Ewelina ląduje w Azji

25-08-2011

Autorka tego tekstu ma dwie pasje – jest reporterką telewizyjną i podróżuje po świecie. Im dalej, tym lepiej. Im więcej ją zaskakuje, tym jest szczęśliwsza. Dziewczyna z oczami dookoła głowy. Chłonie, wącha, dotyka, poznaje. Przeczytajcie jej relację z wyprawy do Azji. Dziś pierwsza część. Udanej wyprawy.

Agata Młynarska

POZNAJCIE MOJĄ AZJĘ

Jak stracić wszystko podczas spaceru po Kambodży? Jak się nie bać pędząc na łeb na szyję tuk – tukiem przez zatłoczone ulice Bangkoku? Jakie są efekty terroru Czerwonych Khmerów i jak się wypoczywa na prawdziwie Rajskich Wyspach? Odpowiedzi na te pytania pojawiają się bardzo szybko i równie szybko nasuwa się jeden wniosek – żadna z nich nie jest jednoznaczna.

Podróż w nieznane zaczynamy od Bangkoku. Pierwsze co nas uderza po kilkunastogodzinnej podróży, to wyjście z klimatyzowanego lotniska na ulicę. To połączenie bardzo intensywnego zapachu, z nieznaną w Europie wilgotnością powietrza. Zapach jest zasługą wszechobecnego w Tajlandii jedzenia, jest bardzo intensywny, mdlący, a w połączeniu z upałem nieznośny, nie przypomina żadnej europejskiej woni.

Ulice przepełnione są straganami, stoliczkami i woreczkami z jedzeniem, które do tej pory, pozostaje dla mnie w większości nieidentyfikowalne. Potrawą, która wzbudziła moje największe zainteresowanie, pozostaje coś, co nazywam „lizakiem wieprzowym“: wygląda to jak ugotowana świnka morska, nadziana na patyk. Tajowie jedzą wszędzie i często, mam wrażenie, że najrzadziej robią to w domu.

Wilgoć to gorszy problem niż zapach. W pół godziny po opuszczeniu klimatyzowanego pomieszczenia „wszystko płynie“. Azjaci radzą sobie z tym problemem, posypując się kilkanaście razy dziennie, specjalnie do tego celu przystosowanym białym talkiem. Nie polecałabym tej metody osobom o jasnej karnacji, bo mogą wyglądać jak człowiek, który polał się wodą i wysypał na siebie worek mąki. Na półkach sklepowych przeważają kosmetyki wybielające. Tajki wzorują się na europejskim kanonie urody. Dlatego warto dokładnie przeczytać etykietę na opakowaniu, żeby nie wrócić bledszym, niż przed wyjazdem. Jednym z pierwszych pytań, które zadaje sobie oszołomiony po podróży turysta, uderzony gorącem pomieszanym z mdlącym, dziwnym zapachem jest to, jak wydostać się z lotniska?

Rozterki moje i moich towarzyszy, rozwiewa nerwowo zachowujący się mężczyzna, który proponuje dojazd busem do hotelu. Szybko udaje nam się ustalić rozsądną cenę i szczęśliwi z perspektywy długo oczekiwanego odpoczynku zaczynamy przemierzać kolejne kondygnacje parkingu. Kiedy na drodze pojawia się policjant, nasz taksówkarz zaczyna zachowywać się, jakby chciał pobić rekord na 300 metrów w sprincie. Znika.

I znowu kilka kondygnacji w dół: tym razem w asyście policji dochodzimy do ogromnej kolejki ludzi oczekujących tak jak my na “oficjalne” taksówki, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Polega to na tym, że na miejscu jest kilka stanowisk „dyspozytorek”, które mówią po angielsku, pytają o miejsce docelowe i ustalają cenę. Jest to dobry sposób, żeby zorientować się w miejscowych stawkach. Taksówki w Tajlandii mają kolor różowy.

Na zwiedzanie Azji wybieramy sierpień, jest to pora deszczowa, ale aura sprzyja przemieszczaniu się. Azjatyckie „lato” przypada na porę suchą, ale wtedy temperatury są nie do zniesienia, nie pada deszcz, co w konsekwencji sprawia, że podróżowanie staje się uciążliwe. Dlatego na eksplorację Azji polecam tamtejszą „zimę”, czyli tzw. porę deszczową.

Pogoda jest piękna i jest trochę mniej niż 45 stopni w cieniu, a deszcz staje się długo oczekiwanym sprzymierzeńcem. Mankamentem jest to, że kiedy już pada, to jest równoznaczny z prysznicem odkręconym do oporu, wprost na czubek głowy. Pierwsze trzy dni upływają mi w asyście 11 znajomych. Mam to szczęście, że jeden z nich pracuje w sieci hoteli i organizuje nam pobyt w luksusowym hotelu z basenem, w pokoju z panoramą na Bangkok, a wszystko to w dobrej cenie. Pierwszy raz mieszkałam w apartamencie, który był w cenie pokoju w hostelu. Był to ogromny luksus i wielka przyjemność i chwilowy odpoczynek przed szkołą życia, który zafundowała nam dalsza część podróży. W taksówce wiozącej mnie z lotniska doceniam to, że wiem dokąd jadę i że w najbliższej perspektywie czeka mnie kąpiel i drzemka. Podróż jest dość wyczerpująca.

