie zagraża. Ale doszukałam się jednej, jedynej cechy wspólnej. To obojętność wobec plastikowego świata show biznesu. Na tym niestety podobieństwa się kończą. To, na czym tak naprawdę jej zależało, to rodzina, której nigdy nie udało jej się stworzyć. Powiedziała kiedyś: jeśli wyjdę za mąż, chcę być bardzo zamężna, ale nie była. Biedny Ferrer, z twarzy podobny do nikogo, nie potrafił żyć w świetle jupiterów skierowanych głównie na swoją żonę. Nie dziwię się! Nikt by nie potrafił. Był przecież, do cholery, też aktorem. Ale to ją czytelnicy Vogue’a wybrali na najlepiej ubraną aktorkę wszech czasów. To ją, a nie jego, Akademia Filmowa, umieściła na trzecim miejscu legend światowego kina. Trudno jest żyć z legendą. Co za ironia losu, że poznał ich ze sobą Gregory Peck. Namiętność wybuchła z siłą wulkanu. Co z tego, kiedy po 14 latach małżeństwa zostały tylko resztki popiołu, z których Audrey myślała, że nigdy się nie wygrzebie. Pomógł jej w tym, z niezłym zresztą skutkiem, jej drugi mąż, psychiatra, o wiele od niej młodszy. Ale też nie na długo, bo zaczął się wymykać z ciepłego gniazdka do coraz młodszych kochanek. I chociaż A.H. zrezygnowała dla niego z aktorstwa, aby wychowywać ich syna, na nic się to zdało.

Jej mąż numer 3 był tym, o którym świat mówi szumnie – OSTOJA. Ale tak to już jest, że kobiety kochają drani, a na poczciwców rzygają z trzeciego piętra. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że rzeczy dla nas nieważne walą do nas jak liście przez niedomknięte drzwi w jesienną kurzawę, a łaski, o które tak się modlimy, utykają smutnie gdzieś po drodze do nieba. Tak jakby jakiś zazdrosny anioł odmierzał na wadze sukcesy i porażki, i musiało mu się tam zgadzać w tym niebie.

A.H. nie miała zadyszki pnąc się po szczeblach kariery, nie wahała się godzinami, jaką sukienkę założyć, żeby olśnić jeszcze nie olśnionych. Oni wszyscy sami do niej przyszli, i to oni mieli zadyszkę, który zdąży pierwszy, a ten któremu się to udało, nazywał się Hubert de Givenchy. I wygrał. Bo jeśli dziś pada nazwisko Givenchy, to widzimy smukłą dziewczynę z dziecięcą grzywką, oczami jak przedwojenne monety i z wielką fifką w czarnych rękawiczkach. To Audrey – córka bankiera i baronówny holenderskiej Elli Von Hemstra. Muza Huberta de Givenchy, ambasadorka UNICEF-u. W 1944 roku, by przeżyć, jadła bulwy tulipanów. Potem jedną z odmian tych kwiatów nazwą jej imieniem, ale zanim to nastąpi, będzie próbowała wynaleźć przepis na chleb z trawy, a kiedy się jej to nie uda, będzie dorabiała jako instruktorka baletu. Zarobione pieniądze odda na antyfaszystowskie akcje w Holandii. Będzie tam pracowała jako wolontariuszka w wojskowym lazarecie, a jednym z jej podopiecznych stanie się przyszły hollywoodzki reżyser Terence Young, który nakręci jeden z jej filmów pod tytułem Waiting until dark. Zrobi też rzecz o niebo lepszą niż ten dosyć przeciętny film. Ogłosi światu jej wolontariacką przeszłość, opowie o 16-letniej dziewczynie, która z uśmiechem prowadziła rannych do latryny.

Klasa, za ile można ja kupić? Nie można, trzeba mieć w życiorysie takie właśnie kwiatki, które później trudno flancować w pokrętnych i bladych życiorysach. Kiedy myślę o gwiazdkach uśmiechających się do kamery, gdy zapalają znicze dla ofiar i ku czci, kiedy wciągają płaskie brzuchy, gnając na coraz bardziej anorektycznych nogach jak ćmy do blasku fleszy, kiedy pytają, za ile ta charytatywka?, wtedy zawsze myślę o tych, co nie pytają, za ile? Wtedy myślę o Audrey. To nie do wiary, że kiedy umierała, prosiła jeszcze, żeby nie zapomniano o dzieciach, które głodowały w Afryce. W takich chwilach jest się chyba prawdziwym, nie dziwię się więc, że kiedy całe Hollywood zastanawiało się, kto zagra anioła u Stevena Spielberga w Na zawsze, wszyscy jednogłośnie wybrali Audrey. Było to w 1989 roku, trzy lata później odeszła. Zrobiła to w wielkim stylu, tak jak żyła – po cichu, z klasą, bez rozgłosu. Powiedziała jeszcze: moje życie było wiecej niż bajką, przeżyłam wiele trudnych chwil, ale niezależnie od trudności, które przeszłam, na końcu zawsze czekała na mnie nagroda.

Joanna Kurowska

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Styl życia
Agata Młynarska – „Buongiorno, Milano!”, część 3

Kiedy widzę, jak Mediolan rozkwita wiosną, przypomina mi się pewien dzień, który spędziłam tu niedawno. Jeszcze było zimno, jeszcze trzeba...

Zamknij