Dzika piękność, czyli skuterem przez Kambodżę

10-09-2011

Podróży po Azji część druga. Zaprasza Ewelina Pełszyńska, młoda dziennikarka i fanka dalekich podróży. Razem z nią zatrzymałyśmy się ostatnio na lotnisku w Bangkoku. Przed nami Kambodża. Zapnijcie pasy.

 

Lot z Bangkoku do stolicy Kambodży – Phnom Phen, trwa godzinę. Waluta Kambodży – tzw. Riel – dostępna jest tylko na miejscu, szybko rozumiem dlaczego. W kantorze na lotnisku za równowartość 100$ dostaję ilość banknotów, która przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Upychając pieniądze do bagażu podręcznego zaczynam rozumieć, jak mogą czuć się milionerzy. Szybko okazuje się, że miejscowa ludność zdecydowanie preferuje dolary, więc pozbycie się miejscowej waluty stanowi nie lada trudność, jak się okazuje nie pierwszą, jaka nas tu spotka.

Główna droga w Phnom Phen to droga z piachu, nie ma sygnalizacji świetlnej, w zasadzie nie ma samochodów. Są natomiast tysiące skuterów, które jeżdżą wedle sobie tylko znanych zasad. Normą jest to, że nagle do „ruchu ulicznego“ włącza się słoń. Budynki są zniszczone. Slumsy to kilku piętrowe lepianki, w których wśród śmieci, tłoczą się ludzie. Szczury biegają swobodnie po głównym deptaku.

Konsekwencje terroru Czerwonych Khmerów widoczne są w wyniszczonej stolicy i w wyrwie pokoleniowej. W Kambodży jest mało starych ludzi, a ci, którym udało się przetrwać są kalekami, nie mają rąk albo nóg, są żebrakami. Panuje ogromna bieda. Mimo to ludzie uśmiechają się do siebie. Setki mieszkańców zbierają się codziennie na wielkich pustych placach Phnom Phen i godzinami powtarzają w takt muzyki ten sam układ choreograficzny. Można to porównać do gigantycznej lekcji aerobiku w centrum miasta. Do tej pory nie rozumiem tego fenomenu, ale miło było patrzeć na kilkadziesiąt osób tańczących w wielu częściach miasta.

Pobyt w stolicy mija jak moment. Po nocy w obskurnym, ale tanim hotelu, pobudka przed 5 rano i podróż tuk-tukiem na pięciogodzinny rejs Mekongiem do Siem Reap, na terenie którego leżą pozostałości dawnej stolicy Imperium Khmerskiego, Angkoru. Znalezienie się wśród ruin tego starożytnego miasta było moim największym marzeniem. Przeprawa Mekongiem okazuje się czymś niezwykłym. Krajobraz się zmienia, ale za każdym razem okazuje się być inny, niż wszystko co dotychczas znane. Największe wrażenie zrobiła na mnie końcowa faza podróży, podczas której dość długo płynie się pośród łodzi zacumowanych wzdłuż brzegu, w których mieszkają ludzie. Często ich jedynym dobytkiem jest hamak, dzieci wskakują i wyskakują z brudnej rzeki, której my boimy nawet dotykać. Był to jeden z najsmutniejszych, ale zarazem najprawdziwszych obrazów, jakie widziałam i ogromna lekcja pokory.

Port w Siem Reap wygląda tak, jak najprawdopodobniej wyglądały mariny w XIV wieku. Nie ma nic oprócz stromego, piaszczystego zbocza. Współcześni są jedynie kierowcy tut-tuków, walczący o klientów. Nietrudno zgadnąć, jak duże było nasze zdziwienie, kiedy w tym surrealistycznym otoczeniu podszedł do nas miejscowy z kartką, na której widniało bezbłędnie napisane imię i nazwisko mojego przyjaciela.

Szybko okazuje się, że to kierowca, który woził nas po stolicy, przekazał nasze dane i dokładne opisy swojemu kuzynowi z Siem Reap. Zgodnie z niepisaną tradycją nasz nowy kierowca uparł się, żeby pokazać nam jeden z hoteli na przedmieściu, z którym miał umowę. Miejsce, do którego dotarliśmy, przypominało bardziej pałac Króla Romów niż hotel. Dom był pomarańczowo-zielony, pełen zdobień. Zdecydowaliśmy się jednak zostać tam z powodu ceny i basenu na zewnątrz, który był do naszej dyspozycji. Do centrum miasteczka jeździliśmy tuk-tukiem lub na skuterze, którym podwoził nas na oko piętnastoletni ochroniarz, który całymi nocami spał w mundurze na plastikowym krześle, pilnując naszego „hotelu“. Zarówno w Tajlandii jak i w Kambodży okazuje się, że skuter jest pojazdem wieloosobowym. Trzy, cztery, pięć, a nawet sześć osób to norma, zasada jest prosta: jedzie tyle osób ile jest w stanie usiąść.

