Anna Klara Majewska – E=mc45!
01-04-2011Einsteinowi stawiam wino. Teoria względności ratuje życie. A przynajmniej dobre samopoczucie. To co jedni chcą nazywać starością, inni skłonni są interpretować jako pełen rozkwit a kolejni uznają za przedłużoną młodość. Tych lubię najbardziej. Ale nie upieram się przy twierdzeniu, że jako 45-cio latka muszę rzucać na kolana wszystkich facetów. Zadowolę się połową stawki. Dużo? Moja serdeczna koleżanka z czasów dzieciństwa, z którą razem mamy 90 lat, uważa podobnie! Przeczytajcie jej tekst, zanim wyruszycie na podbój…
Agata Młynarska
W ROZKROKU
45 lat. Młoda czy stara? Jedną nogą na dyskotece, drugą, no może jeszcze nie w grobie, ale już gdzieś po drugiej stronie lustra. Kobieta w średnim wieku? Brrr! Nie chcę nią być – to brzmi jak babon w kwadratowej garsonce nad (opuchnięte) kostki. Zresztą mój syn twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak wiek średni, bo ten występował tylko w historii (tu padają dokładne daty), ludzie natomiast, a w szczególności kobiety, mogą być albo młodzi (do 30-tki) albo starzy (wiadomo). Niestety, nie tylko w odbiorze nastolatków. Moi dawni koledzy z klasy i podwórka, kuzyni i byli amanci, masowo postawili na młodość – tę nabytą, bo już nie swoją, najchętniej długonogą i prowincjonalną, bo taka łatwiejsza w obsłudze. Na swoje równolatki spoglądają niechętnie i z dystansem, jakby się mieli zarazić ich 45-letnią „starością”. Lektura polskich pism i portali plotkarskich też potwierdzi „trędowatość” czterdziestolatek, bo (para) męskie podfruwajki z redakcji wieszczą, że jakaś stara (42 lata) i gruba (rozm. 38) gwiazda miała czelność pojawić się na trendowej imprezie, choć jej miejsce jest raczej w Skolimowie, jeśli nie na Powązkach. Na dowód chętnie dołączą zbliżenie kurzych łapek dodatkowo wyostrzonych w Photoshopie. No way, to nie jest kraj dla starych (!) ludzi. Sorry – kobiet!

Fot. shutterstock.com
Kuracja hiszpańska
O dziwo i na całe szczęście, są jeszcze miejsca na świecie, i to wcale nie tak odległe, gdzie kult młodości nie opanował całego narodu, z lekarzami włącznie. Bo w Polsce „medycyna anti-aging” to wypełnianie zmarszczek restylanem, a wszędzie indziej to endokrynologiczne zapobieganie poważnym schorzeniom cywilizacyjnym. Dla poprawienia samopoczucia, podniesienia wartości własnej i wyrównania poziomu hormonów najlepszy jest więc krótki wypad do „normalności”. Na przykład do Hiszpanii. Tam gwarantowanie pozostaniesz sex bombą do późnej starości. Wystarczy, że włosy masz jaśniejsze od hebanu, a każdy napotkany samiec utwierdzi cię w tym przekonaniu, umocni w miłości do własnego ciała, a przynajmniej poprawi na kilka godzin twój humor. Tam wciąż jesteś „chica, guapa i señorita”! I co z tego, że zabójczo przystojny Diego z baru przy plaży mógłby na upartego być twoim synem, a czarujący Jose, wytrawny mistrz adoracji ma metr sześćdziesiąt i siódmy krzyżyk na karku? Jakie to budujące, że stróż, którego mijasz parę razy dziennie, zawsze wychyla się z kanciapy, by nacieszyć swoje hormony twoim widokiem, a kelner pyta, czego napije się señorita…

Fot. sxc.hu
Sex in the City
