Rodzina zastępcza

17-12-2011

Zapytałam pewną nastolatkę, czy myślała kiedyś o tym, aby w przyszłości założyć rodzinę zastępczą. Ledwie wypowiedziałam pytanie, pożałowałam jego głupiej treści…

 
Foto.photostock / freedigitalphotos.net

Bo gdzieżby tak młoda dziewczyna, dziecko jeszcze, myślała o takich rzeczach! Ja w jej wieku, co najwyżej, marzyłam o romantycznej miłości i, biologicznie, stawałam się dopiero kobietą. „Zastanawiałam się nad tym – powiedziała ku mojemu zdziwieniu dziewczyna. – Nie wiem, czy dałabym radę. To bardzo trudne zajęcie. Ale… jednocześnie daje tyle dobra.”

 

Żeby miały dzieci przy sobie

Nie taki diabeł straszny, jak go malują… Mój ojciec. Gdy miałam kilkanaście lat, powtarzał mi, żebym uważała, bo jeśli w tym wieku zajdę w ciążę, będę musiała wyprowadzić się z domu. Mój dziadek zawsze odpowiadał na to ze złością, że wtedy zamieszkam u niego. Tak naprawdę jednak wiedziałam, że w przypadku poplątania losów w każdym z domów znajdę oparcie. Nie sprawdziłam tego, na szczęście. Moje ścieżki poprowadziły mnie prosto…

Na zakrętach życiowych niemal rozbiły się Wiola i Marta. Nastoletnie dziewczyny, gimnazjalistki. Jedna, blondynka o wielkich oczach, ma półtorarocznego syna. Druga – nieco starszą córeczkę, żywą i ciekawą świata. Piękne dzieci! Te, które zostały już matkami i te, które wyszły z ich łona.

Dziewczyny mieszkają w rodzinie zastępczej prowadzonej przez ciocię Kazimierę. Znalazły u niej przystań, w której mogą do pełnoletniości przebywać ze swoimi dziećmi, uczyć się je wychowywać i uczęszczać do szkoły.

– Staram się wychowywać tak, jak swoje. Trzeba krzyknąć, to się krzyknie – opowiada ciocia Kazimiera. – Niektóre adaptują się od razu. Inne trochę popłakują, ale w końcu się dogadujemy. Trzeba dużo z nimi rozmawiać, tłumaczyć. Nie wolno mówić źle o ich rodzicach. Z czasem dziewczyny same się otwierają.

Pani Kazimiera prowadzi zawodową rodzinę zastępczą od 1997 roku. Najpierw opiekowała się własnymi wnukami. Potem, po wyprowadzce córki, w domu zrobiło się cicho. Przygarnęła więc 16-letnią mamę i jej 16-miesięcznego syna. Bardzo się bała…

Dziś mieszkają z nią trzy nieletnie mamy z dziećmi, 14-latka z interwencji i pełnoletnia już dziewczyna, która czeka na przydział mieszkania. Dwie mamy wyprowadziły się już do swoich mężczyzn i założyły zwyczajne rodziny. Bo przystanek życiowy u przyszywanej cioci nie przekreśla szans na miłość czy małżeństwo.

– Nie żałuję, że się tego podjęłam. Ja to kocham. Są takie chwile… Miałam niedawno urodziny. Wszystkie dziewczyny przyniosły czekolady. Ania nawet zegarek kupiła. A brat Natalki, który jest w domu dziecka, przywiózł mi z kolonii malutki obrazek. „To dla cioci Natalki” – powiedział. Dla nich jestem ciocią.

 

Zaspokojona potrzeba

Pani Paulina mieszka wraz z mężem w jednorodzinnym domu, a dwójka dzieci znajdujących się pod ich opieką, mówi do nich: mamo, tato. W korytarzu przygląda mi się ogromna papuga, ze schodów na przywitanie zbiega pies.

– Marka wytargałam z rodziny, gdzie były ciężkie warunki. Wychowałam już dwójkę własnych i zawsze chciałam mieć trzecie. Mąż żartował: „To sobie zrób!” – śmieje się moja rozmówczyni. – Matka Marka, sąsiadka naszej rodziny, gdzieś tam daleko w Polsce ledwie wiązała koniec z końcem mając trójkę dzieci. Po powrocie od niej nie spałam do drugiej w nocy. Obudziłam więc męża i mówię: „Ja już mam dziecko”. Po wysłuchaniu mojego pomysłu stwierdził, że jestem szalona. Bo jak ktoś może mi oddać własnego syna?

Mama Marka bez wahania zgodziła się oddać pani Paulinie chłopca. Ta jej „dobra wola” trwała przez 6 lat, do czasu aż zapragnęła go mieć z powrotem przy sobie. Sprawą musiał zająć się sąd. Rozstrzygnięcie pozostawiło chłopaka w gliwickiej rodzinie.

