Kacper Kuszewski: Lubię zbaczać z głównej ścieżki
03-02-2012Outsider z wyboru. Samotne podróże, niszowy teatr, niechęć do bankietów. Kacper jest inny niż myślicie. Serial to nie koniec świata. Pieniądze to nie wszystko. Prawdziwy Kuszewski kocha wolność i ambitne aktorstwo. Choć ono jest takie… niepoważne.

Foto. Marek Nelken
Jaki opalony jesteś!
Właśnie wróciłem z Tajlandii.
Opowiadaj.
Podczas tej podróży udało mi się spełnić trzy marzenia: pojechałem do Azji Południowej, spędziłem sylwestra na plaży pod palmą, z egzotycznym drinkiem w ręku i nauczyłem się nurkować z butlą. I jeszcze na dwa dni wyskoczyliśmy z przyjaciółmi do Kambodży. Zwiedziliśmy Angkor Wat i wioskę na wodzie, gdzie ludzie żyją z dala od cywilizacji.
Omijasz luksusowe kurorty z basenem?
Raczej tak. Lubię zbaczać z głównych ścieżek wydeptywanych przez turystów, żeby poczuć prawdziwą atmosferę miejsc, które odwiedzam i podpatrzeć, jak żyją tam zwykli ludzie. Poza tym nie lubię tłumu.
Zawsze z przyjaciółmi czy czasem wybierasz się na samotne wyprawy?
Był w moim życiu czas, kiedy lubiłem nagle spakować plecak i wybrać się gdzieś na samotną wyprawę w góry – pobyć trochę z samym sobą, swoimi myślami, z przyrodą, odciąć się od wszystkiego i wszystkich. Kiedyś wybrałem się w samotną podróż do Istambułu. Spędziłem tam tydzień, w listopadzie. W samotności inaczej odkrywa się miasto, inaczej odbywa podróż. Skupiasz się na przeżywaniu. Wrażenia zapadają głębiej. Nic cię nie rozprasza, jakieś gadanie, bycie razem. Poza tym łatwiej poznać innych ludzi. Lubię też taką niezależność, że wstaję rano i nie muszę z nikim uzgadniać, co dziś robimy. W Istambule zwiedzałem muzea, meczety, ale też błądziłem po mieście, zaglądałem w boczne uliczki, których nie ma w przewodnikach turystycznych.
Kiedyś wybrałem się też na dwutygodniową włóczęgę po Maroku, bez żadnego planu, bez przewodnika. To nie była podróż klimatyzowanym autobusem i nocleg w hotelu all inclusive. Przeżyłem też fajną eskapadę na Syberię, na wyspę Olchon na jeziorze Bajkał. To też było zupełnie inne doświadczenie niż zorganizowane wyjazdy turystyczne.
Pakujesz plecak i jedziesz?
Niestety, coraz rzadziej mogę sobie pozwolić na taki spontaniczny wyjazd. Ale teraz do Tajlandii musiałem wyjechać na zasłużony wypoczynek. „Taniec z gwiazdami” nieźle dał mi w kość.
Po wygranej w „Tańcu” pewnie posypały się zawodowe propozycje?
Na razie nie. To chyba nie działa tak automatycznie. Przyjdzie mi chyba się zestarzeć w „M jak miłość”. Może wszyscy są przekonani, że potrafię grać tylko tę jedną rolę – Marka Mostowiaka, a w ogóle to jestem tak samo przeciętny jak ten Marek. Może trzeba zostać celebrytą i nagle propozycje się posypią?
Czerwony mercedes, który wytańczyłeś, nie pomaga? Zwraca uwagę.
Nawet go jeszcze nie odebrałem. Zaraz po programie musiałem lecieć do Wrocławia, do mojego teatru Pieśń Kozła, miałem też zdjęcia do „M jak miłość”. Do świąt kursowałem między Warszawą a Wrocławiem, a potem poleciałem do Tajlandii.
Ale przecież dostałeś kluczyki…
Tylko symbolicznie. Żeby odebrać auto, muszę najpierw załatwić mnóstwo formalności, podpisać sporo dokumentów, zarejestrować. Sama widzisz, że nie mogłem nawet się lansować. A tak na poważnie, problem w tym, że bycie celebrytą zupełnie mnie nie pociąga.
Niektórzy realizują się jako celebryci.
Są ludzie, których to kręci, którzy lubią zwracać na siebie uwagę. Ja lubię kierować uwagę na siebie, kiedy wychodzę na scenę. Natomiast gdy idę ulicą, jadę do domu albo robię zakupy, wolę pozostawać w cieniu.
