Uwaga, facet: Jestem osłem i ty też nim jesteś

10-11-2011

Co prawda na kobietach nie znam się w ogóle i zupełnie sobie z nimi nie radzę. Taką jakąś zdziwaczałą psychikę posiadam. Myślę jednak, że w miarę dobrze rozpoznaję to, jaka dana kobieta jest i co jej tam w duszy gra. W końcu jedynie dlatego nie uważam siebie za stuprocentowego mężczyznę, ponieważ mam kobiecą intuicję. Ta zaś z męskości sporo mi ujmuje. Zatem często odnoszę wrażenie, że im więcej jakaś pani krzyczy o sile własnej kobiecości, niezależności i wyzwoleniu, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że mam do czynienia z zagubioną frustratką, której zwyczajnie należy współczuć. Przecież autentyczna, pozbawiona kompleksów, siła nie obnosi się ze swoją mocą, nie demonstruje na każdym kroku mięśni, nie pręży ich po to, żeby coś światu udowadniać. Prawdziwa siła po prostu siłą jest i ta świadomość w zupełności jej wystarcza. Kiedy mały kundelek warczy i z komiczną wściekłością podskakuje przy wielkim psie, ten drugi nie reaguje. Spogląda przez chwilę na małego, po czym spokojnie odchodzi, a czasami machnie nawet przyjaźnie ogonem. Posiada świadomość własnej przewagi nad kundelkiem, więc zwyczajnie go ignoruje. W podobny sposób objawia się moc i dostojeństwo autentycznej kobiecości wobec irracjonalności tego świata.

Co jakiś czas zaglądam na Forum Onaonaona.com. Gdy czytam niektóre wpisy – przyznam – ręce mi opadają. Nie, nie z bezradności. Ze współczucia względem rozumowania niektórych Pań, które wypowiadają się na tym Forum. Pewien jednak jestem, że świat się jeszcze nie kończy, skoro mamy też takie Forumowiczki jak na przykład Pani o nicku Violetta. W nawiązaniu do mojego felietonu „Krzykiem nie da się…”, Forumowiczka ta napisała: „A dla mnie partnerstwo to nie jest równy podział obowiązków. To raczej podział zgodny z możliwościami, kompetencjami, potrzebami”. Kiedy czytam tego rodzaju wypowiedzi kobiet, coś we mnie, mężczyźnie, radośnie się porusza. Takie słowa są bowiem przejawem autentycznej kobiecej mądrości. Jeśli mądrość ta spotka się z dorównującą jej poziomem męską rozwagą, to wszystko wskazuje na to, że będzie to idealny związek umysłów i dusz. Przed Panią Violettą z szacunkiem pochylam swoją łysą głowę.

Niebywale natomiast zasmuciła mnie Pani o nicku Lolka, która napisała na Forum: „Jak tak czytam, oglądam ten nasz XXI w., to myślę, że w złych czasach się urodziłam. Że tu nie pasuję. Powinnam się urodzić w secesyjnej południowej Ameryce. Bym się kumplowała ze Scarlett O’Harą (…) Więc kumplowałabym się ze Scarlett. Razem byśmy kręciły numery. Robiły psikusy nobliwym matronom. Łamały męskie serca. Nawzajem byśmy sobie gorsety ściskały i byłby czad, w pięknych zielonych sukniach. I jestem pewna, że, mając taką psiapsiółkę jak ja, przeszłaby jej ochota na mymłokowatego Ashela, a zajęłaby się pikantnym, mniam, Rhetem. A jak nie ona, to ja”. Cóż… Naprawdę współczuję Pani Lolce. Biorąc pod uwagę rozmiar i intensywność Jej fantazji, sądzę, że w tym XXI wieku musi czuć się naprawdę kiepsko. Przede wszystkim sama z sobą.

Naturalnie w fantazjowaniu na temat postaci literackich nie ma niczego złego. Sam nieraz wyobrażam sobie, jak byłoby wspaniale, gdybym na przykład posiadał wrażliwość Aloszy Karamazowa, zaradność i przedsiębiorczość Tomasza Buddenbroka, a jednocześnie dojrzałą męskość i czułość Atticusa z powieści „Zabić drozda” Harper Lee, za to ani krzty neurotycznej osobowości Hamleta. Tego rodzaju fantazje nie są niczym złym. Na bogactwo ludzkiej psychiki składają się także one. Jeżeli jednak posuwamy się w nich tak daleko, że nie akceptujemy miejsca i czasu, w jakich żyjemy, to dzieje się z nami niedobrze, bardzo źle. Każdy, kto tego rodzaju fantazje nosi w głowie, powinien przeżyć „zjawisko aha”, o którym psycholog Iwona Majewska-Opiełka mówiła na antenie radia PiN w rozmowie z Agatą Młynarską.

Była to niezwykle mądra, inspirująca i konkretna rozmowa. Wiem o tym, ponieważ nieco psychologii „liznąłem” i mam też za sobą kilka specjalistycznych szkoleń z zakresu neurolingwistyki. Ale uwaga: bliżej jest mi do mistyki niż do psychologii i psychoterapii. Psychoterapia tak naprawdę ma na celu jedynie pieszczenie ego, a jej naczelną zasadą wydaje się być twierdzenie „Ja jestem OK i ty też jesteś OK”. Anthony De Mello, hinduski mistyk i psychoterapeuta, bardzo pięknie i prześmiewczo sparafrazował te słowa. W swoim „Przebudzeniu” napisał, że winny one brzmieć: „Ja jestem osłem i ty też jesteś osłem” – dla mnie genialne!

