Andrzej Piaseczny: Dziś już wiem, co w życiu dobre
06-12-2011Kochają go wszystkie pokolenia kobiet. A gdy śpiewa „Choć, przytul, przebacz”, każda chciałaby się skryć w jego ramionach. Jak nikt inny zna zakamarki kobiecej duszy. Właśnie wydaje kolejną płytę o miłości „To, co dobre”. Bo on już wie, co jest w życiu dobre. Tymczasem zasiada w fotelu jurora telewizyjnego, muzycznego show „The Voice of Poland”.

Ile potrzebujesz czasu, żeby ocenić, czy ktoś ma talent?
Zwykle dostrzegamy talent dopiero wtedy, gdy zaczyna błyszczeć. Choćby minimalnym blaskiem. Ale przecież zdarza się, że poznajemy utalentowanego człowieka w momencie, kiedy daleko mu do pełnego blasku. Jeszcze nie odkrył siebie, może nie miał odwagi, żeby się odblokować i pokazać, co potrafi. Dlatego z taką jednoznaczną, kategoryczną oceną mam pewien kłopot. Bo ja lubię przedłużać nadzieję. Ktoś potrzebuje mniej czasu, by zabłysnąć, a ktoś inny więcej.
W życiu prywatnym również? Dajesz ludziom kolejne szanse?
Różnie bywało, ale im jestem starszy, tym osób, którym pozwalam zbiżyć się do mnie, jest mniej. Jestem ostrożniejszy, bardziej doświadczony, wybredny i bardziej przyzwyczajony do siebie takiego, jakim jestem. Byłoby więc idiotyczne, gdybym nie szanował tych, którzy są przy mnie, i nie dawał im kolejnej szansy.
Dlaczego jesteś taki dobry?
Nie jestem.
Tak mówią.
Może to kwestia wychowania, a może nieustającej chęci wiary w ludzi. To nie znaczy, że czasem nie byłem raniony przez tych ludzi, w których wierzę. Ale to, że daję im kolejne szanse, to nie moja bezgraniczna dobroć, ale zwykłe samolubstwo (śmiech).
Ale wracając do twojej roli jurora w „The Voice of Poland”. Reguły programu są proste, tu nie wydłużysz czasu w nieskończoność…
Ale gdybym mógł wykroczyć poza tę formułę, mój charakter każe dawać ludziom szansę bez ustanku. Może następne wykonanie będzie lepsze, może przeskoczy jakaś zapadka w głowie, w gardle, w psychice… Bo z własnego życia wiem, że nie wolno nikogo przekreślać. Uczyłem się angielskiego odkąd skończyłem sześć lat. Rodzice ciągle posyłali mnie na lekcje, ale szło mi jak po grudzie. I nagle po wakacjach zacząłem mówić. Nie wiem dlaczego! Nic specjalnego nie robiłem, może po prostu nabrałem śmiałości. Nagle po raz pierwszy w życiu na zadane przez nauczyciela pytanie zacząłem płynnie odpowiadać, zamiast dukać jak dawniej.
Muzyczne programy w Polsce zrobiły furorę. Przy okazji okazało się, że mamy wiele znakomitych głosów. A jednak po programie przepadają. Nie szkoda?
Bardzo szkoda.
Czego im brakuje?
Często osobowości.
To znaczy?
Chodzi o to, żeby śpiewać tak, by budzić emocje. Najgłupsze pytanie, jakie można zadać autorowi: o czym jest ta piosenka, o czym jest ten wiersz, o czym jest ta książka – okazuje się nie takie głupie. Bo przecież, kiedy wychodzimy na scenę i chcemy poruszyć w kimś czułą strunę, może ona drgać na wiele sposobów. Treści, które pokazujemy, każdy z nas odbiera w kontekście własnej osobowości, własnej historii, własnego życia, pragnień, marzeń. Dlatego czasem warto jednak zapytać autora: „O czym jest ta piosnka?”, ponieważ ona przetworzona na innej strunie dostaje innych alikwotów. Okazuje się, że każdy człowiek rozumie ją inaczej, bo przez pryzmat własnych doświadczeń. Ale jeżeli na scenę wyjdzie wykonawca warsztatowo doskonały, wyśpiewa wszystkie dźwięki, które kompozytor nakazał, dodając jeszcze tysiąc pięćset swoich ozdób, melizmatów, a nie będzie miał tej umiejętności poruszenia czułej struny, nic z tego nie będzie. Nic i nigdy.
Można nawet fałszować, byle budzić emocje?