W tej skórzanej kurtce, okularach od Prady i czerwonych butach raczej trudno być w cieniu!
Dziś rano byłem w Dzień Dobry TVN, musiałem się w coś ubrać, ale na co dzień nie przywiązuję do tego uwagi. Nienawidzę zresztą kupować ciuchów, nie ekscytują mnie drogie samochody. Żyjemy w świecie cudownej, radosnej konsumpcji, gdzie obowiązuje reguła: jeżeli chcesz być szczęśliwy to musisz mieć iPoda i markowy zegarek, i markowe ciuchy, i dobry samochód, i wszyscy muszą widzieć, że to masz. A mnie to aż tak strasznie nie uszczęśliwia, inne rzeczy są dla mnie ważne. Wolę wydawać pieniądze na podróże albo na płyty. Nie lubię „błyszczeć”.
Popularność nie jest miła?
Jest miła, ale nigdy nie była dla mnie najważniejsza. Nie wybrałem zawodu aktora, by zyskać sławę, być rozpoznawanym na ulicy. Właściwie zawsze mnie to krępuje. Kiedy zaczynałem naukę w szkole teatralnej, wierzyłem, że w aktorstwie najważniejszy jest warsztat, wrażliwość, sztuka, wyobraźnia i magia tego zawodu. Dopiero gdy kończyłem studia okazało się, że liczy się przede wszystkim kariera, popularność, marketing, wizerunek i lans. A ja przez cztery lata uczyłem się czegoś innego. Może niepotrzebnie, bo czasem mam wrażenie, że dziś wcale nie trzeba umieć grać, żeby być popularnym. Ale za to trzeba umieć być popularnym, żeby w ogóle coś grać. Nie bardzo odnajduję się w tej rzeczywistości.
To dlatego zaszyłeś się we Wrocławiu i grasz w niszowym teatrze Pieśń Kozła?
Odkąd ich zobaczyłem, pragnąłem tam grać. Poświęciłem kilka lat ciężkiej pracy, by spełnić to marzenie. Skończyłem nawet specjalne studia.
Kacper, ale kto słyszał o teatrze Pieśń Kozła? Każdy słyszał o Teatrze Narodowym, Teatrze Polskim…
Może w Polsce to rzeczywiście teatr niszowy, ale na świecie jest znany i bardzo ceniony. Nigdy nie zabiegał o popularność i sławę. Nie chodzi nam o produkowanie dużej liczby spektakli, na które przyjdą tłumy. Ten teatr ma charakter laboratoryjny, jest przestrzenią artystycznych poszukiwań, dokopywaniem się do „czegoś więcej”, rozwijaniem warsztatu aktorskiego w inny sposób niż w zwykłym teatrze. Czuję się ogromnie wyróżniony, że mogę tam grać. Pracuję z cudownymi ludźmi z całego świata i robię to, co kocham. Nie mam potrzeby, żeby ten teatr był znany i żeby wszyscy o nim słyszeli.
Nie potrzebujesz publiczności? To dziwne.
Ależ „Pieśń Kozła” ma swoją publiczność! To widzowie, którzy od lat śledzą rozwój tego zespołu. Nigdy nie gramy do pustych krzeseł. Choć nie mam złudzeń – to nie jest teatr dla każdego. Ja sam unikałem mówienia o nas w prasie, bo nie chciałem, żeby ludzie przychodzili obejrzeć Marka Mostowiaka. Rozczarowaliby się. Ale w Londynie graliśmy szesnaście przedstawień i wszystkie bilety były sprzedane.
Można wyżyć z tego teatru?
Nie bardzo. Nie mam wątpliwości, gdyby nie serial „M jak miłość”, nie mógłbym być aktorem teatru Pieśń Kozła. Jak mówiłem, żeby pracować w tym teatrze, musiałem najpierw skończyć specjalne studia w Anglii. Studia magisterskie w Anglii są drogie, mogłem sobie na nie pozwolić tylko dzięki pracy w serialu. Nie muszę też martwić się o byt. Spędzam kilka dni w miesiącu na planie, a potem mogę robić rzeczy, które mnie interesują. Ale ostatnio zatęskniłem za takim teatrem „normalniejszym”. W związku z tym rodzi się teraz projekt, który, mam nadzieję, dojdzie do szczęśliwego finału. W „Tańcu z Gwiazdami” spotkałem Kasię Zielińską, znaliśmy się przelotnie z Kabaretu Olgi Lipińskiej. Kiedyś Kasia mówi do mnie: „Słuchaj, jak już się nauczyliśmy tańczyć, ty trochę śpiewasz, ja też trochę śpiewam, to może byśmy zrobili projekt muzyczny?”. To było w grudniu. W styczniu, gdy byłem na wakacjach, przysłała mi sms: „Już jest tytuł, scenariusz, reżyser, scena, już rozmawiam ze sponsorami”. Roboczy tytuł tego projektu to „Berlin, czwarta rano”. Reżyser zaproponował nam piosenki kabaretów niemieckich z okresu międzywojennego.
