Biegnij, kochana
17-03-2011Agnieszka Litorowicz-Siegert
Ile nowego można w okolicach czterdziestki? Czy w ogóle? I po co? Pozorne nowości: mężczyzna, samochód, biznes – to przeważnie kolejne wcielenia, poprawione wersje. A może tak totalnie coś nowego?

Jeszcze nigdy nie… Pierwszy raz robię… Kiedy ostatnio to sobie powiedziałam? Mam 43 lata, fantastycznego męża, troje dzieci, bardzo dobrą pracę. Znakomity punkt wyjścia … żeby stanąć. Czasem mi się chce wcisnąć guzik „slow”. Zanurzyć w pianie, poleżeć i poczytać, poćwiczyć asertywność: dziś nie robię kolacji, nie planuję urlopu, nie wychodzę, nie wyjeżdżam, nie wychylam się. Będzie dobrze. Przeważnie jest dobrze. Dzięki Bogu. Ale żeby tak ruszyć się w nową stronę? Zrobić coś ekstra? Po co? Czy ja muszę coś udowadniać? Nie muszę. Tym bardziej dziwię się sobie, że dwa lata temu zaczęłam nowy rozdział. Wróć, źle powiedziane: dziwię się sobie. Poprawiam: lubię siebie za to, że zaczęłam nowy rozdział. Ważyłam za dużo. Córkę urodziłam trzy lata temu, w ciąży ze starszymi synami przytyłam jakieś 20 kilogramów. Zrzuciłam połowę. Czyli wciąż trzy rozmiary na plusie. Pewnego dnia moja – dzisiejsza – przyjaciółka, koleżanka z redakcji, spojrzała mi w oczy: problem mamy chyba ten sam, mieszkamy niedaleko parku, może jutro pobiegamy? Jak się to robi, żeby odmówić grzecznie, ale stanowczo? Szukałam dobrego słowa. Zanim znalazłam, Ewa zarządziła: No, to jutro o siódmej. Od tego dnia wszystko się zmieniło.

Nienawidzę biegać. Nienawidzę sportu. Zawsze miałam naciągane tróje z wf-u .Nawet nie umiem pływać. Jogging? Nie moja bajka. Dziękuję. Ewka rozkazała: robimy jedno okrążenie (prawie dwa kilometry – tego normalna kobieta czterdziestoletnia nie jest w stanie przebiec za chińskiego boga), jak nie umrzemy, jutro – półtora. Zanim wyszłam do parku, mój mąż zobaczywszy mnie w dresie, zemdlał. Nie widział mnie tak od czasów ogólniaka (siedzieliśmy w jednej ławce od drugiej klasy). Po pierwszym okrążeniu byłam prawie nieżywa. Ale jednak nie martwa. Jutro też biegamy? Szybko, szybko, muszę wymyślić szybko usprawiedliwienie… No, to też o siódmej – Ewka znowu była pierwsza. Cholera, muszę popracować nad tempem. I asertywnością. Zwykle nie mam z tym problemów, ale przyjaciółka to czarownica, inaczej nie da się wytłumaczyć mojej uległości wobec planów szatańskich. Po tygodniu Ewka była pewna, że zostaniemy sławnymi „maratonkami” – chyba tak się to mówi. Jasne. Wygrzebała w internecie listę biegów masowych – Chryste, pamiętam, jak ktoś w moim rodzinnym mieście Szczecinku wpadł na szalony pomysł zorganizowania biegu na trzy kilometry – wszystkie szkoły musiały brać w tym udział (kilka lat z rzędu, akurat wypadło na mój ogólniak!). Z koleżankami z klasy opracowałyśmy plan chowania się za wielkim kamieniem ku czci żołnierzy armii radzieckiej – na ostatnim kilometrze dołączałyśmy do grupy i jakoś doczłapywałyśmy na metę. Ewka nie miała litości: pierwszy bieg za trzy miesiące. 10 kilometrów, „Biegnij Warszawo”. Oszalała. Oszalałam.

Jak to jest, kiedy wbiega się na metę mając za sobą dystans, który do tej pory wydawał ci się abstrakcją, celem tak niedosiężnym, jak podróż na księżyc? Jak to jest, kiedy paradujesz w profesjonalnych gatkach do biegania, butach dla sportowców i koszulce z oddychającego materiału – choć pół roku wcześniej szybciej kupiłabyś sobie wór pokutny niż sportowe ubranie? Jak to jest, kiedy zawieszają ci na szyi twój pierwszy w życiu medal? Jest cudownie. Jest bosko. Nagle stajesz się mistrzynią świata, czujesz się w tej skórze jak we własnej i kochasz siebie miłością bezwarunkową. Zrobiłam to! Przebiegłam 10 kilometrów i na mecie czekał na mnie mój cudowny mężczyzna, w którego oczach widziałam podziw czysty jak kryształ od Svarowskiego. Nastoletni synowie użyli słowa „szacun”. Dwuletnia córka może zapamiętała ten moment i skojarzyła, że tak trzeba, to jest normalne – mama biega i dobiega. Nie zapomnę tego dnia. Dziś mam na koncie wiele biegów na 10 kilometrów, a nawet półmaraton. Regularnie trenuję w Parku Skaryszewskim, o wpół do szóstej rano, nawet zimą. Ewka ze mną. Lepiej wyglądam i czuję się jak milion dolarów. Nikomu niczego nie udowadniam. Sobie też. Po prostu mam frajdę z NOWEGO, które odkryłam jako dojrzała kobieta. Potem przyszło kolejne NOWE, opowiem o tym następnym razem. Teraz dzieje się więcej. Mocniej, soczyściej. Jest pięknie.
Agnieszka Litorowicz-Siegert









