A gdy spotkasz na drodze Gruzina…

05-08-2011

Ania Dziewit-Meller kocha Gruzję. Była tam wiele razy, opowiada o tym kraju tak fascynująco, że nie sposób pozostać obojętnym. Anna to dziennikarka i liderka kobiecego zespołu muzycznego Andy – wydała z nim płytę. Napisała trzy książki – ostatnią wspólnie z Marcinem Mellerem, swoim mężem. Książka nosi tytuł „Gaumardżos. Opowieści z Gruzji”. Nam Ania opowiada o swoich podróżach, pisaniu i o tym, jak bardzo można pasować do tego jednego jedynego miejsca na ziemi. Trafiła na nie, znalazła. Zazdroszczę jej. Może i ja odkryję swoją Gruzję?

Agata Młynarska


Zespół taneczny z Gobronetii w Adżarii. fot. Ania Dziewit-Meller i Marcin Meller

Kiedy po raz pierwszy wysiadłam z samolotu na tbiliskim lotnisku, było ciemno i zimno, jak to w kwietniu nad ranem. Powietrze pachniało zupełnie inaczej, w hali przylotów, mimo bardzo wczesnej pory, tłoczył się tłum gości powitalnych czekających na swoich bliskich przylatujących do Tbilisi, tu człowiek nigdy nie jest pozostawiony sam sobie, zawsze ktoś na niego czeka.

Gruzja – od ponad roku to wątek przewodni mojego życia. Wszystko w związku z książką „Gaumardżos. Opowieści z Gruzji”. Nie byłoby jej jednak gdyby nie to, że już od kilku lat, każdego roku spędzałam w Gruzji co najmniej kilka tygodni, im więcej tym lepiej, to była bowiem miłość od pierwszego wejrzenia. Od pierwszego niedźwiedziego uścisku, jakim uraczył mnie Mamuka – kierowca starej wołgi, którą przysłał po nas na lotnisko nasz przyjaciel Sergo, od pierwszego poranka – gdy obudził mnie śpiew męskiego chóru, który ćwiczył sobie na hotelowym korytarzu, od pierwszej supry – czyli uczty – która na naszą cześć wyprawili nasi przyjaciele.


Banie w Tbilisi. fot. Ania Dziewit-Meller i Marcin Meller

„A czy tam przypadkiem nie jest niebezpiecznie?” – pytają nas często ludzie na spotkaniach autorskich, mając w pamięci obrazy tego kraju z lat 90., gdy toczyły się tam zacięte walki, ale i nieszczęsny rok 2008, w którym to roku Gruzini znów musieli walczyć z Rosją.

Odpowiadamy zawsze, że największe niebezpieczeństwo w Gruzji to spotkać na swej drodze Gruzina. Istnieje bowiem wówczas wielkie prawdopodobieństwo, że ów Gruzin zechce zaprosić nas do siebie do domu, ugościć, napoić, nakarmić i nie wypuścić tak łatwo ze swoich objęć. Gruzińska gościnność to prawdziwy symbol tego kraju, jak polska ułańska fantazja, francuskie wino i niemiecki ordnung i włoski makaron. Każdy Gruzin zaś – kiedy tylko widzi na horyzoncie gościa chce udowodnić, że w owym stereotypie na temat jego narodu, tkwi właściwie wyłącznie prawda.


Supra – gruzińska uczta. fot. Ania Dziewit-Meller i Marcin Meller

Nasz przyjaciel – archeolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego po Gruzji podróżuje rowerem. Nie jest to zajęcie łatwe, nie tyko dlatego, że rower nie jest najpopularniejszym środkiem lokomocji w Gruzji, a stan dróg pozostawia wiele do życzenia. Problem największy polega bowiem na tym, że kiedy tylko zatrzymuje się w dowolnej wiosce, by zapytać o dalszą drogę, zazwyczaj jest natychmiast zapraszany do czyjegoś domu, pojony i karmiony tak długo, że choć już wie, dokąd ma dalej jechać – uczynić tego nie może, jest bowiem zbyt pijany i przejedzony by ruszyć w dalszą drogę.

W Gruzji trzeba się otworzyć na innego człowieka i nie bać się kontaktu z kimś kogo widzimy po raz pierwszy w życiu na oczy. Ubiegłej jesieni kiedy byłam w Tbilisi, zbierając ostatnie materiały do kolejnego rozdziału książki, pewnego popołudnia siedziałam w knajpce na Starym Mieście czytając książki i popijając wino. Choć strasznie lało, siedziałam na zewnątrz pod daszkiem, w środku restauracji odbywało się bowiem jakieś przyjęcie, nie chciałam więc przeszkadzać, wolałam w spokoju czytać. Nie minęła dłuższa chwila, kiedy przy moim stole, na drugim jego końcu zasiadło czterech starszych bardzo eleganckich panów – gości przyjęcia. Zapytali czy mogą się dosiąść, by wypalić papierosa. I tak od słowa do słowa, chwilę później ja sama byłam już gościem, pełnoprawnym uczestnikiem imprezy, która okazało się stypą, byłam karmiona i pojona i rozmawiałam ze wszystkimi jakbyśmy się znali od lat. Takie sytuacje zdarzają się w Gruzji nieustająco. Jak powiada stare gruzińskie przysłowie „Jeśli do twoich drzwi zastuka twój wróg niosąc ci na tacy głowę twojego syna, musisz go najpierw ugościć”. Polskie „Gość w dom, Bóg w dom” oraz „ Zastaw się, a postaw się” to ubodzy krewni gruzińskiej gościnności.


