Z boku widać lepiej
18-02-2012Agnieszka Wagner. Nie ma jej na plotkarskich portalach, unika blasku fleszy paparazzich, a na hasło „celebryta” dostaje gęsiej skórki. Nie boi się, że reżyserzy o niej zapomną, a uroda przeminie. Żyje „bez napinki” i bardzo chroni prywatność.

Nie wszystko na sprzedaż?
Wywiadów udzielam w rozsądnych liczbach i, mam nadzieję, z sensem. Ale nie wpuszczam kamer do domu, nie pojawiam się publicznie z rodziną. Do kwestii prywatnych odnoszę się na tyle lakonicznie, na ile to tylko możliwe. Nie dlatego, że mam jakiegoś trupa ukrytego w szafie, tylko dlatego, że tak wybrałam, w zgodzie z sobą.
Nie ma Pani na bankietach i premierach. Uważa je Pani za targowisko próżności?
Nie ukrywam, że po prostu nie lubię „bywać” i szkoda mi na to czasu. Rzecz jasna, w tym zawodzie czasem muszę, traktuję to wówczas jako zło konieczne. To część zawodowych obowiązków, a nie benefitów. Na hasło „celebryta” dostaję gęsiej skórki. Stoję na uboczu z wyboru i dobrze mi z tym. Lepiej stąd widać.
Grała Pani u najlepszych reżyserów: Wajda, Żuławski, Koterski… Na drugim biegunie są seriale. Nie sądzi Pani, że to gorszy gatunek?
Jestem wielka fanką seriali amerykańskich, takich jak np. „Żona idealna” czy wcześniej „Rodzina Soprano”, „Ostry dyżur”, „Sześć stóp pod ziemią” – to jest mistrzostwo świata, grają tam najlepsi aktorzy. Mam ogromną nadzieję dożyć dnia, kiedy nasze seriale też osiągną taki poziom. I ta nadzieja trzyma mnie przy życiu i pracy w polskich serialach. A swoją drogą, gra się dobrze albo źle, a nie serialowo lub filmowo. Poza tym uważam, że każda nowa praca aktora rozwija, poszerza warsztat i daje doświadczenie.
„Listy do M.” miały znakomite recenzje. Starannie wybiera Pani produkcje, w których bierze udział?
„Listy do M.” miały od początku bardzo zgrabny scenariusz i do tego jeszcze fajną obsadę. I nawet udało się nam tego nie zepsuć w realizacji. Ale nie zawsze jest tak różowo. Chciałabym móc być bardziej wybredna. To żadna frajda przyjmować najlepszą ze słabych propozycji, namęczyć się przy pracy, a na koniec lojalnie świecić oczami w jej obronie, mimo że nie warto. Ale aktor nie może jednej rzeczy – nie może nie grać. Nie grać w ogóle, bo wszystkie propozycje są za słabe. To do niczego nie prowadzi.
Niebawem będziemy mogli zobaczyć Panią w „Komisarzu Alexie”.
To niewielka rola, ale miła z powodów sentymentalnych. Przed laty zagrałam w Wiedniu w austriackim oryginale – „Komisarzu Rexie”. Nie znam niemieckiego, więc roli nauczyłam się wtedy „na małpę”, tak skutecznie, że do tej pory fragmenty pamiętam. Zagadka dla widzów: kiedy zabiłam – w Łodzi czy we Wiedniu? Z najnowszych rzeczy bardzo mnie cieszy praca przy, będącym właśnie na ukończeniu, autorskim filmie Edwarda Etlera „Srebrny lis Felicji T.” ze zdjęciami jednego z naszych najlepszych operatorów – Jolanty Dylewskiej.
Czym się Pani kieruje przyjmując rolę? Ważne są pieniądze, scenariusz, reżyser, obsada?
Najważniejszy jest scenariusz, a tak się niefortunnie składa, że scenariusze są najsłabszą stroną polskich produkcji. Jeśli litościwie przemilczeć budżety. Wtórne, przewidywalne do bólu, z marnymi dialogami, sztampowe, bez polotu. Porywamy się na kosztowne kostiumowe superprodukcje w rodzaju „Bitwy warszawskiej”, na które nas nie stać, zamiast postawić na kameralne świetnie napisane dramaty czy komedie – jak choćby robią to Czesi – czyli filmy, które mielibyśmy realne szanse dobrze zrobić. Mamy świetnych aktorów, fantastycznych operatorów, niezłych reżyserów. To wszystko jest ważne i ma wpływ na wybór roli. Ale przy marnym tekście nie wystarczy na dobry film. Z konieczności trzeba wybierać w tym, co jest, kierując się głównie „z kim” się gra.
Miała Pani taką sytuację, kiedy przyjęła rolę, bo… rola po prostu przyszła?
Wiadomo, zawód aktora na pstrym koniu jeździ, czasem lepiej brać co jest. Jeśli ktokolwiek z aktorów w naszym kraju twierdzi, że nigdy tego nie zrobił, to opowiada banialuki. Nie oszukujmy się, polski rynek filmowy jest zbyt mały, żeby nawet najbardziej wybredni i rozchwytywani aktorzy mogli sobie pozwolić na luksus wybierania tylko naprawdę dobrych propozycji.
A dostała Pani propozycję, o której pomyślała: „Nigdy w życiu”?
Wielokrotnie, niestety. I takie, że myślałam „może jednak powinnam…?”, a potem oglądając zanosiłam modły dziękczynne za to, że jednak nie dałam się skusić. Oraz takie, które przyjęłam wiedząc, że są słabe i przy których pozostało tylko zacisnąć zęby do uśmiechów przy oklaskach. Pełna paleta heroizmów i kompromisów. Takie jest życie aktora.