Podpisuję się pod wszystkim, o czym na antenie radia PiN mówiła Iwona Majewska-Opiełka. Wszystko ma swój początek w naszych głowach. Po to, żeby zdać sobie z tego sprawę, należy jednak wewnętrznie się przebudzić, przestać być osłem, zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że ja i tylko wyłącznie ja sama albo sam jestem odpowiedzialna bądź odpowiedzialny za jakość swojego życia, w tym również za wszystkie emocje, jakich doznaję w interakcji z rzeczywistością.

Kiedy kilkanaście lat temu, przeżywając sporą frustrację, usłyszałem od pewnej kobiety: „Każdy sam jest odpowiedzialny za swoje emocje”, niemal wpadłem w furię. Takie słowa z ust kobiety, która twierdziła, że mnie kocha?! Oczekiwałem współczucia, troski, podniesienia mnie na duchu, czułości, tymczasem ona „wyjechała” mi z taką bezwzględnością! Draństwo! Bezczelność! W tamtym czasie w taki sposób właśnie myślałem. I, podobnie jak Forumowiczka Lolka, przekonany byłem, że żyję nie w tym miejscu i czasie, w jakich istnieć powinienem. Głupi byłem, ot co – tyle mogę powiedzieć na temat moich ówczesnych doznań. Byłem wtedy osłem, chociaż wmawiałem sobie, że jestem jak najbardziej OK. Dzisiaj rozumiem, że tamta kobieta powiedziała mi jedną z najświętszych prawd ludzkiego życia: to wyłącznie ja sam jestem odpowiedzialny za własne uczucia i ode mnie tylko zależy, co z tymi emocjami robię. Mogę pielęgnować w sobie rozczarowania, złości oraz przeróżne żale i w ten sposób tworzyć w swojej psychice resentyment, czyli czynić cnotę z własnych deficytów psychicznych (to dzisiaj bardzo powszechne zjawisko). Mogę też jednak pójść w odwrotną stronę i zacząć rozumieć, dlaczego nie panuję nad własną codziennością.

Życie nie jest złe ani dobre. Nasze życie jest takie, jacy my jesteśmy. Czas skończyć z obarczaniem świata zewnętrznego za nasze porażki, rozczarowania i pozostałe frustracje. Wszelkie poczucia klęsk są wyłącznie naszym dziełem, wynikiem tego, co nosimy w naszych głowach. Oczywiście przyznać muszę szczerze, że nieraz mam potworny problem z akceptacją tej swojej myśli. Wolałbym przecież rozumieć, że winnymi za moje piekło są inni ludzie, świat zewnętrzny. To takie wygodne. Jednak w chwilach zbytniego rozczulania się nad sobą zawsze słyszę w sobie głos, który komunikuje mi tonem nie znoszącym sprzeciwu: „Myśląc w taki sposób, jesteś osłem. Przestań znowu oszukiwać sam siebie!”.

W słowach mówiących o tym, że każdy z nas jest kowalem własnego losu, kryje się wielka mądrość. Jednak ich prawdziwość nie polega na dawaniu nam pewności, że jeśli zrobimy to lub tamto, to możemy mieć stuprocentową pewność, iż osiągniemy pożądany przez nas efekt. Zdarza się przecież, że bardzo o coś się staramy, dajemy z siebie niemal wszystko, a efekty tych naszych starań bywają odwrotne do zamierzonych. Nie o takie jednak kowalstwo tu chodzi. „Być kowalem własnego losu” znaczy dogłębnie rozumieć swoją teraźniejszość: nie strojenie jej w barwy racjonalizmu, nie produkowanie lęków, kalkulacji, samooskarżeń, usprawiedliwień, pokrętnych ideologii albo teorii na własny temat. Jeśli takie rzeczy mamy w głowie, to – jak powiada zaprzyjaźniony ze mną psychoterapeuta – powinniśmy tę naszą głowę zgubić. „Ale my szukamy prawdy o sobie i życiu, musimy wiele rzeczy analizować, skupiać się na problemach, rozwiązywać je” – już słyszę głosy niektórych pań i panów. Tak, tak… Rozumiem takie stanowisko oraz doceniam jego powagę. Ale myślę sobie czasami, że gdyby każdy z nas zajął się bardziej porządkowaniem własnego życia, zamiast skupiać się na problemach świata, czyli przede wszystkim na ocenianiu postępowania innych ludzi, to ten nasz świat byłby o wiele lepszy i piękniejszy.

A co do prawdy, której niektórzy z takim wysiłkiem poszukują, to świetną radę dają buddyści: „Szukasz prawdy? Po prostu odrzuć swoje poglądy!”.

Wojciech Szczawiński

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Osobowość
kasia_icon
Kasia chce żyć

To jeden z tych listów, które wstrząsają Twoim światem. Dostałam go od Lidii – przyjaciółki dziewczyny, która po wielkiej tragedii...

Zamknij