Siem Reap zaskoczyło mnie kilkoma rzeczami. Najbardziej… kuchnią. Potrawy kuchni khmerskiej to najlepsze dania, jakie kiedykolwiek jadłam. Raz zdecydowałam się nawet na wołowinę ze smażonymi czerwonymi mrówkami i o dziwo była…rewelacyjna. Kolejną rzeczą był bazar, na którym można kupić biżuterię, szaliki, przyprawy i wiele oryginalnych bibelotów oraz salony masażu, w których za 4 dolary dostaje się godzinny masaż całego ciała. Jedną z atrakcji, na którą się nie zdecydowałam, był tzw „fish pedicure“, który polega na włożeniu stóp do akwarium, w którym pływają małe rybki, objadające martwy naskórek.

Drugiego wieczoru w Siem Reap, po dniu pełnym zakupów i jak zwykle rewelacyjnej kolacji, decydujemy się na pieszy powrót do hotelu. Kiedy jesteśmy na nie oświetlonej drodze, podjeżdża mężczyzna na skuterze, wyjmuje nóż, dźga mnie w ramię, odcina torbę i tyle go widzę. Tak jak i swój portfel, telefon, aparat, karty kredytowe, nie wspominając o zakupach. Rada? W Siem Reap zawsze mieszkaj w centrum, a jeżeli nie mieszkasz, nigdy nie wracaj pieszo po zmroku. No i oczywiście nie noś wszystkiego razem. A pasek od torebki wzmocnij zawczasu kevlarem.

Po wielu ekstremalnych doznaniach przyszedł czas na kolejne.Długo wyczekiwane zwiedzanie Angkoru. Sposobów jest wiele zwłaszcza, że zwiedzanie może zająć kilka dni, można wybrać zorganizowaną wycieczkę albo objechać Angkor tuk-tukiem, my decydujemy się na pełną niezależność, wybierając wynajęcie na cały dzień roweru. To starożytne miasto naprawdę stoi niezamienione od stuleci, jest to zabytkowy kompleks miejski pozostały po dawnej stolicy Imperium Khmerskiego istniejącego od 802 do 1432 roku. Są to kamienne budowle: zespoły świątynne, współczesny park archeologiczny, tereny leśne, zbiorniki wodne i budynki użyteczności publicznej, a wszystko to można zwiedzać wszerz i wzdłuż nie pilnowanym przez nikogo.

Angkor jest wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO i uważany jest za największe miasto na świecie w okresie sprzed rewolucji przemysłowej. Uczucie, kiedy nagle z zakrętu wyłania się królowa Angkoru, Świątynia Angkor Wat, ma w sobie coś z sacrum. Nieopisywalne są też świątynie splątane w olbrzymich korzeniach drzew, po których kilka lat temu skakała Angelina Jolie, kręcąc Tomb Rider. Będąc tam nie mogłam i do tej pory nie mogę uwierzyć, że jest to dzieło człowieka sprzed ponad dziewięciu wieków. Ta potęga stoi w jakiejś przedziwnej sprzeczności z porażającą biedą, której nie sposób nie zauważyć na każdym niemal kroku. Na każdym kroku turystów oblepiają dzieci, krzyczące „Sir/Lady, Buy water“, „Please One Dollar“, „Buy t-shirt“, “Please, please”. Sprzedaż tych drobiazgów w większości przypadków stanowi jedyne źródło utrzymania dla rodzin wyniszczonych terrorem Czerwonych Khmerów, których ideologia będąca mieszanką komunizmu, szowinizmu i rasizmu doprowadziła do śmierci ponad 25% obywateli.

Kambodża to bardzo biedny kraj, ale po pewnym czasie niejako z konieczności obojętnieje się na to, bo nie sposób pomóc każdemu kto tego potrzebuje.

