Najbogatsze, czyli milionerki z sąsiedztwa
06-07-2011Na ostatniej liście najbogatszych amerykańskiego „Forbesa” jest aż 12 miliarderek. Każdego dolara zarobiły same – pisze Maja Gawrońska z Los Angeles.
Miliarder pierwszy milion ukradł, miliarderka zdobyła przez łóżko. O ile z takimi poglądami na sposób zarabiania najbogatszych mężczyzn można dyskutować, o tyle w przypadku kobiet sprawa wygląda zdecydowanie gorzej. Bo choć przez ostatnie kilkadziesiąt lat dostały się praktycznie wszędzie – od rad nadzorczych banków po promy kosmiczne – wejście do grona najbogatszych ludzi na świecie wyłącznie dzięki własnej pracy wydawało się niemożliwe.
Milionerki i miliarderki zazwyczaj zdobywały majątek dzięki hojnemu testamentowi, jak np. Susanne Klatten, której w spadku przypadł koncern produkujący BMW. Czasami rząd zer na koncie był zasługą dobrych prawników, którzy potrafili wyszarpać fortunę od eksmałżonka. To pomogło choćby Slavicii Ecclestone, byłej żonie szefa Formuły 1, znaleźć się na tegorocznej liście najbogatszych ludzi świata brytyjskiego „Timesa”.
Pozostała część najzamożniejszych kobiet, nawet jeśli nie szła po pieniądze po trupach, miała dobre wsparcie przedsiębiorczych mężczyzn. Giuliana Benetton nie stworzyłaby odzieżowego giganta, gdyby nie jej bracia, a Rosalía Mera, współtwórczyni Inditeksu, firmy, która posiada m.in. markę Zara, zaczynała razem z mężem. Gdy ona szkicowała pierwsze projekty ubrań, on zabiegał o kredyty w bankach i negocjował z dostawcami.
Symbol zmiany
Caryca amerykańskich mediów Oprah Winfrey i autorka książek o Harrym Potterze J.K. Rowling, które same dorobiły się miliardowych majątków, długo były w tym gronie wyjątkami. Liczne bizneswoman, które prowadziły dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, pozostawały bowiem w finansowej niższej lidze. – Ale to właśnie zaczęło się zmieniać – twierdzi Thomas J. Stanley, profesor marketingu z Georgia State University i autor bestselleru „Millionaire Women Next Door” (Milionerki z sąsiedztwa).
Symbolem tej zmiany jest Meg Whitman, która z ramienia republikanów kandyduje właśnie na stanowisko gubernatora Kalifornii. To pierwsza kobieta polityk, która każdego dolara ze 140 milionów przeznaczonych na kampanię zarobiła sama. Zanim postanowiła zająć się polityką, zbudowała internetową potęgę, m.in. Skype’a i e-Baya.
W tym roku, oprócz Whitman i Winfrey, na liście tysiąca najbogatszych ludzi na świecie magazynu „Forbes” jest jeszcze 12 kobiet, o których można powiedzieć, że to prawdziwe self-made women. I choć to niewielki odsetek (self-made manów jest tam prawie 700), dla doktora Thomasa Stanleya to pierwszy sygnał, że paniom wreszcie zaczyna się opłacać feministyczna rewolucja. I to nie tylko w nieco ulotnych sferach obyczajów, dostępu do kolejnych zawodów czy wyzwolenia seksualnego, lecz także w twardej rzeczywistości liczb na koncie bankowym.

Fot: Shutterstock
Potwierdzają to kolejne rankingi. Angielska firma badawcza DataMonitor wyliczyła, że kobiety stanowią już 47 proc. najbogatszych Brytyjczyków. To o jedną trzecią więcej niż pięć lat temu, a połowa tej najnowszej fali to prawdziwe biznesmenki self-made. Co więcej, według szacunków banku Barclays Wealth Management w 2025 roku na całym świecie po raz pierwszy w historii może być ich nawet więcej niż mężczyzn.
Zachodnie instytucje finansowe, do tej pory zdecydowanie bardziej skłonne do inwestowania w biznesy prowadzone męską ręką, zaczęły się już przygotowywać do zmiany i otwierają oddziały nastawione na współpracę z kobiecymi firmami. Jednak męski świat finansjery i naukowcy z najlepszych szkół ekonomicznych patrzą na tę rewolucję z niedowierzaniem. Najbogatsze panie nazywają z lekką pogardąpokoleniem rekinów ze zmywaka. Faktycznie, w przeciwieństwie do ostatniego pokolenia męskich milionerów – takich jak Mark Zuckerberg z Facebooka, który zaczął rozwijać portal jako student Harvardu – większość dorabiających się kobiet nie może się pochwalić ani dyplomem dobrej uczelni, ani nawet tytułem licencjata.
Jeśli nie wykształcenie, to co?
Według Center for Women’s Business Research studia skończyło tylko 40 proc. z nich. Ale to właśnie chwyty, których nie uczą w żadnej szacownej Alma Mater, przyniosły im pierwsze większe pieniądze. – Bo choć kobiety wreszcie zaczęły dorabiać się majątków porównywalnych z męskimi, to zamiast zachowywać się jak macho, stosują sposoby do tej pory uważane za najlepszą drogę do bankructwa – mówi Tamara Monosoff, autorka książki „Secrets of Millionaire Moms” (Sekrety mam milionerek) i właścicielka firmy doradczej.
– Zawsze lepiej dogadywałam się ze stróżami niż z zadzierającymi nosa ekonomistami z tytułem MBA – mówi Barbara Corcoran, jedna z najbogatszych Amerykanek, założycielka największej agencji nieruchomości w Nowym Jorku i właścicielka firmy produkującej programy o mieszkaniach Corcoran Inc. Wychowała się razem z 10 rodzeństwa, w szkole regularnie zbierała lufy (w USA to ocena D) i nie skończyła nawet college’u. Za to w wieku 24 lat miała już za sobą 23 posady, głównie kelnerki, sprzątaczki i niańki.
Zmęczona wiecznymi awanturami z kolejnymi szefami, których miała za głupków, w jednych eleganckich spodniach i z prawie pustą walizką (włożyła do niej resztę garderoby: sweter, płaszcz i dwie spódnice) wyjechała z New Jersey do Nowego Jorku. Chłopak pożyczył jej tysiąc dolarów. Za te pieniądze wynajęła najtańszą klitkę, jaką udało jej się znaleźć. Zaparła się, żeby nie wracać w rodzinne strony. Podjęła pracę w agencji nieruchomości.
Przez pierwszy rok Corcoran ledwo starczało na margarynę do posmarowania chleba, ale postanowiła zainwestować w jeden drogi ciuch. Kupiła elegancki płaszcz, bo liczyła na to, że zadziała on lepiej niż dyplom snobistycznej szkoły. I miała rację. – Gdy egzaltowani nowojorscy klienci zauważali wielbłądzią wełnę, sądzili, że jestem z ich kręgów, i zaczynali mi ufać – opowiada Corcoran. Nie wiedzieli, że pod długą jesionką ukryte są spodnie uszyte w ręku ściegiem na okrętkę. Na gotowe nie było jej stać. Jednak dzięki takiej oszczędności uciułała w końcu na pierwsze własne biuro.
Maja Gawrońska / Kobieta Newsweek










