Cztery kobiety w czerni
04-01-2012Dużo mówimy w tym czasie o historycznych wydarzeniach związanych ze stanem wojennym, z Solidarnością… Powtarzają się znane nazwiska pięknych postaci. Co z nieznanymi? Dostaliśmy tekst o niezwykłych nauczycielkach z małego miasta. To nie mogło trafić do szuflady…

Od lewej: Cecylia Siwak, Dobromiła Szymaniak, Urszula Ślusarek, Aurelia Fraszek.
Stan wojenny. Cztery nauczycielki z Kluczborka wykorzystują pochód pierwszomajowy, by, w milczącym proteście, wykrzyczeć władzy: „ Nie!”. Władza odpowiada im aresztowaniami i represjami. Może daleko im do takich bohaterek jak Henryka Krzywonos czy Anna Walentynowicz, ale o ich proteście także zrobiło się wtedy głośno. O dzielnych kobietach z małego miasteczka mówiła Wolna Europa…
Aurelia Fraszek, Dobromiła Szymaniak, Cecylia Siwak i Urszula Ślusarek (zmarła kilka lat temu) uczyły wówczas w kluczborskim ogólniaku. Tamtego ranka, 1 maja 1982 roku, razem z całą szkołą wyruszyły spod liceum w pierwszym po wprowadzeniu stanu wojennego pochodzie. Jednak ich stroje i zachowanie sprawiały wrażenie, że uczestniczą w kondukcie żałobnym, a nie w radosnym święcie klasy robotniczej.
– Stan wojenny, Solidarność zepchnięta do podziemia, nędza w kraju. Nie było powodów do radości – wspominają tamten pochód zbuntowane nauczycielki, dziś niektóre już na emeryturze.
Chciały pokazać, że dekretami i przymusową listą obecności nie da się wywołać odruchów zadowolenia „ludu pracującego miast i wsi”. Wręcz przeciwnie. – Razem z kolegami z pracy chciałyśmy w ten sposób zaprotestować przeciwko sytuacji w kraju. Pokazać, że nie dajemy się – wspominają dzisiaj tamten majowy ranek.
Część nauczycieli na czarno, uczniowie z „opornikami” w klapach. Taka demonstracja nie mogła ujść uwagi miejscowej ubecji. Dla „czterech kobiet w czerni” tamten pochód zakończył się aresztowaniem i represjami.
Aurelia
20 maja 1982. – Wybierałam się właśnie do pracy – wspomina Aurelia Fraszek. – Nagle walenie do drzwi. Milicjanci obstawiają dom. Wpadają ubecy, zaczynają przeszukiwać mieszkanie. I tak niczego nie znaleźli. Nie trzymaliśmy przecież „bibuły” na widoku. Pamiętam, że 5-letnia wnuczka, która była wtedy pod moją opieką, zaczęła strasznie płakać. Potem za każdym razem na widok milicyjnego munduru reagowała przerażeniem.
Godzinę później milicyjna „suka” zabiera panią Aurelię na komendę w Kluczborku. Zaczynają się przesłuchania. Kobieta odmawia zeznań. Odmawia też przyjmowania posiłków. Przewożą ją do aresztu w Opolu. W milicyjnej eskorcie rozpoznaje jednego ze swoich uczniów…
W Opolu nadal odmawia jedzenia. Nie spodziewa się, że w jednym z ubeckich biurek leży już decyzja o internowaniu, podpisana przez komendanta wojewódzkiego milicji pułkownika Urantówkę, tego samego, który pacyfikował protesty na Pomorzu w grudniu 1970. Następnego ranka milicyjny samochód długo będzie się błąkać po bocznych drogach, zanim dotrze do obozu internowania w Gołdapi.
– Tam trudno dojechać, więc milicjanci zatrzymywali się dość często, żeby spytać o drogę. Dobrzy ludzie, widać patrioci, celowo podawali im złą trasę – wspomina pani Aurelia. Była jedyną internowaną nauczycielką na Opolszczyźnie. I wbrew planom władzy, w Gołdapi, w otoczeniu innych przetrzymywanych tam kobiet, jej upór, zamiast osłabnąć, zyskał na sile.
– Jeśli siedziało się prycza w pryczę z takimi działaczkami jak Anna Walentynowicz i wiele innych wspaniałych kobiet, nie można się było załamać – wspomina.
