Zaopiekuj się mną

18-10-2011

Anna Dąbrowska-Miazga jest dziennikarką interwencyjną. W ręce i do serc takich ludzi trafiają sprawy najtrudniejsze. Czasami ich ciężar jest tak duży, że zastanawiamy się, czy potrafimy go udźwignąć – jako obserwatorzy oraz ci, którzy ewentualnie mogliby pomóc. Ale z tego powodu nie można rezygnować z mówienia i pisania o nieszczęściach innych. Nie wolno chować głowy w piasek. Dlatego zdecydowaliśmy, że opublikujemy relację Anny.


Foto. dreamstime.com

Kolejny dyżur w redakcji. Kolejny telefon. Nie, nie odbiorę. Niech ten ktoś się nagra. Muszę wypić kawę. Ręka jednak sama sięga po słuchawkę.
– Słucham, redakcja interwencji.
– Proszę pomóc mojej koleżance. Ona umiera. Jest sama z małym, chorym dzieckiem.
– Spokojnie. Jeszcze raz i od początku. Słucham panią…

Jadę na spotkanie z Martą. I chociaż tematyką społeczną zajmuję się od prawie dwudziestu lat, serce wali jak oszalałe. Marta przyjmuje mnie w mieszkaniu swojej siostry. Widzę cień człowieka. Zastanawiam się, jak wyglądała jeszcze rok temu.  
– Po urodzeniu córki schudłam 30 kilogramów – mówi. Ma 36 lat. Jest bardzo ładną kobietą, ale i choroba, i doświadczenia życiowe odcisnęły piętno na jej twarzy. Chustka na głowie, podkrążone oczy, pierwsze zmarszczki.

– Noszę brzemię krzyża. Od lat, ale już nie mam siły dalej. Nie mam siły walczyć z tym sama. Gdyby nie Vanessa…

Marta nie ma żołądka, narządów rodnych. Ma wyłonioną stomię. Żywienie pozajelitowe i progresję na kości. Rak! Vanessa, 10-miesięczna córka, choruje na wiotkość mięśni. Obie praktycznie są bezdomne. Mieszkają kątem kilka dni u siostry Marty i kilka dni u Marty byłego partnera. Ojca Vanessy.
Życie Marty nie rozpieszczało. Wychowywała się w domu dziecka. Trafiła tam razem z rodzeństwem. W wieku 18 lat zaszła w ciążę i wyszła za mąż. Urodziła syna. Życie zaczęło się układać. Wspólnie z mężem zaciągnęli kredyt. Kupili mieszkanie. Podjęli pracę. Marta była szczęśliwa. Szczęśliwa przez chwilę.
W małżeństwie coś powoli pękało. W końcu mąż ją zostawił. Wybrał inną, odszedł. Wyjechał za granicę. Marta została sama z dzieckiem i kredytem. Nie poddawała się. Żyła i walczyła. Lata mijały. Pieniędzy zaczęło brakować.
– Co miałam zrobić? Zarabiałam 1400 zł., a  rata kredytu wynosiła prawie tyle, ile moja cała pensja. Pomyślałam, że nie dam sobie rady sama. Zaczęłam szukać mężczyzny, który byłby dla mnie i dla dziecka wsparciem. Znalazłam.

I znowu sielanka. Wielka miłość, wspólne plany. Sprzedała mieszkanie. Pieniądze zainwestowała w remont JEGO małego domku. Mościli gniazdko. A że Marta ma zmysł plastyczny – gniazdko było wyjątkowo przytulne. Zaszła w ciążę. Zrobiła wszystkie badania lekarskie. Usłyszała: „Jest pani zdrowa jak ryba!”.
Marta jednak dobrze się nie czuła. Ciążę znosiła nie najlepiej. W szóstym miesiącu urodziła córeczkę. Vanesska dzielnie walczyła o życie. Z tej walki wyszła zwycięsko, chociaż ciągle jest pod stałą kontrolą lekarską.
Któregoś dnia Marta kolejny raz poszła do lekarza. I usłyszała diagnozę: rak żołądka. Nie mogła uwierzyć. Przecież jeszcze nie tak dawno wszystko było w jak najlepszym porządku. Powiedziała do swojego supermężczyzny:
– Jestem ciężko chora. Vaneska też. Potrzebujemy opieki.
– No to na mnie nie liczcie. Mam inne plany – odparł.
Marta nie mogła w to uwierzyć. Jak człowiek, którego tak kochała, z którym wiązała nadzieje, mógł ją zostawić? Jak mógł zostawić własne, chore dziecko? W takiej chwili!
Musiała opuścić dom. Przygarnęła ją siostra. Na chwilę. Ona także jest sama z trójką dzieci. W ten sposób Marta została bez dachu nad głową, bez pieniędzy. I bez perspektyw. A rak w jej organizmie rozpanoszył się na dobre. Chemia za chemią. W Warszawie. Zatem prawie 200-kilometrowe dojazdy i samotne powroty po zabiegach. Ile siły, ile determinacji? Nie da się tego opowiedzieć.
– Gdyby nie Vanessa… – powtarza Marta. – Wyjeżdżając na chemię zostawiam córeczkę pod opieką mojej niedoszłej teściowej. Ona jednak nie może dalej się nią zajmować. Vanessa rośnie, jest coraz cięższa. Wymaga rehabilitacji. A babcia jest chora – cukrzyca, no i wiek. Nie możemy się tułać z miejsca na miejsce. Potrzebujemy z córką stabilizacji. Jestem teraz przez 12-14 godzin uwiązana do kroplówki. Jestem zmęczona. Gdyby nie Vanessa…
– A jak radzicie sobie finansowo? – pytam.

– Lekko nie jest. Trochę pomagają obcy ludzie. Bo na bliskich liczyć nie mogę.
– Marto, jak można ci pomóc? Czego ci potrzeba?
– Chciałabym, żeby jakaś rodzina zaopiekował się mną i moją córcią. A jeżeli mnie się nie uda, to żeby Vanessa została już w tej rodzinie na zawsze. Bo na opiekę swojego ojca liczyć nie może. To zły człowiek. 

Anna Dąbrowska-Miazga

 

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Osobowość
dreamstimefree_2532574
Gwałt – stygmat hańby

Gwałcone są nie tylko nastolatki i młode kobiety. Ten dramat może się nam zdarzyć w każdym wieku, podczas spaceru, na...

Zamknij