 

Wydostanie się z Kambodży, podobnie jak pobyt, do najprostszych nie należą. Kupujemy bilet na autokar, który ma nas odebrać spod hotelu o 5 rano i zawieźć do Bangkoku. O 6 rano w końcu udaje nam się dodzwonić do biura, w którym zostajemy poinformowani, żebyśmy czekali, bo „może ktoś przyjedzie“, po kolejnych czterdziestu minutach i kilkunastu telefonach pojawia się rozklekotana ciężarówka, która dowozi nas do autokaru. Autokar jest czysty i wygodny, więc natychmiast idziemy spać, po kilku godzinach budzi nas hamowanie. Okazuje się, że jesteśmy na granicy z Tajlandią i… mamy wysiadać, wziąć wszystkie rzeczy i przekroczyć ją pieszo.

Trwa to długo, bo każdy musi wyrobić sobie wizę, a często stoi się w kolejce obok…kozy. Po pieszym przekroczeniu granicy, z plecakami wypatrujemy autokaru. Nagle pojawia się nasz kierowca, prowadzi na okoliczny bazar i usadza w busach stojących między straganami. Po wygodnym autokarze ani śladu. Mi dostaje się miejsce na plastikowej nakładce z przodu między siedzeniem pasażera i kierowcy, bez pasów, mój towarzysz wylądował na siedzeniu pasażera z kolanami pod brodą. Paradoksalnie, biorąc pod uwagę sytuację ludzi siedzących za nami, upchanych między walizkami i plecakami, nasza była komfortowa. Nie zmienia to jednak faktu, że po czterech godzinach takiej jazdy mój towarzysz zapytał mnie, czy mogłabym mu odrąbać nogi, bo już nie daje rady ich mieć.

Na południe Tajlandii dostaliśmy się pociągiem nocnym.To jedna z najprzyjemniejszych form transportu. Można tam zjeść, wypić, a wieczorem konduktor chodzi i ściele każdemu łóżko. Czułam się tam jak w Orient Expresie. Pociąg jedzie do miejscowości Pak Chong. Można kupić tzw. bilet łączony i z dworca jechać autokarem na łódź, która płynie około dwóch godzin, zatrzymując się na okolicznych rajskich wysepkach. My na ostatni tydzień słodkiego lenistwa wybraliśmy tzw. Żółwią wyspę – Koh Tao. Podróż na nią jest iście wyczerpująca, ale warta każdego poniesionego trudu. Koh Tao to jazda skuterem, rajskie plaże, doskonałe jedzenie w urokliwych knajpkach, woda, picie drinków, jeżdżenie na pace Hilluxów, które służą tam za taksówki, nurkowanie, mieszkanie w bungalowach na plaży, słowem: raj na ziemi i błogie ukoronowanie podróży.

Wśród turystów ogromnym powodzeniem cieszą się takie wyspy jak Phuket czy Phi Phi, ja osobiście ich nie polecam. Porównałabym je z naszą Ustką czy Władysławowem, są nastawione na turystę i mają w sobie coraz mniej naturalnego, dziewiczego uroku. Lepiej pojechać na małe wysepki, których nie ma w każdym przewodniku, też nam niczego nie zabraknie, a doznania na pewno będą po stokroć mocniejsze.

Na wyprawę po Azji pojechaliśmy mając jedynie paszport, datę przylotu i wylotu z Bangkoku, dwa przewodniki i mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Ta wyprawa była równie tajemnicza, co lot w kosmos. Mieliśmy ogólny plan i niewielkie doświadczenie. Pojechaliśmy sami, nie decydując się na zorganizowaną formę wyjazdu i uważam to za najlepszy fundament naszej przygody, chociażby ze względu na ceny.

Po powrocie okazało się, że wycieczka do samej Tajlandii kosztuje więcej, niż wyniósł cały nasz pobyt w dwóch krajach. Niezależnie od tego, to doświadczenie warte jest każdych pieniędzy. Podróżowanie na własną ręką daje nieograniczoną wolność, przygody i cudowne uczucie, że daliśmy radę. Przez ten niecały miesiąc spełniłam jedno ze swoich największych dotychczasowych marzeń, jednocześnie nabierając apetytu na więcej. Wciąż pamiętam skontrastowany, ale dumny Bangkok, rajskie południe Tajlandii i dziką Kambodżę. Zazdroszczę każdemu, kto dopiero ma to „pierwsze wrażenie“ przed sobą, a sama nie mogę się doczekać kolejnej podróży, która już za moment przede mną. Podróże to piękna forma uzależnienia

                                                                                                                    Ewelina Pełszyńska

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Osobowość
warszawa_dla_kobiet_icona
Warszawa dla kobiet

Warszawianki chcą zadbać o warszawianki. Aby było nam łatwiej w pracy, przyjemniej na spacerze, szybciej i skuteczniej w urzędach, życzliwiej...

Zamknij