Mimo że w domu została wnuczka, 13-letni syn. Za udział w tamtym majowym pochodzie i „wichrzenie” przeciwko ustrojowi pani Aurelia spędziła w obozie internowania dwa miesiące. Wypuszczono ją 24 lipca, jako jedną z ostatnich internowanych w kraju. Ale to nie był koniec problemów.
Urszula
Urszula Ślusarek (kilka lat temu zmarła) była wówczas wicedyrektorem kluczborskiego liceum. Wspominając tamten pochód, pamiętała każdy detal stroju, w którym poszła na pochód. Kurtkę miała wprawdzie nieczarną, ale ciemnobrązową. Jednak w całości jej ubiór wyglądał zbyt przygnębiająco jak na święto czerwonych szturmówek.
13 maja o świcie usłyszała pukanie do drzwi. Scenariusz ten sam. Rewizja, aresztowanie. W celi miejscowej komendy milicji zobaczyła na ścianie krew…
Pani Urszula kilka miesięcy wcześniej zaczęła chorować. W celi źle się poczuła i poprosiła o lekarza. Wkrótce została przewieziona do miejscowego szpitala. – I choć pod salą chorych warował milicjant pod bronią, to pobyt w szpitalu mnie uratował – opowiadała. – A właściwie uratowała mnie pani doktor, która mnie wówczas przyjęła. Powiedziała do milicjanta, że nie będzie pracować w takich warunkach. Mój stan bez wahania oceniła jako na tyle poważny, żeby dłużej zatrzymać mnie na oddziale.
W tamte majowe dni pod szpitalem gromadzili się uczniowie pani Urszuli. W szkole interweniowała bezpieka, że w czasie, kiedy uczniowie powinni przebywać na lekcjach, stoją pod oknami pani profesor.
– Jeden z uczniów, dowcipny młody człowiek, podrzucił mi wtedy książkę o ORMO, żebym mogła udowodnić, że nawet w czasie choroby studiuję krzepiącą i właściwą ideologicznie literaturę – wspominała z uśmiechem pani profesor.
Jak się okazało, pobyt w szpitalu uchronił ją przed dłuższym aresztowaniem, ale nie przed innymi konsekwencjami.
Dobromiła
Dobromiłę Szymaniak od internowania uratował lekarz z ulicy Reymonta w Opolu. Po słynnym pochodzie, 13 maja o świcie, tak jak u jej koleżanki, rewizja, aresztowanie. – Na szczęście nic nie znaleźli, choć pod płaszczami w przedpokoju wisiała torba pełna ulotek – wspomina.
Trafiła do aresztu na posterunku w Byczynie. – Jako że nie było tam kuchni, obiady przywożono z miejscowej eleganckiej restauracji – żartuje, choć wtedy nie było jej do śmiechu. Odmawiała przyjmowania posiłków w odruchu protestu, zarazem z bezsilności. Potem areszt w Opolu. Kiedy mówiła, że czeka ją poważna operacja, milicjanci myśleli, że to wybieg przed internowaniem. Bo pułkownik Urantówka już podpisał decyzję – pani Dobromiła miała dołączyć do koleżanki w Gołdapi.
– Koniecznie chcieli sprawdzić, czy nie kłamię, więc przeżyłam upokarzające badanie w areszcie, potem w szpitalu milicyjnym. Stamtąd miałam trafić do szpitala przy ul. Reymonta. Nie było wolnych łóżek. Trafiłabym pewnie z powrotem do aresztu. Ale kiedy lekarz zorientował się, o co chodzi, spojrzał na mnie porozumiewawczo i powiedział, że oczywiście miejsce jest. A potem trzymał na tyle długo, żebym mogła uniknąć internowania…
Cecylia
Cecylia Siwak, jedna ze współzałożycielek Solidarności w liceum, nie została aresztowana. Ale inwigilacja jej i jej uczniów trwała wiele miesięcy.
Wtedy, w połowie maja, kiedy miały miejsce te aresztowania, praktycznie nie było jej w Kluczborku. Jeździła cały czas do umierającego ojca do szpitala w Kup. Wkrótce ojciec zmarł. W tym samym czasie od jej uczniów bezpieka próbowała wyciągnąć informacje, o czym pani profesor z nimi rozmawia i czy nie zatruwa im umysłów wrogą ideologią. Dyktowano im gotowe zeznania, które mieli podpisać, w przeciwnym razie groziło im oblanie matury. – Ale te wspaniałe dzieciaki niczego nie podpisywały – wspomina pani Cecylia. – Mimo że ich o to nie prosiłam, mimo gróźb bezpieki. Okazało się jednak, że na tym nie koniec.