Widok na Tbilisi ze wzgórza Mtatsaminda. fot. Ania Dziewit-Meller i Marcin Meller

Do Gruzji najlepiej polecieć kiedy mamy trochę więcej czasu niż tylko kilka dni. Ten mały kraj, wielkości Austrii jest bowiem tak bogaty i zróżnicowany, że ja – będąc tam niezliczoną już liczbę razy – nadal nie widziałam wszystkiego i mam długa listę miejsc, które koniecznie chcę zobaczyć. Samo Tbilisi, to miasto które można odkrywać przez długi czas. Pięknie położone na wzgórzach, jednocześnie nowoczesne i bardzo stare, zniszczone i podnoszące się z upadku, europejskie i azjatyckie – naprawdę kusi i przyciąga. Po ponurym okresie lat 90., kiedy Gruzja borykała się m.in. z potężnymi problemami energetycznymi i przez 9 lat właściwie nie było w kraju prądu, władza stara się rekompensować ludziom ów mroczny czas. Nocami Tbilisi skrzy się więc tysiącami świateł. Stare miasto i górująca nad nim ruina twierdzy Narikala oświetlone reflektorami przez całą noc zapierają dech w piersiach. Stojące w swoim sąsiedztwie kościoły: gruziński, ormiański, meczet i synagoga, reprezentacyjna aleja Rustawelego, która bardzo przypomina paryskie Champs Elisee, brzegi rzeki Mtkvari i położona nad nią zabytkowe drewniane domy z charakterystycznymi balkonikami – Tbilisi to miasto, któremu trzeba poświęcić dłuższą chwilę.


Drewniane balkony – charakterystyczny element architektury starego Tbilisi. fot. Ania Dziewit-Meller i Marcin Meller

Z punktu widzenia turysty Tbilisi jest bardzo dogodnie położone – możemy stąd ruszyć i w wysoki Kaukaz – by stanąć u stóp góry Kazbeg i podziwiać urodę słynnej Gruzińskiej Drogi Wojennej, możemy dotrzeć pod azerską granicę do kutych w skałach klasztorów w David Gareji, zwiedzić Mcchetę – pierwszą stolicę Gruzji, albo ruszyć do Gori – miasta narodzin Stalina, gdzie do dziś funkcjonuje jego muzeum. A wszystko to w zasięgu do 150 km, co pozwala nam na powrót do miasta z każdej wycieczki przed nocą.


Kute w skale klasztory w Wardzii to jedna z największych atrakcji turystycznych. fot. Ania Dziewit-Meller i Marcin Meller

A jeśli mamy trochę więcej czasu musimy pojechać na zachód – do krainy niepodobnej do żadnej innej – Swanetii – położonego na Kaukazie regionu, który wygląda niczym kraina z „Władcy Pierścieni”. Ośnieżone dostojne pięciotysięczniki, dzika przyroda, lodowce, bujne zielone doliny, a w nich ukryte wioski, w których zachowały się tysiącletnie wieże z kamienia, strzelające dumnie w niebo. Ze Swanetii zaś ruszamy nad morze, do Batumi. Z herbacianych pól, o których śpiewały Filipinki już niewiele zostało, Batumi to dziś symbol nowej Gruzji – króluje tu nowoczesność, rzucają się w oczy inwestycje zakrojone na szeroką skalę, pysznią drogie hotele dla bogatych turystów z Turcji, Ukrainy i Iranu. Duży szok po swańskich łąkach i średniowiecznych wieżach.

Gruzja to kraj do którego ciągle chce mi się wracać. I wiem, że na szczęście jest nas coraz więcej?

Anna Dziewit-Meller

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller

Gaumardżos! Opowieści z Gruzji

Świat Książki, 2011

Premiera: 18 maja 2011

 

„Gaumardżos!” jest książką o radości życia i sztuce świętowania, której Gruzini są mistrzami. Jak w dobrym gruzińskim toaście nie brak w niej jednak głębszej refleksji, szczypty nostalgii, dramatycznych suspensów. Za odgłosami biesiady skrywa się kraj o przebogatej kulturze, trudnej teraźniejszości i wciąż niepewnej przyszłości.