W tym roku obchodzisz „trzydziestolecie” pracy artystycznej. Pamiętasz ten pierwszy raz, kiedy stanąłeś na scenie?
O, właściwie to mogę powiedzieć, że pierwszy raz stanąłem na scenie 36 lat temu, kiedy byłem jeszcze w brzuchu mamy! Wiersz Fredrowski „Dam i huzarów” sączył mi się w ucho w jej łonie. A na własnych nogach stanąłem na scenie, gdy miałem 6 lat – wystąpiłem w spektaklu „Historia o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim”, w średniowiecznym misterium o Męce Chrystusa. Do dziś pamiętam moment, kiedy stoimy za kulisami, zza kurtyny słyszę szmer widowni. Nagle rozlega się gong, kurtyna się rozsuwa, a na scenę pada snop światła. Tłum cichnie. Wciąż mam w sobie tę ciszę, światło sceny i zapach kulis. Nigdy nie zapomnę śmiesznego kostiumu, który miałem na sobie: ciemnobrązowe zakolanówki, długa opończa z grubego, surowego płótna, dziwny kaptur na głowie i takie buty podobne do kierpców. Pięć lat później zagrałem Gawrosza w musicalu „Nędznicy”.
Rodzice załatwili ci rolę?
Sam sobie załatwiłem. Mieszkaliśmy w tej samej klatce, co Jerzy Gruza – znany reżyser, wieloletni dyrektor słynnego Teatru Muzycznego w Gdyni. Pewnego dnia zapukał do nas i zapytał, czy nie chcę zaśpiewać w jego musicalu. Okazało się, że słyszał, jak śpiewałem na klatce. Często śpiewałem na klatce, bo była dobra akustyka i mój głos niósł się w niezwykły sposób. Darłem się wniebogłosy ku utrapieniu sąsiadów. To była chyba najpiękniejsza rola w moim życiu, zagrana z głębi serca.
A potem przepadłeś w serialu „M jak miłość”. Nie boli cię, że jesteś kojarzony głównie z Markiem Mostowiakiem?
Tak naprawdę najbardziej boli mnie to, że inne propozycje do mnie nie przychodzą. Mój aktorski potencjał nie jest wykorzystany.
Co straciłeś przez ten serial?
Tego nie wiem. Wiem, co zyskałem – a zyskałem bardzo dużo. Ogromne doświadczenie, możliwość pracy z bardzo dobrymi aktorami: Małgosią Kożuchowską, Witkiem Pyrkoszem, Teresa Lipowską, Dominiką Ostałowską. Pracowałem też z bardzo dobrymi reżyserami. Ta praca rozwinęła moją kreatywność. Tam nie ma czasu na próby, na to, że reżyser coś tam z ciebie wyciągnie. Co przyniesiesz swojego, co zaproponujesz, to jest. Mam też doświadczenie z kamerą. To jest dla mnie bardzo miłe i bardzo ważne, kiedy słyszę słowa uznania od ludzi, z którymi pracuję, np. operatorów i szwenkierów, którzy mówią: „Słuchaj, ty masz wyczucie kamery, dobrze wiesz, gdzie się obrócić, gdzie spojrzeć, czujesz światło, praca z tobą to przyjemność”. Po tylu latach, robię to już intuicyjnie, nie zastanawiam się, w którą stronę ułożyć głowę. Dzięki „M jak miłość” zyskałem też pewność siebie, która w tym zawodzie jest bardzo potrzebna. Bycie młodym aktorem, który nie ma żadnych sukcesów, to jest megafrustracja, mnie została ona oszczędzona. Od samego początku mogłem powiedzieć, że jestem kimś, że ludzie mnie znają i nawet jeżeli ktoś ironicznie powie, że jestem aktorem jednej roli, ja wiem, że to nieprawda, bo zrobiłem jeszcze dużo innych rzeczy. No i wreszcie – mam poczucie stabilizacji finansowej, dzięki której mogłem realizować różne swoje dziwne, artystyczne projekty. Więc bardzo dużo zawdzięczam serialowi „M jak miłość”.
Opływasz w luksusy?