Czarna czwórka
Bo od początku roku szkolnego 1982/1983 obywatelki: Fraszek, Szymaniak, Ślusarek i Siwak miały zostać dyscyplinarnie zwolnione za haniebną postawę w czasie pochodu. Zarzuty, które postawiono każdej z nich, brzmiały tak samo:
„W dniu 1 maja w obecności uczniów wzięła udział w pochodzie pierwszomajowym w czarnym stroju, co zostało odczytane jako manifestowanie negatywnego stosunku do klasy robotniczej. Uczestnicząc w pochodzie w grupie kilku nauczycielek ubranych również w czarne stroje lub z elementami czerni w ubiorze przyczyniła się do kształtowania niewłaściwych postaw moralnych u młodzieży. Zaistniały incydent należy ocenić negatywnie. Tym bardziej, że zaistniał w okresie złożonej i trudnej sytuacji społeczno-politycznej w kraju i miał miejsce w środowisku szczególnie wrażliwym na wszelkie odstępstwa od ustalonych zasad postępowania”.
Urszula Ślusarek została oprócz tego odwołana ze stanowiska wicedyrektora, „ponieważ w dniu 1 maja 1982 r. na terenie szkoły nie podjęła środków zaradczych w celu przekonania części nauczycieli i młodzieży szkolnej, że udział w pochodzie 1- majowym w czarnym stroju nie odpowiada powadze święta klasy robotniczej” – brzmiało uzasadnienie decyzji.
Wszystkie cztery stanęły przed komisją dyscyplinarną Kuratorium Oświaty w Opolu. Odbyła się rozprawa, z przesłuchaniem świadków. Groziło im zwolnienie i przeniesienie do pracy w wiejskich szkołach. W obronie pokrzywdzonych nauczycielek na rozprawie stawiła się część kolegów i koleżanek, gotowych świadczyć o ich niewinności.
– Żeby było śmieszniej, za mną ujął się nawet sekretarz naszej zakładowej podstawowej organizacji partyjnej – wspomina Dobromiła Szymaniak. – Nawiasem mówiąc sam szedł w pochodzie w czarnym płaszczu i czarnym kapeluszu.
Na piątkę
Z pomocą przyjaciół, rodziców uczniów i dzięki poparciu samych uczniów wniosek o ukaranie został wycofany i cztery kobiety mogły wrócić do pracy. O „czterech dzielnych nauczycielkach z Opolszczyzny” mówiła Wolna Europa. Sprawa stała się głośna. Jedna z uczennic Urszuli Ślusarek opowiadała jej po latach, że za sprawą tamtego pochodu udało się jej zdać na studia. Egzaminator na koniec przepytywania, którego wynik nie był jeszcze przesądzony, zapytał: – A skąd pani jest? – Z Kluczborka – odpowiedziała dziewczyna. – Aaa, to tam, gdzie są te dzielne kobiety. Jest pani przyjęta.
W nocy przed aresztowaniem Dobromiła Szymaniak pisała pracę dla jednego z profesorów na studiach podyplomowych, z astronomii. Niestety, nie miała już szans jej dostarczyć. Kiedy jej siostra zawiozła rękopis profesorowi i wyjaśniła, dlaczego jego studentka „chwilowo” nie stawi się na zajęciach, ten wziął pracę, nawet na nią nie spojrzał, tylko zwrócił się do studentów: – Prawda, że to praca na piątkę? I taką ocenę wpisał.
W 1989 r. Kuratorium Oświaty w Opolu przeprosiło nauczycielki i zrehabilitowało na wniosek ministra oświaty. Otrzymały wówczas od kuratora nagrodę pieniężną.
– Czy to miało być gratyfikacją za poniesione krzywdy? – zastanawiają się. Nie chciały zatrzymać pieniędzy. Solidarnie wpłaciły je na konto Fundacji SOS Jacka Kuronia. Dostały od niego kartki z osobistym podziękowaniem – „Za dar serca”. Te kartki to klamra zamykająca historię czterech kobiet, które tamtego 1 maja milcząco wykrzyczały władzy: „Nie!”.
Monika Kluf