Wojciech Górecki – autor „Planety Kaukaz” i „Toastu za przodków”

Wygląda na to, że Gruzja była przeznaczeniem Ani Dziewit i Marcina Mellera. Wzywała ich do siebie, przyciągała i uwodziła, aż wreszcie spakowali plecaki i ruszyli w drogę – żeby teraz nas uwodzić pasjonującymi opowieściami o ludziach i miejscach, od Batumi do Swanetii przez gruzińskie wsie i stoły aż po własne wesele. Świetnie się czyta!

Beata Pawlikowska – podróżniczka, pisarka

Dzięki Ance Dziewit i Marcinowi Mellerowi (którzy kochają się i razem kochają Gruzję) chcę tam pojechać znowu. Pozazdrościłam im gościnnych gruzińskich przyjaciół , śpiewów i picia do rana, bliskich spotkań z historią… Jadę i Państwo nich się zbierają!

Dorota Wellman – dziennikarka

Uwaga! Bierzesz tę książkę do ręki na własną odpowiedzialność. Z każdej kartki bije wielka miłość – głęboka, czuła, szalona miłość do Gruzji. I nie sposób się nią nie zarazić.

Olga Stanisławska – autorka „Ronda de Gaulle’a”

***

Jedziecie do Gruzji? A czy tam nie jest niebezpiecznie?” – oto najczęściej zadawane pytanie o Gruzję. Oj, jest niebezpiecznie. Naprawdę. Niebezpiecznie jest iść przez ten kraj i robić pamiątkowe fotografie przydrożnych domów albo drzew. Zawsze bowiem można trafić na gościnnego Gruzina, a wtedy sprawy mogą potoczyć się własnym niespodziewanym torem.

Autorom przydarzyło się to wielokrotnie. Podczas swych podróży po Gruzji spotkali mnóstwo gościnnych ludzi, a plany nierzadko zmieniały się w kolejną, niezwykłą przygodę. „Gaumardżos” czyta się z przyjemnością, którą można porównać do gruzińskiego biesiadowania. Ta lektura to wspaniała, wielogodzinna uczta, pełna smaków, zapachów, wyjątkowej muzyki (muzykują tam wszyscy), iście bajkowych krajobrazów, niezliczonych anegdot towarzyskich, opowieści o obyczajach, mentalności, społeczeństwie i o gruzińskiej historii. Jak to na uczcie, serwowane potrawy są słodkie i słone, ale bywają też ostre, gorzkie i… mrożące krew w żyłach. Takie są wplecione we współczesną narrację wspomnienia Marcina Mellera, który blisko dwadzieścia lat temu jako korespondent „Polityki” trafił w sam środek wojny na Kaukazie i cudem uniknął śmierci.

Niemal wszystko, o czym opowiadają Mellerowie – tak zakochani w Gruzji, że sami wzięli tam (oczywiście opisany w książce) ślub – inspirowane jest przez poznanych ludzi. Pojedyncze losy gruzińskich znajomych i przyjaciół autorów z najróżniejszych środowisk układają się w zaskakujący kalejdoskop spraw, którymi żyją oni i ich kraj. Skąd w Gruzinach duma i głęboko zakorzenione poczucie własnej wartości? Czym jest rodzina? Jak radzą sobie kobiety w tamtejszym świecie macho? W jaki sposób na życie Gruzinów wpływa ich nienachalny stosunek do punktualności? Dlaczego w Tbilisi są tylko dwie restauracje sieci MacDonald’s? Jest też o gruzińskiej domowej szkole picia, bez możliwości uników i zwolnień.

 A zatem: Gaumardżos – Na zdrowie!

 
Ania Dziewit-Meller i Marcin Meller

O Autorach:

Anna Dziewit-Meller – dziennikarka i reporterka. Autorka (razem z Agnieszka Drotkiewicz) książki „Głośniej! Rozmowy z pisarkami” oraz ”Teoria trutnia i inne. Rozmowy z mężczyznami”. Swoje teksty publikowała m.in. w „Polityce”, ”Wysokich Obcasach” i „Lampie”. W programie dzień Dobry TVN i radiu ChilliZET poleca dobre książki. W zespole Andy gra na gitarze i śpiewa.

Marcin Meller – historyk z wykształcenia. Od 1991 do 2003 reporter „Polityki”, jako jej wysłannik po raz pierwszy trafił do Gruzji; opisywał konflikty w Iranie, Czeczenii, byłej Jugosławii i w Afryce. Prowadził pierwszy polski reality show „Agent”, prowdził program „Dzień dobry TVN”. Obecnie redaktor naczelny „Playboya’, gospodarz „Drugiego Śniadania Mistrzów” w TVN24 i „Melliny” w Radiu ROXY.

Łukasz Kasprzycki

 Patron:

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Ona Poleca, Styl życia
icon_weg
Alicja mówi: „Słuchaj muzyki”

Znam Alicję Węgorzewską i przepadam za jej głosem. Za pięknym mezzosopranem, ale także za głosem w słusznej sprawie – dowiedziałam...

Zamknij