Dziewczyny wojenne
15-11-2011To niezwykła, wzruszająca książka od wydawnictwa „Znak” – może wkrótce pod choinkę, a może po prostu na jesienny wieczór? Zwykłe dziewczyny – miały swoje plany, kochały, cierpiały, uczyły się i stroiły na randki. Żyły intensywnie, gorąco. I nagle… Wojna. Świat w rozsypce, a one? Były za młode, żeby się poddać. Przeczytajcie te niezwykłe historie spisane przez Łukasza Modelskiego.
Łukasz Modelski „Dziewczyny wojenne”
Fragment historii Dzidzi Rajewskiej
Siostra wyszła za mąż 16 czerwca, brat ożenił się w Warszawie dwa dni wcześniej. Ze szczebrzeszynianką. Na ślubie mojej siostry Leszek mówi: „Wiesz, oni już się pobrali. Taka jesteś dzielna, może byśmy też wzięli ślub?”. Taki dowcipas był z niego. A ja… że chętnie.
Leszek miał fantazję nadzwyczajną. To był chłop tak wesoły, że nawet moja mama, zawsze taka poważna, śmiała się i mówiła: „Leszek, przestań mnie rozśmieszać”. Kadet przed wojną, bardzo chciał służyć w kawalerii, przez niecały rok był zresztą w 15. Pułku Ułanów, ale potem został zwolniony, dostał kategorię D, na serce…
Tydzień po ślubie siostry Niemcy ruszyli na Sowietów, sytuacja w Szczebrzeszynie nagle bardzo się zmieniła. Niemcy ciągnęli na Rosję. Bez przerwy szli przed naszymi oknami. Okropnie dużo ich szło, i pieszo, i konno, i kuchnie polowe, dzień i noc. Przez rynek przechodzili. Zamknęłam sklep, konspiracja przycichła, zrobiło się niebezpiecznie. Razem z mamą i siostrą wyjechałyśmy na tydzień do Gruszki Zaporskiej, zaraz za Zwierzyńcem. Tam rodzice znajomego chłopaka z konspiracji mieli śliczny domek. Ponieważ było niespokojnie – a to nasi gdzieś zabili jakichś Niemców, a to utrudniali przemarsz – ten kolega doradził nam, żebyśmy przenieśli się do nich, bo nie było wiadomo, co się może zdarzyć. Przez tydzień jakoś nic się nie działo, więc wróciłyśmy. Pół roku później, 8 grudnia, wzięliśmy z Leszkiem ślub.
Brat Haliny, konspiracyjny chemik, mieszka w Warszawie na Senatorskiej. Bierze udział w akcji na niemiecką restaurację. Jest poszukiwany. Podczas rewizji gestapo znajduje u niego zaproszenie na ślub siostry. Gestapowcy jadą do Szczebrzeszyna.
Ślub był o ósmej rano. Mieliśmy kłopot, bo ksiądz nie chciał zarejestrować w księgach Lecha na nazwisko Kowalski. Wszyscy w okolicy znali go jako Andrzeja Kowalskiego, ale ksiądz się uparł i zapisał nas pod prawdziwymi nazwiskami. I to nas zgubiło. Bo gestapowcy, kiedy przyjechali, poszli wprost na policję. Trafili tam na Łepniaka, tego folksdojcza, który się we mnie kochał. Zachował się przyzwoicie. Powiedział, że nie wie, gdzie mieszkam, ani nie wie, że brałam ślub. Więc Niemcy poszli do kościoła, do księdza, i wszystkiego się dowiedzieli – że Lech Wittig, że Halina Rajewska. Wypytywali najpierw Łepniaka, potem księdza i przez to przyszli po nas późno. A w domu wesele! Poprzyjeżdżali goście, większość po południu była już na dobrym gazie. Dużo ludzi z Warszawy, dużo ze Szczebrzeszyna, masa chłopaków i dziewczyn z organizacji. Sporo, ponad 30 osób. Tuż przed piątą przybiegł jakiś chłopak i krzyczał do mamy: „Pani Rajewska, niech wszyscy uciekają, bo przyjechało gestapo z Warszawy i będą aresztować pana Rajewskiego i młodych”. Ostrzegł nas tylko i wybiegł, do dziś nie wiem, kto to był. Dzięki niemu wszyscy zdążyli uciec. Kiedy chłopak wybiegł, goście rzucili się do tajnych przejść do getta. W kuchni w podłodze była klapa zabita deskami w ten sposób, że nie było jej widać, a pod klapą schody w dół. Goście uciekali albo przez tę klapę, albo na daszek szopy, która stała za murem getta. Wszyscy uciekli, mama też. Widziałam, jak mąż stał na daszku szopy, już po żydowskiej stronie, i krzyczał: „Chodź, chodź”. Powiedziałam: „Cicho, uciekaj” i zatrzasnęłam okienko. Już słyszałam wrzaski gestapowców na dole. Poleciałam szybko przez kuchnię, opuściłam podniesioną klapę od drugiego przejścia i przydepnęłam, wyrównując ją z poziomem podłogi, aby nie było widać, że to jakieś przejście. Niemcy nawet tam nie zajrzeli. Weszło ich czterech, wszyscy w mundurach. Krzyczeli. A tu stoły zastawione, opary wódki, kieliszki jeszcze napełnione, ciepła herbata w kubkach, talerze z mięsem, jak to na weselu, tort, coś nadgryzione, dym z papierosów, pełno marynarek wisiało, buty stały – w domu było ciepło. Niektórzy wybiegli w skarpetach. To była chwila, minuty. Niemcom w ogóle na myśl nie przyszło żadne tajne przejście. Mówią: a co z marynarkami, a ja, że ciepło było, że goście pijani i sobie poszli. A oni koniecznie chcieli się dowiedzieć, dlaczego ludzie w zimie pozostawiali ubrania. Wiedzieli, że kłamię, to przecież było oczywiste. I dlatego tak strasznie mnie bili. Zęby wybili mi jeszcze w domu, bo chcieli się dowiedzieć, kto mnie ostrzegł, skąd wiedziałam, że oni przyjdą. Zabrali mnie do ratusza w Szczebrzeszynie. Jak stałam. Miałam taką ładną sukieneczkę z żorżety. Zabrali mnie w tej sukience. Jak potem mnie bili, rozbierali, to ta sukienka była cała pocięta. Bili mnie trzcinami. W ratuszu położyli mnie na dwa wysokie stołki i lali mnie po prostu. Mam jeszcze ślady po tym, jak gestapowiec gasił mi papierosa na nodze. Folksdojcz Łapniak próbował mnie bronić, jakoś wytłumaczyć, coś wymyślał. Nie dał rady. Całą noc trzymali mnie w ratuszu i bili. Byłam przytomna, ale w pewnym momencie polali mnie wodą. Musiałam zemdleć. Byłam cała mokra. Ciągle odpowiadałam: „Ja nic nie wiem, dajcie mi spokój, przestańcie mnie bić”. Byłam pewna, że mnie zabiją, chciałam, żeby jak najprędzej. Jeden walił mnie w głowę pasem z taką dużą klamrą, to było najgorsze, bo w pewnej chwili łupnął mnie w krzyż tą klamrą. Pamiętam ten cios… Dwóch ich było i ten folksdojcz. Siedział z nimi. I wciąż mówił: przestańcie, ona ma dosyć. A mnie już było zupełnie wszystko jedno. Tylko myślałam: „Boże, pomóż, żebym nic nie mówiła”.