„Najpiękniejsza polska aktorka”, „zniewalająco piękna” – takie komentarze można przeczytać w Internecie.
Podobno tak. Oraz całą masę przytyków i inwektyw. Jak to w Internecie. Dlatego nie czytam. Szanuję swoje nerwy. Dla równowagi nie czytam też o innych znanych osobach, bo wiem jak nieobiektywne są te relacje i opinie. Ale i tak mnie to nie omija, życzliwi zawsze doniosą.
Uroda jest ważna?
W dzisiejszym świecie wygląd na pewno ma znaczenie, hipokryzją byłoby twierdzić, że nie. Zdominowała nas kultura obrazkowa i szybkie tempo życia, jedno spojrzenie wystarcza za ocenę. Ale czy akurat uroda w moim typie? Mam wątpliwości. Mój typ nie jest elastyczny, nie do wszystkiego się nadam. Równie dobrze można to postrzegać jako ograniczenie, np. „zbyt przedwojenna”.
Nigdy nie miała Pani takiej myśli: „Biorą mnie, bo jestem ładna”?
Nigdy nie uważałam się za ósmy cud świata i nie mam w sobie takiej wiary we własną urodę. Ładnemu we wszystkim ładnie, a mnie nie. Jest mnóstwo ładniejszych i z każdym rokiem coraz więcej młodszych. Co akurat mnie cieszy, bo lubię sobie popatrzeć na ładne dziewczyny. Nie jestem jednak też tak naiwna, żeby łudzić się: wybierają mnie z powodu moich dwóch fakultetów, anielskiego charakteru, tudzież wytrawnego poczucia humoru.
Oprócz prestiżowej Europejskiej Akademii Filmowej w Berlinie, skończyła Pani historię sztuki, a także studia na wydziale nauk ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Po co to Pani tyle dyplomów? To miało być wyjście awaryjne?
Nie, zawód wybrałam wcześnie i jestem mu wierna, nie szykuję sobie rezerwowej posadki kustosza w kapciach. Studia zawsze były tylko i aż moją przyjemnością intelektualną, rodzajem prywatnego luksusu, na który mogę sobie pozwolić, a który nie ma niczemu więcej, poza rozwojem, służyć.
Powiedziała Pani: „Ten zawód oswaja z upływem czasu. Grałam już kobietę starą, chorą. Miałam pomarszczoną twarz, siwe włosy… Przemijanie jest czymś naturalnym”. Nie boi się Pani przemijania?
Lata mijają, a ja nadal tak uważam. Na wszystko w życiu jest czas i miejsce. Jesteśmy mali, potem młodzi, dojrzali, w końcu starzy i powinniśmy żyć z tym w zgodzie. Szaleństwo propagandy wiecznej młodości jest dla mnie absurdalne. Chcę wierzyć, że twarz aktora, na której widać kawał życia i doświadczeń, jest ciekawsza od twarzy jak pupa niemowlaka. Nie martwię się, że się zmieniam, już prędzej o to, czy wystarczy mi w życiu czasu na wszystko. Choć czuję się wciąż jak młoda dziewczyna.
A nie obawia się Pani tego, że telefon od reżysera już nie zadzwoni? Że pewnego dnia usłyszy Pani: „Za stara”?
Aspirujący aktor grany w „Tootsie” przez Dustina Hoffmana na castingach słyszy kolejno, że nie nadaje się do roli, bo jest: za młody, za stary, za gruby, za chudy, za niski i za wysoki, wiecznie nie taki. Zawsze mnie to szalenie bawi, chociaż nie powinno, bo to moja zawodowa codzienność. To kwintesencja doli aktora. Jesteśmy ciągle oceniani i ciągle komuś nie pasujemy. Trzeba się opancerzyć. To oczywiste, że zmieniam półki wiekowe, a wraz z nimi typ ról. I wcale mi nie żal, że już nie grywam dzierlatek.
Kiedy budzi się Pani rano, oczekuje, że wydarzy się coś wyjątkowego?
Pod tym względem cierpię na rozdwojenie jaźni: z jednej strony uwielbiam święty spokój i normalne życie bez fajerwerków, a z drugiej – tęsknię za czymś ekscytującym. Jak coś takiego się pojawia, to klnę i zarzekam się, że za nic w świecie nie chcę, ale bez tego troszkę usycham. Więc jak pojawia się księżycowa zupełnie propozycja np. żeby pojechać ze świąteczną wizytą do polskich żołnierzy w bazie wojskowej w Afganistanie, to jednak jadę.
Jak Pani to robi, że żyje bez „napinki”, bez pośpiechu?
Żyję w ciągłym pośpiechu, z setkami wiecznie niepozałatwianych spraw spisanych na tysiącach karteczek, które mi urastają w grube pliki. Jak pewnie wszyscy dzisiaj. Ale rzeczywiście, chyba żyję bez „napinki”. W każdym razie staram się. Cenię sobie dystans do świata i siebie samej. Ciągle sobie powtarzam, że uprawiam niepoważny zawód, którego medialna otoczka jest, w najlepszym przypadku, śmiechu warta. Jak mi coś nie wyjdzie albo ktoś mnie nie polubi, to świat się od tego nie zawali. Są w życiu znacznie ważniejsze sprawy, do nich się dorasta.
Czego Pani brakuje w życiu?
Czasu. Wolnego i takiego w ogóle czasu na wszystko. Ciut więcej szczęścia, prezentów od losu, też by mi nie zaszkodziło.
Beata Biały







