Uwaga, facet: Krzykiem nie da się…

29-10-2011

– Kobietom życzę naprawdę jak najlepiej – powiedział K. – Niech sobie wywalczą ten swój pięćdziesięcioprocentowy parytet. Nawet stuprocentowego parytetu im winszuję. Ale wyobraź sobie takie posiedzenie Sejmu: same eleganckie, piękne i mądre panie, które w siebie wierzą i wiedzą doskonale, czego od życia pragną, które chcą tylko uczciwie ku pomyślności prowadzić nasz kraj. Widzę już ten obraz oczami mojej duszy, tę ich dzielność i zwartość na sejmowych korytarzach…Ale co by się stało, gdyby – nie daj Bóg – dwie, trzy albo cztery posłanki przyszły na posiedzenie w identycznych garsonkach? Przecież w blisko pięciuset osobowym tłumie mogłoby się tak zdarzyć. I co wtedy? Pewnie obrady trzeba by było przerywać, głosowania nad ustawami zawieszać, transmisje telewizyjne raptownie kończyć! Dwie, trzy kobiety tak samo ubrane w jednym pomieszczeniu?! O zgrozo! Dramat! Może nawet co bardziej harde parlamentarzystki postulowałyby rozpisanie nowych wyborów?!

Podszyta złośliwością uwaga mojego znajomego zawiera, niestety, sporo prawdy. Ba! Zawiera prawdę absolutną. Wydaje się, że przeważająca liczba kobiet, bez względu na to, co będzie opowiadać o swojej sile i wyzwoleniu spod jarzma patriarchatu, na zawsze pozostanie wyposażona w cechy charakterystyczne dla mentalności swojej płci. Tak to już jest i czapkę jabłek temu, kto udowodni, że może być inaczej.

Z pewnością narażę się wielu intelektualistkom i działaczkom ruchów feministycznych. Nie będę jednak ukrywał, że te wszystkie organizowane przez nie manify, kongresy oraz innego rodzaju spędy są, w moim odczuciu, jedynie fragmentem kulturowego folkloru, taką jarmarczną sztuką cyrkową i to w najbardziej tandetnymwydaniu. Co najwyżej – stanowią one zaczątki jakiejś krwawej rewolucji. Owszem, można się zbierać, dyskutować, debatować, wygłaszać odezwy, a nawet każdego dnia palić pod urzędami państwowymi męskie kukły. Tylko co to da? Tego rodzaju inicjatywy pozwalają co prawda paniom rozładować skumulowaną w nich agresję oraz frustrację, ale nic poza tym. W ich mentalności niczego one nie zmieniają. A trzeba przecież pamiętać, że zmiana sposobu myślenia to coś zupełnie innego i znacznie mniej znaczącego niż przemiana stanu własnej świadomości. Krzykiem nie da się przegonić ciemności z pokoju. Trzeba włączyć światło.

A nawet jeśli kobiety potrzebują rewolucji, to, myślę, że raczej takiej, której przewodził Mahatma Gandhi, a nie tej z czasów Robespierre’a albo Lenina. Wygląda jednak na to, że panie pragną wojować i wznosić barykady („Zabić mężczyzn!” – gdy podczas I Międzynarodowej Karuzeli Cooltury w Świnoujściu Manuela Gretkowska wypowiedziała te słowa, wstałem i zapytałem grzecznie, co takiego zrobiłem, że zamierza mnie eksterminować), że wolą krzyczeć niż w ciemnym pokoju zapalać światło. I pragną zmieniać świat zamiast same siebie. Obawiam się też, że jeśli nawet zwyciężą na wzniesionych przez siebie barykadach, to i tak pozostaną w mentalnym przedszkolu odziedziczonym po swoich matkach, babkach, prababkach aż na rajskiej Ewie skończywszy (Ewa miała na początku przynajmniej taki luksus, że nie posiadała konkurencji, to znaczy z żadną kobietą nie musiała się porównywać). Niestety. Mam co do tego stuprocentową pewność. Wszelkie rewolucje i ideologie przypominają trochę książki. Książkami można się zachwycać, odczuwać poruszenie lekturą; uczyć się ich na pamięć, cytować biegle fragmenty od pierwszej do ostatniej strony. Ale ten cały zachwyt wcale nie musi oznaczać tego, że dana książka zmienia coś w naszej świadomości i dzięki niej stajemy się innymi ludźmi, inaczej niż uprzednio postrzegającymi siebie i rzeczywistość.