Zdecydowanie. Najgorzej jest być letnim. Robić coś, co nie pozostawia w nas żadnego śladu albo w najlepszym przypadku jest piosenką jednego sezonu.
Gdybyś miał podać przepis na karierę, co by się w nim znalazło: talent, uroda, osobowość, a może szczęście?
Wszystkie te czynniki są ważne. Emocje widza budzi nie tylko głos. Postrzeganie artysty nie jest ograniczone do wokalu. Uroda też jest ważna.

Mniej urodziwi są bez szans?
Nie wiem. Jeśli mnie pytasz o wielkich wykonawców, którzy wyglądają średnio: no dobra, ale jakże śpiewają!
Co jest największą trudnością w ocenianiu? W podjęciu decyzji – tobie dziękujemy, a ty możesz zostać.
Związek emocjonalny, który się wykształca z własnymi uczestnikami. Im jest ich mniej, tym te decyzje są trudniejsze. Bo znamy się dłużej. W moim przypadku cała ta zabawa wiąże się z tym, że faktycznie poznajemy się również poza sceną. „Dzieciaki” były u mnie w domu.
Każdy jest miłym gościem w twoim domu?
Prowadzę dom otwarty, choć staram się, żeby był jednak prywatny. Przychodzą do mnie najbliżsi, a po tylu tygodniach spędzonych z nimi, są najbliższymi osobami. Jasne, że mówię nieco na wyrost, ale to jest ciekawa przeciwwaga dla tego, o czym mówiliśmy – że im jesteśmy starsi, tym tych osób wokół nas jest mniej. Musieliśmy zbliżyć się do siebie.
Dlaczego wyniosłeś się w Góry Świętokrzyskie, daleko od Warszawy?
Kiedy jestem u siebie, widzę ogromną perspektywę. Wyglądam z okna, staję przed domem i widzę bezmiar możliwości. I najważniejsze jest to, że nie muszę gonić, chwytać pomysłu, który właśnie się pojawił. Bo wiem, kiedy patrzę na tę perspektywę, że ona tam będzie. Że nie umknie następnego dnia. Że nie trzeba gonić pomysłu pomysłem. Że można wstać kolejnego dnia, patrzeć w tę samą dal.
A na co masz widok z okna?
Na Święty Krzyż. Wprawdzie jest 35 kilometrów dalej, ale przy dobrej pogodzie widzę światełko na nadajniku radiowo-telewizyjnym na Świętym Krzyżu.
Od czego uciekasz?
W ogóle nie uciekam. To jest odpoczynek od zgiełku. Ale to nie tak, że wygoniłem się z miasta, bo mi zaczęło przeszkadzać.
Życie towarzyskie, zawodowe toczy się w Warszawie, a ty sobie siedzisz tam w tych górach i piszesz swoje piosenki.
Życie towarzyskie toczy się tam, gdzie jest towarzystwo. A towarzystwo wybieram sam.
Ale mnóstwo ludzi lgnie do tej Warszawy, bo tu się może coś zdarzyć. Ty zawróciłeś na pięcie i zwiałeś.
Janusza Gajosa też ostatnio widziałem w teatrze, a nie na przyjęciach towarzyskich. Wszędzie można znaleźć własną niszę. Nawet w zatłoczonym mieście. Naprawdę nie uciekam, po prostu jakoś przyjemniej mi jest być w miejscu, w którym przejrzyściej widać kolory. Jak one się zmieniają.
Pamiętasz moment, kiedy pomyślałeś: „Wybuduję sobie dom”?
Wszystko zaczęło się od tej perspektywy. Pamiętam, że kiedyś byłem na pieszej wycieczce po Górach Świętokrzyskich, to bardzo niewymagające góry, więc nie było ciężko. Jesienią, póki nie jest jeszcze zbyt zimno, można kolorowymi lasami przejść 30- 40 km w ciągu dnia, nie męcząc się zbytnio. Szedłem przez ten kolorowy las i niespodziewanie dotarłem do polany na szczycie wzniesienia. I zobaczyłem zapierającą dech perspektywę. Od tego się wszystko zaczęło. Zbudowałem dom.
To wieś?
I ostatni dom we wsi.
Przyjaźnisz się z miejscowymi?
Znamy się, ale nie są to zażyłe przyjaźnie. Żyję jedną nogą w walizce. Nie osiadłem do tego stopnia, żeby się wtopić w jakąś społeczność.
Jesteś człowiekiem w drodze?
Zdecydowanie tak. I choć czasem mam potrzebę osiąść, ta droga mnie fascynuje i nie potrafię, nie chcę się zatrzymać.

