Moje dziecko żyło
10-02-2012„»Poronienie« – to słowo nadal wywołuje u mnie łzy. Siadam do tego tekstu po raz kolejny. Jest to moja walka z emocjami, ze wspomnieniami…” – pisze Agnieszka, nasza Czytelniczka. Oddajmy jej głos. Na pewno nie jest samotna w swoim doświadczeniu.

Foto: Dreamstime
Najpierw dwie kreseczki
Słowo „poronienie” dla wielu ludzi jest takie puste, nic nieznaczące: coś było i nie ma tego czegoś… Dla innych oznacza tragedię, koniec świata, koniec marzeń, rozpacz, ból. Ja, niestety, należę do tych drugich. To wszystko jest dla mnie jak stop-klatka. Dwa najgorsze dni mojego życia…
Ale najpierw dwie najpiękniejsze kreseczki na teście ciążowym. Oczekiwane po decyzji, do której długo dojrzewałam – o drugim dziecku. Udało się! Mimo wszystkich niedogodności wczesnej ciąży, byłam najszczęśliwsza na świecie. Mój synek wreszcie, po 7 latach, będzie miał rodzeństwo. Oszalał z radości. Pobiegł do sklepu i kupił maskotkę z pozytywką, powiedział: „Mamo śpij z nią, jak ja będę na wczasach, niech maleństwo słucha melodyjki”. Z maleństwem głównie spaliśmy. Mijały tygodnie, a ja cieszyłam się nawet z zawrotów głowy i mdłości. Odliczałam dzień po dniu, tydzień po tygodniu – ile nam pozostało bycia w „duopacku”?
Żegnaj, Mały Książę
To był 9 tydzień. W nocy obudził mnie straszny ból brzucha, zaczęłam krwawić… Nic się nie dało zrobić…
Ale musiałam jeszcze zrobić coś bardzo trudnego – powiedzieć mojemu synkowi, że, niestety, rodzeństwa nie będzie. To była (wtedy tak myślałam) najgorsza rzecz, jaką musiałam zrobić w chwili własnej rozpaczy, tragedii i bezsilności. Po roku znów zobaczyłam kreseczki na teście. Tym razem radość mieszała się z potwornym strachem. Synowi o ciąży powiedziałam dopiero ok. 10 tygodnia. Oprócz mdłości i tym podobnych „przyjemności” ciąża przebiegała prawidłowo. Około 16. tygodnia zaczęliśmy cieszyć się ruchami maleństwa. Synek codziennie rano witał się z nim i wieczorem żegnał całując brzuch. Powoli kupowałam ciążowe ciuszki, a nawet poszliśmy pooglądać mebelki, wózki i inne dzidziorzeczy. W 18. tygodniu mieliśmy USG 4 g i już wiedzieliśmy: drugi mały książę. Ale w nocy po USG obudził mnie silny skurcz i wrażenie, że znalazłam się w kałuży… Pękł pęcherz płodowy. Zaczął się poród, chociaż z medycznego punktu widzenia to poronienie. Widok mojego maleńkiego synka nie zniknie sprzed moich oczu nigdy.
Nic się nie stało?
Niestety, w przypadku poronienia mam wrażenie, że żałoba trwa dożywotnio. Tylko na tę żałobę nie ma przyzwolenia społecznego. Do dziś pamiętam ludzkie komentarze: „Oj, przecież nic takiego się nie stało”, „Jesteś młoda, jeszcze będziesz miała dzieci”, „Przecież jedno dziecko masz, tragizujesz”… Albo unikanie jakiegokolwiek tematu z tym związanego.
Pamiętam też twarz mojego 8-letniego synka i jego pytanie: „Mamo, ale dlaczego…?”.
Dziś, patrząc na to już z pewnej perspektywy, wiem, że kobieta po poronieniu ma potrzebę wygadania się. Chce wiedzieć i czuć, że jej dziecko było tak samo ważne, jak każde dziecko, które się urodziło i zmarło z jakiejś przyczyny. Te dzieci też żyły, tylko że jeszcze w ukryciu, w swoich matkach.
Mnie po kolejnym roku (mimo zarzekania się, że już nigdy) udało się zajść w ciążę i ją donosić. Niestety, trudno powiedzieć, że tą ciążą potrafiłam się cieszyć. Radość zabijał ciągły lęk i brak wiary w możliwość powodzenia. Dziś moja córeczka jest lekarstwem na całe zło. Brat poza nią świata nie widzi. Gdyby nie ona, nie wiem, czy kiedykolwiek pozbierałabym się psychicznie. Była gwiazdką z nieba, jedyną moją nieplanowaną ciążą.
Każdej kobiecie po poronieniu życzę takiego szczęścia.
Agnieszka G-Ź