W całej Tajlandii na każdym kroku dominują wizerunki pary królewskiej, a zwłaszcza ukochanej przez poddanych królowej Sirikit, żony króla Bhumibola Adulyadeja . Za znieważenie jej wizerunku grozi kara równie wysoka, co za posiadanie narkotyków. Kolejną rzeczą, której nie sposób nie zauważyć, a w zasadzie nie usłyszeć, to pojawiające się co kilka sekund pytanie: Sir/ Lady, wanna tuk-tuk? Tuk-tuk to najpopularniejszy sposób przemieszczania się w Azji południowo-wschodniej, jest to nic innego jak zmotoryzowana riksza.

Z tuk-tuka korzystają zarówno miejscowi jak i turyści, oczywiście jednych i drugich obowiązują zupełnie inne stawki. Cena zależy tylko i wyłącznie od determinacji i orientacji pasażera, nie zmienia to jednak faktu, że nie ma szans na stawki, które obowiązują lokalną społeczność. Najważniejsze jest to, żeby rozmowę z kierowcą zacząć od ustalenia ceny za konkretny przejazd, inaczej po dotarciu na miejsce możemy być mocno zdziwieni. Ten pojazd daje przyjemny chłód i długo wyczekiwany podmuch wiatru. Wadą, która często okazuje się też zaletą jest fakt, że tego pojazdu nie obowiązują żadne zasady ruchu drogowego. W praktyce oznacza to nic innego jak najtańszy i najszybszy dojazd do miejsca przeznaczenia. Tyle, że czasami lepiej nie otwierać oczu.

Mniej brawurowe, a też obfitujące w niebanalne doznania, jest podróżowanie po stolicy Tajlandii tramwajem wodnym lub przepłynięcie się czółnem z jednym z rybaków, których przez cały dzień można znaleźć w porcie. Bangkok to z jednej strony bardzo rozwinięta infrastruktura, niesamowite sklepy, drogie samochody, drapacze chmur – jak np. 309 metrowy hotel Baiyoke – z drugiej zaś bieda, slumsy, bezdomni śpiący na ulicy i wszechobecne szczury. Niestety, o obecności tych ostatnich przekonałam się dobitnie na własnej skórze. Spacerując nocą ulicami Bangkoku dwa osobniki tego gatunku, przypominające średniej wielkości psa, wbiegły wprost na moje nogi. Ponieważ nikomu nie życzę podobnego doświadczenia, radzę: patrz pod nogi!

Mimo takich niespodzianek jedno jest pewne: Bangkok się chłonie, podziwia i odkrywa na każdym kroku. Wystarczy porównać Chińską Dzielnicę, w której czas zatrzymał się w innej epoce, gdzie pomieszały się kultury i gdzie zapuszczając się w małe uliczki nie spotyka się białych ludzi, z ulicą Khao San, pełną wszystkiego, o czym spragniony wrażeń turysta może marzyć.

Khao San to oprócz restauracji, sklepów i guesthouse‘ów, mekka biznesu erotycznego. Na każdym kroku słychać zaproszenie na ping-pong show, ale zapewniam, że jeżeli ktoś liczy na spektakularny pokaz tenisa stołowego, bardzo się zdziwi… Zdradzę tylko tyle, że na owym „pokazie” okazało się, że papieros, butelka piwa i piłeczki ping-pongowe są w Azji atrybutami erotycznymi, zarezerwowanymi dla prawdziwych koneserów.

Kolejna rada. Jeżeli jesteś mężczyzną, uszyj sobie garnitur. Będzie tani i bardzo dobrej jakości. Jednak krawca lepiej poszukać wcześniej na forach internetowych, niż polegać na kierowcy tuk-tuka, który będzie nalegał na darmowy przystanek w zaprzyjaźnionej pracowni. Niezależnie od tego czy jesteś kobietą czy mężczyzną, idź na Chatuchak Market, największy bazar w Azji, gdzie naprawdę można dostać wszystko. Ten targ wymaga mapy, bo nawet cały dzień to za mało, żeby zobaczyć wszystkie dystrykty tego gigantycznego targowiska. Niektóre przewodniki podają, że można tam kupić jednorożce…

Bangkok urzeka i nie ma się go dość. Przez prawie miesięczny pobyt w Azji wracam do niego trzykrotnie. W końcu w pierwszej knajpce, do której weszliśmy od razu po przylocie, usłyszeliśmy płynącą z głośników piosenkę Ewy Bem, co okazało się dobrą wróżbą całego wyjazdu.

 Po kilku dniach w tym niesamowitym mieście odłączam się z moim przyjacielem od reszty grupy, która wybrała Wietnam i udaję się do Kambodży…

Ewelina Pełszyńska

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Styl życia
jab_icon
Połówki innych jabłek

Niezbadanymi ścieżkami chodzi miłość. Pozornie nie dobrani okazują się cudownymi partnerami, a podobni do siebie nie znajdują wspólnego języka. Jak...

Zamknij