Piszę te słowa pod ogromnym wrażeniem rozmowy, jaką Agata Młynarska przeprowadziła z Joanną Szczepkowską na antenie Radia PiN. Umysłowość pani Joanny ma dla mnie coś z buddyjskiego oświecenia, jest wolna od schematów i stereotypów kobiecości. Aktorka, będąca zwolenniczką feminizmu, ani nie krzyczała na antenie, ani nie wygłaszała żadnych manifestów. Na pytania Agaty Młynarskiej odpowiadała ciepłym i spokojnym tonem, chociaż wywiad dotyczył wielu niezwykle istotnych spraw. „Dojrzałość jest fantastycznym doznaniem – mówiła na przykład. – Pewien spokój… Przede wszystkim znajomość siebie. Wiem w tej chwili, na co mnie stać, a co jest tylko pewnym słomianym zapałem; kiedy muszę powiedzieć sobie: stop. Po prostu już to wiem. I to jest w życiu bardzo dobrym obszarem – dojrzałość”. W innym miejscu: „Nie należę do tych kobiet, które bardzo starają się zmienić to, co jest na twarzy związane z upływem czasu. Zupełnie mnie to nie interesuje, że jestem aktorką i w związku z tym powinnam coś więcej. Interesuje mnie, co na twarzy odbija się też jako czas. To nie znaczy, że nie lubię patrzeć na osoby, które pięknie dbają o siebie, żeby nie było widać tego śladu, ale strasznie też lubię kobiety, które godzą się z tym śladem”. Te słowa Joanny Szczepkowskiej tylko pozornie odnoszą się do tego, co fizyczne i zewnętrzne. W rzeczy samej dotyczą bowiem aspektów najbardziej duchowych w każdej kobiecie – samoakceptacji i rozumienia tego, kim się jest. I jeszcze jedno genialne stwierdzenie aktorki: „Nie wiemy tego, czym jest śmierć. Może właśnie jest happy endem”.

Notabene Agata Młynarska tak przedstawiła swoją rozmówczynię: „Joanna Szczepkowska – aktorka, pisarka, poetka, felietonistka, kobieta zaangażowana. Nie wiem, czy bardziej magnetyczna jest jej inteligencja, niezależność czy uśmiech. Gdybym była facetem, oszalałabym dla niej z miłości”. Następnie zapytała: „Czy ktoś dla ciebie oszalał?”. W tym miejscu Joanna Szczepkowska najpierw zaprzeczyła, a po chwili namysłu zasłoniła się brakiem wiedzy w tej materii. Pani Joanno, proszę mieć teraz pełną świadomość tego, że ja, niżej podpisany, zupełnie oszalałem na Pani punkcie. Chapeau bas!

„Poznaj samego siebie, a wtedy cały świat stanie przed tobą otworem” – nauczał Sokrates. Przypuszczam, że gdyby wszystkie kobiety, tak jak Joanna Szczepkowska, bardziej poznawały i akceptowały siebie, ich świat oraz życie stałyby się bardziej harmonijne, piękne. „Ale nam chodzi o równouprawnienie, stanowiska, pensje równe z tymi, jakie mają mężczyźni!” – krzykną mi w twarz poirytowane feministki. Zgoda, drogie Panie, rozumiem Wasze poczucie poniżenia oraz doznawanej niesprawiedliwości. Uważam zresztą, że już niedługo wszystko to sobie wywalczycie. Jednocześnie zastanawiam się nad tym, czy mając już te upragnione stanowiska, pensje i inne atrybuty równouprawnienia, będzie posiadać również to, o co tak naprawdę chodzi Wam najbardziej – autentyczny szacunek w oczach mężczyzn. To on jest przecież podstawową treścią równouprawnienia.

Krzykiem nie da się przegonić ciemności z pokoju. Trzeba włączyć światło.

autor: Wojciech Szczawiński 

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Osobowość
stres_icon
Dzień bez stresu

Czy wiecie, że 28 października to Dzień Odpoczynku Zszarganych Nerwów? Dobry pomysł, każdemu się przyda. Jak uczcić to święto? Ma...

Zamknij