OK, nie kręcą cię zaloty prostych latinos? No problem, w Londynie bez trudu zaaplikujesz sobie Zastępczą Terapię Hormonalną, i to nie byle gdzie, bo w samym sercu światowej finansjery. Musisz tylko wybrać w miarę słoneczny dzień i odpowiednie metro do Canary Warft, dzielnicy banków i ubezpieczycieli, czyli żywych pieniędzy. Tam, szczególnie w godzinach lunchowych, znajdziesz się w hormonalnym raju. Tysiące eleganckich, zamożnych i przeważnie wolnych Adamów w garniturach szytych na miarę, wczesnym popołudniem zaleje skwery i kawiarenki, by w pośpiechu zjeść bagietkę, albo sushi. Na Canary Warft pracuje (wg statystyk) 80% mężczyzn, ale na oko jest ich więcej. Nieliczne, zatrudnione tu kobiety, to zwykle myszowate sekretarki lub niedostępne managerki. I wtedy zjawiasz się TY – zagubiona turystka z Polski. Wszystkie kompleksy i niedoskonałości, o których nie pozwalano ci zapomnieć w kraju, znikają jak zaczarowane. Tu jesteś gwiazdą! Zabiegani bankowcy odrywają się od swych bułek i telefonów, laptopów i ipadów, miliardowe wartości w ich głowach zamieniają się w proste 90-60-90, a nerwowy wzrok w maślane spojrzenie. A ty nie musisz robić nic. Inwestujesz 3 funty w duże Skinny Latte w papierowym kubku, siadasz na ławce i delektujesz się ich cielęcą adoracją. Atmosfera panuje tam campusowa, więc nawiązanie rozmowy następuje wręcz samoistnie. Ciąg dalszy do uzgodnienia, ale mnie jako mężatce, wystarczył niezobowiązujący small talk dla odświeżenia kolorytu zszarzałej po zimie cery (podczas gdy mąż pocił się w ten piękny, wiosenny dzień na nudnej konferencji w sąsiednim biurowcu).
Nie moja muza
Istnieją jednak w Londynie miejsca, gdzie absolutnie nie powinnaś się pojawiać ze swoją 45-tką na karku. Takim jest na przykład kultowy (wśród młodzieży) sklep Abercrombie & Fitch. Polecił mi go mój syn, gdy narzekałam na trudności w nabyciu fajnych dresów. „W końcu nie jesteś TAKA stara!” – zachęcił mnie Milusiński, więc udałam się na tyły Regent Street do rzeczonej świątyni mody „Bogatych i Pryszczatych”. Już znalezienie położonego za piątym rogiem bocznej uliczki butiku okazało się niełatwe. Sam sklep nie ma żadnego szyldu i tylko hordy młodzieży, głownie żółtej, objuczone firmowymi torbami, wskazały mi drogę do niego jak strzałki z patyków na harcerskich podchodach. Przy wejściu przywitał mnie prawie goły młodzieniec pomalowany złotą farbą, akurat pozujący do zdjęcia z 14-letnią Japonką. Cena przyjemności wliczona w zakupy. Co było dalej, dokładnie nie wiem, bo w środku panowała niemal kompletna ciemność, wzmocniona moją fizjologiczną w TYM wieku utratą widzenia, oraz około 180 decybeli, kilku imbecyli i rozhisteryzowany tłum nastolatków wyrywających sobie, szczególnie pożądane w tym sezonie, limitowane gacie za jedyne 50 funtów sztuka. Skupiłam się na poszukiwaniu dresu w stonowanym kolorze i możliwie bez napisu Juicy, Sexy albo Sweet Sixteen na tyłku. Inny goły chłopiec, tym razem sprzedawca, też nie był pewny jaki kolor mają wybrane przeze mnie spodnie („Sorry, no light here” – wyszczerzył wybielone zęby, jakbym sama nie widziała, że ciemno), a do przymierzalni stała kilometrowa kolejka. Chwyciłam więc pierwsze lepsze sweat pants i przebiłam się jakoś do kas. Po drodze minęłam skórzane fotele dla czekających końca tortur, czyli chwili zapłaty, rodziców. Siedzieli skuleni, z palcami w uszach, nerwowo wyglądając swych buszujących w ciuchowisku latorośli. Ustawiłam się w jednej z czterech kolejek do półgołych kasjerów niejasnej orientacji, którzy zajęci byli głównie sobą oraz podrygiwaniem do wszechobecnego beat’u. Gdy po kolejnych 10 minutach przymusowego słuchania house’owego ryku dopchałam się do kasy, musiałam jeszcze znieść solowy taniec sprzedawcy i jego dwie nieudane próby „nabicia” towaru na kasę podczas wykonywania zmysłowych pląsów. Z niewielką torbą i wielką ulgą opuściłam to piekło. Jakby nie patrzeć, na TO jestem za stara. I chwała Bogu!
Anna Klara Majewska
felietonistka, pisarka, red. naczelna Connoisseur Circle