W całkiem oryginalny sposób pod dach pani Pauliny trafiła również Kasia. Tak się dziwnie złożyło, że między wszystkimi dziećmi jest dokładnie 7 lat różnicy. Marek miał lat 8 czy 9 i tak jakoś naturalnie przyszedł czas na kolejne dziecko. Mąż pani Pauliny nie potraktował tej propozycji poważnie. „Tak… przyjmiemy, jeśli będzie to ciemnoskóra dziewczynka, 7 lat młodsza od Marka” – skwitował. Nie minęło kilka tygodni, gdy pojawiła się odpowiedź na „zapotrzebowanie”. Nie mogli odmówić, bo Kasia spełniała ich dość niestandardowe, choć początkowo nie do końca poważne kryteria…

– Nie wiadomo było, jakiej jest narodowości, chociaż podejrzewaliśmy, że może pochodzić z Algierii. Nie miała szans na adopcję, bez peselu, bez rejestracji, bez praw do leczenia. Można powiedzieć, że była „przechowywana” w domu dziecka – wspomina pani Paulina. – Poszukałam informacji w Internecie i okazało się, że może się dostać do rodziny zastępczej. Dzięki pani sędzi z Sądu Rejonowego, która pomaga nam do dziś, wywalczyłam Kasię. O wyprostowanie jej sytuacji prawnej ubiegałam się przez 6 lat. Przez ambasadę algierską, potem rumuńską, zostały ustalone dane personalne matki, ale ta nie przyznała się do dziecka. Przeszliśmy drogę przez mękę zabiegając o uregulowanie sytuacji nieistniejącego prawnie dziecka. Szukałam dokumentów, dzwoniłam do Kancelarii Prezydenta… W końcu, w lipcu, w trybie wyjątkowym, Kasia otrzymała obywatelstwo.

 

Zatrzymują się na chwilę

Trzecia rodzina to stosunkowo młode małżeństwo Andrzeja i Kornelii. Mają własnego syna, „świętego Franciszka” – jak nazywają chłopaka ze śmiechem. Całą trójką, zgodnie i w sposób przemyślany, przyjmują do siebie dzieci do czasu aż ich sytuacja się ustabilizuje.

– Kiedy ukończyliśmy kurs, myśleliśmy, że zostaniemy rodziną docelową – wyjaśniają zastępczy rodzice. – Po chwili wahania podjęliśmy jednak inną decyzję: tak mało jest rodzin zastępczych, że powinniśmy zapewnić dom tym dzieciom, które nie mają wyjaśnionej sytuacji prawnej. Łatwiej im będzie znieść ten czas, jeśli nie zostaną umieszczone w domach dziecka.

Tak kiedyś, na cztery miesiące, trafił do nich Robert, a na ponad dwa lata Łukasz, którego później adoptowała rodzina z Włoch. Od miesiąca mieszka z nimi Martynka. W przeciwieństwie do zbuntowanych nastolatków, dziewczynka kurczowo trzyma się spódnicy nowej cioci. Czy dzieci płaczą za rodzicami? – pytam. – A widzi pani, właściwie nie. W ogóle ich nie wspominają – odpowiada ciocia Kornelia.

– Na początku podchodziłem do sprawy adopcji bardzo chłodno. Bałem się, że się przyzwyczaję – przypomina sobie wujek Andrzej. – A teraz? To daje tyle radości. Ot, chociażby kilka dni temu. Justynka poszła z nami do kościoła i śpiewała. A potem przyniosła zeszyt ze szkoły i zapytała, czy dobrze zrobiła szlaczek. Największe podziękowanie dla nas to chwila, w której tym dzieciom coś w życiu wyjdzie.

 

Wszystkie te historie brzmią jak kanwa filmowych opowieści, których tak wiele pojawia się w telewizji w okresie świątecznym. Tak naprawdę do magii bożonarodzeniowej sielanki jest im jednak bardzo daleko. Rodziny, z którymi rozmawiałam, żalą się na brak zrozumienia u urzędników przy załatwianiu dokumentów pozwalających dzieciom w normalny sposób funkcjonować w społeczeństwie. Zachęcają gorąco do starania się o status rodziny zastępczej, wskazując plusy swojego wyboru i opowiadając o pełnym, rodzinnym życiu. Przestrzegają jednocześnie, by nie traktować tej możliwości jako szansy na zarobkowanie. Pieniądze na dzieci dostają, ale każdy, kto wychował swoje pociechy, wiedzieć powinien, ile w rzeczywistości ta przyjemność kosztuje. A praca z dziećmi pochodzącymi z różnych środowisk łatwa nie jest. I trwa. 24 godziny na dobę.

Adriana Urgacz

 

 

 

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Osobowość
wachowicz_icon
Miss silnego charakteru

Ewa Wachowicz – producentka programów telewizyjnych, autorka książek kucharskich, gospodyni programu „Ewa gotuje”, Miss Polonia 1992, Wicemiss Świata 1992 i...

Zamknij