Nie rozśmieszaj. Wiesz, w tym moim teatrze Pieśń Kozła pracuję z Brytyjczykami. Nie mogą zrozumieć, że nie jestem milionerem. Mówią, że gdybym w Wielkiej Brytanii grał główną rolę w serialu, który odniósł taki sukces i który przez 10 lat ogląda 8 milionów ludzi, to dawno miałbym już piękny dom z basenem w Toskanii, luksusowy samochód, apartament w centrum Warszawy w najbardziej prestiżowej dzielnicy i byłbym ustawiony do końca życia.
A nie jesteś?
Polska rzeczywistość jest inna. Owszem, mam fajne mieszkanie, ale nie w centrum Warszawy, bo nie było mnie stać, więc na przedmieściach. W dodatku nie jest moje, tylko należy do banku, w którym mam olbrzymi kredyt. I może się tak stać, że kiedy serial się skończy i stracę pracę, nie będzie mnie stać na ten kredyt. Ale tak się ze sobą umówiłem, że skoro teraz mnie stać, żeby te raty płacić, to pomieszkam. A jak już mnie nie będzie stać, to przynajmniej powiem sobie, że przez parę lat sobie żyłem w fajnym, dużym mieszkaniu. Staram się mieć takie podejście do pieniędzy.
Nie są dla ciebie ważne?
Dzięki nim życie może być przyjemniejsze. Ale był czas, kiedy wcale nie miałem pieniędzy i też miło go wspominam. W czasie studiów byłem jedną z najbiedniejszych osób na roku, nie było mnie stać absolutnie na nic. Powiem dokładnie, jak wyglądał mój budżet. Dostawałem od rodziców 400 zł miesięcznie, 180 kosztował akademik, 30 – bilet miesięczny studencki, zostawało mi 190 zł na życie. Za stówę kupowałem w bursie Wyższej Szkoły Baletowej – która obyła obok Akademii Teatralnej – abonament na obiady. Zupy można było brać tyle, ile się chciało. Nie było to zbyt dobre jedzenie, ale tańsze niż w bufecie w szkole teatralnej. Kawa z automatu kosztowała złotówkę. Mogłem sobie na nią pozwolić tylko od czasu do czasu, bo kto by wydawał złotówkę na kawę, skoro za 3 zł mogłem mieć paczkę kawy. Za resztę kupowałem trochę jedzenia na śniadanie czy kolację, jadłem głównie zupki chińskie i chleb z serkiem topionym.
Dawałeś radę?
Miałem dużą motywację, by mieć dobre stopnie, bo dzięki temu dostawałem stypendium naukowe. Już na trzecim roku zacząłem pracować w Radio Classic, to było pierwsze komercyjne radio, które grało muzykę klasyczną w Warszawie. Wstawałem dwa razy w tygodniu o piątej, żeby przed szóstą być w studiu i prowadzić program. A na czwartym roku zostałem zaproszony do Kabaretu Olgi Lipińskiej. Tak więc wiem, co to znaczy nie mieć pieniędzy. I wiem również, że można żyć skromnie i też cieszyć się życiem i zachwycać różnymi rzeczami.
Aktor to dobry zawód?
Bardzo dziwny, jakiś taki trochę niepoważny. Bo co ja umiem? Mówić wierszyki? I bardzo niesprawiedliwy, bardzo niepewny. W tej chwili tak sobie siedzimy w fajnym hotelu, ja w fajnej kurteczce, zaraz odbieram czerwony samochód, ale za pięć lat może się okazać, że muszę sprzedać auto, mieszkanie i kurteczkę, bo serial się skończył, innych propozycji nie ma. I może będę musiał zostać doradcą ubezpieczeniowym, żeby przetrwać. Więc beznadziejny zawód, ale kocham go i nie wyobrażam sobie, żebym mógł robić coś innego. Zastanawiałem się ostatnio, co mógłbym robić innego w życiu, ale nic nie wymyśliłem.
A gdybyś musiał znaleźć jakieś wyjście awaryjne?
Miałem kiedyś taki epizod: pomagałem koledze, który robił filmy szkoleniowe z zakresu sprzedaży samochodów. Wystąpiłem w takim filmie, nie mając żadnego doświadczenia w sprzedaży czegokolwiek. Okazało się, że zrobiłem to tak, że panom, którzy zęby zjedli na sprzedaży, bo robią to od 20 lat, szczęki opadły. I wtedy pomyślałem, że aktorzy jednak coś potrafią. Myślę, że mógłbym być jeszcze przewodnikiem turystycznym czy rezydentem w egzotycznych krajach. Marzy mi się, że jestem przewodnikiem i prowadzę wycieczkę przez dżunglę w Tanzanii. Może kiedyś…
Rozmawiała Beata Biały