Co robisz w domu, jak jesteś sam? Nie musisz jechać na koncert, do studia nagrań.
Kompletnie nudne rzeczy. Wstaję, włączam radio z muzyką poważną. Mam kilka ulubionych rozgłośni, zwykle internetowych. Czasem coś mi bardziej wpadnie w ucho, więc zapisuję, żeby kupić płytę. Zasypiam przy Mozarcie. Mam takie ulubione radio internetowe, które gra tylko Mozarta.
To w tym domu powstają twoje piosenki?
Tak, właśnie tam.
Siadasz przy biurku i czekasz na wenę?
Wyganiam wtedy wszystkich i chodzę, wykonuję różne czynności, ale chodzę, chodzę. Jestem niespokojny.
Chodzisz z kartką i ołówkiem?
Nie, dobiegam do kartki. Zwykle piszę słowa do muzyki. Najpierw melodię noszę w głowie, podśpiewuję sobie aż zacznie mi kiełkować temat. Potem dobieram słowa. I moment, kiedy siadam przy kartce, to jest już tylko przelewanie myśli z głowy.
Skąd wiesz, czy piosenka będzie się podobała?
Nigdy nie ma tej pewności. Podczas pracy nad płytą jedne piosenki zapadają nam bardziej w głowę niż inne. To niewytłumaczalne. Całe szczęście, że kiedy się ich pisze 15-20, jest z czego wybierać. Ale czasem moje własne wybory nie są wyborami najszczęśliwszymi, w sensie sukcesu komercyjnego.
Ale po 20 latach w show-businessie masz już chyba nosa i wiesz, co będzie przebojem?
Nawet dwudziestoletnie doświadczenie czasem zawodzi.
Skąd bierzesz historie?
Z życia. Historia z moją nową płytą zaczęła się od tego, że napisałem jedną piosenkę, tytułową, która ma określić zawartość tej płyty – „To co dobre”. A potem już wiedziałem, o czym ma być cała płyta. Nagle zobaczyłem, że wokół mnie jest mnóstwo dobrych rzeczy, na które najwyższy czas zwracać uwagę.
Dobrze ci mówić, bo od kilku lat jesteś w najlepszym momencie życia.
No dobrze, ale łatwo jest popaść w sztampowe postrzeganie rzeczywistości. Myślę, że jak jest dobrze, trzeba to smakować małą łyżeczką. I o tym jest ta płyta.
Co jest dobre w twoim życiu?
Dobre jest to, że uświadomiłem sobie, iż zawodowo to jest jeden z najlepszych momentów. Dobre jest to, że mam czas, by więcej czytać, więcej słuchać. Być bardziej wyrozumiałym dla moich najbliższych, chociaż nie zawsze mi się to udaje. I dobre jest to, że staram się nie doświadczać życia po łebkach.
Przy jakiej piosence z nowej płyty się wzruszyłeś?
„Z dwojga ciał”. Ale tutaj pokażę rogi, bo to jest wzruszenie na płaszczyźnie erotycznej, a nie bardzo emocjonalnej, miłosnej. Uważam, że erotyzm to dopełnienie człowieczeństwa. Nie tylko bujamy w chmurach, ale potrafimy też w tych chmurach zdobyć się na bliskość innego rodzaju.
W trawie, jak w twojej piosence?
W trawie i chmurach (śmiech).
Znowu piszesz o miłości.
No tak, bo jakże od niej uciec.
Jest najważniejsza?
Zdecydowanie. Ale miłość jest pojęciem bardzo szerokim. To nie jest uczucie, które można skanalizować tylko w stosunku do jednej osoby. Miłość to pojęcie bardzo szerokie. To jest też współodczuwanie. Uzupełnianie się, chęć pomocy. Przecież rodzina, brat, siostra, matka to też miłość.
Jest jeszcze miłość własna.
Bardzo ważna.
Powiedziałeś kiedyś: „Od nas zależy, w którą się idzie stronę, ta droga prowadząca w światła jupiterów jest najłatwiejsza”. Ale ty nie idziesz w stronę jupiterów…
Jak to nie? Idę. Tylko inaczej. Bo też nie scena jest największą wartością w życiu, tylko życie. Kiedyś Jeremi Przybora po śmierci Agnieszki Osieckiej, a potem też swojej żony powiedział: „Życie jako sposób na spędzanie wolnego czasu przestało mnie w tym momencie interesować”. Mnie życie interesuje wyjątkowo mocno.
Beata Biały









