Agata Młynarska: „Trochę jestem z Cannes”

20-04-2011

Są miasta, z którymi wiąże cię siła magiczna. Zamykasz oczy przed snem w Warszawie, i widzisz wieczór TAM – dobrze wiesz, gdzie kupiłabyś ser na kolację, książkę, krem, którą ulicą poszłabyś na spacer, ile zapłaciła za bilet do kina. Pamiętasz twarze, adresy, numery dogodnych autobusów. Trochę jesteś tamtejsza. Ile miast nas tworzy? Ile z nich nosimy w sobie? Zamykam oczy w Warszawie i widzę Cannes…

Fot.: Shutterstock

To jedyne miejsce na świecie, do którego wracam jak do domu. Od lat dwa razy w roku przyjeżdżam na międzynarodowe targi telewizyjne. Mam tu swoje miejsce, mieszkanie w Palais Miramar. Zawsze to samo – drzwi nr 1206, nic się nie zmienia. Te same talerze, firanki, obrazy, stół. Poranna kawa na balkonie i płatki z mlekiem – mój tutejszy rytuał. A potem zanurzam się już w magii Cannes.

 


Fot.: Shutterstock

Robot w pałacu

Palais Miramar przy La Croisette, w sąsiedztwie Hotelu Carlton i Majestic , miejsc, które tworzą styl. I historię kina. Na czas targów telewizyjnych, ta mała prowansalska mieścina zamienia się w jedną wielką transmisję we wszystkich językach świata. Na ulicach pojawiają się uczestnicy targów, wszyscy z identyfikatorami. To ludzie telewizji. Mieszkańcy Cannes, siedzący w knajpkach wzdłuż bulwaru, przyglądają się im, jak pędzą na spotkania do festiwalowego pałacu. Pałac jednak nie wygląda jak pałac, przypomina raczej gierkowską szkołę budowaną przez żołnierzy w czynie partyjnym. Ale legenda ma swoją moc. Wystarczy kawałek czerwonego dywanu, zdjęcia gwiazd i oto mamy wielki świat. Nawet odciski dłoni najsłynniejszych aktorów są mało widoczne, giną w zamieszaniu. Targowe miasteczko z flagami gigantów takich jak BBC czy Sony wygląda jak wielki robot wstawiony w scenerię starego portowego miasteczka.

 

A Cannes i tak żyje po swojemu

Czas płynie tu bardzo powoli, w knajpkach przy głównym bulwarze czatują spaleni słońcem lokalni poszukiwacze atrakcyjnych turystek, na niebieskich ławeczkach wzdłuż bulwaru siedzą i patrzą przed siebie staruszki. A każda ma na sobie ubrania i biżuterię o równowartości mniej więcej warszawskiego mieszkania lub przynajmniej dobrego samochodu. Cannes to miasto starych ludzi, nigdzie nie spotkałam tak afirmujących swój wiek zakochanych staruszków. Pod wieczór owe damy siedzą już w grupkach i omawiają najważniejsze sprawy, najmodniejszy fason fryzury dla małego pieseczka Lulu, nowe kolory toreb Hermesa, sposób na bezsenność i bezczelną Cristine, która wzięła sobie młodego kochanka. Panowie z dala od tych spraw, w parku obok portu, grają w nieśmiertelne bule.

 


Fot.: Shutterstock

Bruno i szpilki

Wieczór w Cannes to orgia jedzenia. Jest kilka sprawdzonych adresów, ale nie można, będąc w tym miejscu, nie zajrzeć do „Chez Bruno”. Dają tu najlepsze na całym Lazurowym Wybrzeżu frutti di mare i wino. Podczas targów znalezienie wolnego miejsca graniczy z cudem. Goście siedzą przy stolikach ściśnięci jak śledzie, kelnerzy krążą z prędkością światła z talerzami wielkości satelity. Na tych talerzach kryje się cała tajemnica powodzenia tego miejsca. Krewetki, ostrygi, małże, ślimaki – prosto z oceanu! No, trzeba wspomnieć, że jest jeszcze restauracja Bacon niedaleko Antibes, ale to już progi na nogi Jacka Nicholsona i Zygmunta Solorza! I zupełnie inna opowieść…

A po kolacji – spacer. Nogi są tu najlepszym środkiem transportu. Kobiety mają gorzej, bo obowiązkowo muszą być w butach na obcasach. Jest niepisany kod, który obowiązuje w Cannes – to elegancja, będąca wyrazem szacunku dla tego miejsca. Bo jak przejść obok zatykającego dech w piersiach hotelu Carlton w byle jakich dżinsach? Kiedyś myślałam, że bez okrągłych zer na koncie nie mam tam czego szukać. A teraz nie tylko wysokie obcasy, okulary Chanel i laptop dodały mi pewności siebie…

 

Fot.: Shutterstock

Calvadosu smak…

Wkroczyłam do tej świątyni wyrafinowanej elegancji i luksusu, żeby zobaczyć jak wygląda wielki świat. Usiadłam z moim komputerkiem w recepcyjnym hallu i zaczęłam obserwację…W Carltonie płaci się za wszystko, ale internet jest bezpłatny! Co za raj! Rozsiadłam się w wygodnym fotelu i odpaliłam wirtualny świat. Mogę być jednym okiem w Warszawie, drugim w Cannes. Fajne to uczucie siedzieć w miejscu, gdzie Marylin Monroe, Sharon Stone, Roman Polański czy księżna Diana pili sobie kawę lub szampana. W ubiegłym roku, chcąc poczuć prawdziwy smak luksusu i pokazać styl, na tarasie Carltona wypaliłam całe cygaro Monte Christo, popiłam Calvadosem i.. umarłam! Trzy dni leżałam bez ruchu, fundując starej francuskiej kanalizacji coraz to nowe wrażenia… Ratowała mnie sąsiadka Polka, legenda telewizji nie tylko polskiej, znakomita producentka, która załamała ręce i zaopatrzyła mnie w niewyczerpane pokłady pachnących rolek papieru toaletowego. Myślę, że hotelowa służba podczas festiwali filmowych widziała niejedno, ale mój eksces wśród targowej braci jest wspominany do dziś. I żyje w tych wspomnieniach własnym życiem, mocno już odległym od rzeczywistości. Cóż, show must go on!

 

Jeszcze do butiku

Wyjdźmy z hotelu i skierujmy się w prawo… Albo w lewo – to zależy od tego, czy wolimy zemdleć z wrażenia w salonie Balenciagi, czy dostać palpitacji serca od samego patrzenia na witryny sklepów: Bulgari, Dior, Botega Veneta, Chanel, Escada, Jimmy Choo, Gucci, Dolce Gabana, Prada, Louis Vuitton, Hermes… Prawdziwy zawrót głowy. I ten luksus już bardzo dużo kosztuje. Przynależność do tego świata to cena metki. Czasem warto ją mieć, ale jednak nie za każde pieniądze. Bagietka z wodą mineralną albo sałatka nicejska i wino za 5 euro też potrafią mieć styl! Zwłaszcza, jeśli mamy na szyi apaszkę Hermesa. Bardzo poprawia humor i dodaje animuszu! Po wszystkich spotkaniach, rautach i kolacjach, ostatniego dnia położyłam się na plaży. Jestem w Cannes! To brzmi, robi wrażenie! Tylko że ja tak tęsknię do Jastarni…

Agata Młynarska



Fot.: Shutterstock

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Styl życia
Aundrey1
Joanna Kurowska – stylowa Audrey

Audrey Hepburn, rocznik 1929, nie lubiła, kiedy wypominano jej wiek. Kiedy widziałam ją w jednym z ostatnich jej wywiadów u...

Zamknij