Puławom gratuluję klubu ONA
26-11-2011Ludzie! Każdy z was mógłby, samotny, więziony,
Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony
A. Mickiewicz, Dziady
W Puławach powstał pierwszy klub ONA. Gratulacje. Trudno mi, mężczyźnie, wyobrazić sobie, na czym działalność takiego klubu ma polegać.

Foto. M. Ceraficka
Domyślam się, że jego funkcjonowanie nie będzie miało nic wspólnego np. z pracami w Kołach Gospodyń Wiejskich, chociaż te w życiu kobiet również bardzo pożyteczną rolę spełniają.
Czy klub ONA w Puławach – jak i portal Onaonaona.com – może być zaczątkiem jakiegoś znaczącego ruchu społecznego? Sądzę, że jest to możliwe. Wszystko zależy od tego, czy nasze Panie podejmą taką inicjatywę, czy będą działały systematycznie i mądrze, trwając w zjednoczeniu. Nawet zaczynając od zera, w ciągu kilku lat pracy – popartej wiarą i pasją – wokół jednej idei, da się stworzyć rzeczy naprawdę znaczące. Historia mnoży na to przykłady. Warto więc, żeby Czytelniczki Onaonaona.com brały ster w swoje ręce, a nie jedynie kibicowały takim czy innym wydarzeniom i wyrażały dla nich słowa uznania. Człowiek nie ma pojęcia, na co go stać, dopóki nie postawi sobie celów i nie zacznie ich realizować. Nierzadko okazuje się wtedy, że bariera, która początkowo wydawała się nie do pokonania, nagle staje się błahostką. Trzeba tylko spróbować podjąć dane wyzwanie, nieustannie poszukiwać płaszczyzn dla swojego indywidualnego spełnienia. Zatem trzymam mocno kciuki za Prekursorki ruchu Onych z Puław i z wielkim uznaniem odnoszę się do Ich inicjatywy. Informuję przy tym taktownie: odsuwam w niepamięć urazę wynikającą z faktu, że do Puław nie zostałem zaproszony.
W każdym z nas – bez względu na płeć, wiek, status materialny, pochodzenie czy wykształcenie – tkwi twórczy potencjał. Problem w tym, że ludzie dzielą się na zawodników i kibiców. Kibice to ci, którzy tylko klaszczą i zachwycają się dokonaniami zawodników, nie rozumiejąc przy tym, że również oni takimi zawodnikami mogliby się stać. Kibice nie uruchamiają swojego twórczego potencjału. Za to pielęgnują w sobie przekonanie, że w ich duszach potencjału brakuje: że gdzie im tam mierzyć do zawodników, że o byciu zawodnikiem jedynie mogą marzyć. Wszystko, na co kibiców stać, to – góra – wznoszenie okrzyków i robienie brazylijskiej fali na trybunach życia. I dlatego kibice niczego znaczącego nie osiągają.
W naszej kulturze zawodnikami są przede wszystkim mężczyźni. Kobiety, w przeważającej większości, tworzą kluby kibica. Powiada się też, że wiek 40 plus to dla mężczyzny okres znakomity. Fakt. Jako czterdziestopięciolatek w pełni to potwierdzam: człowiek ma już odpowiedni dystans do życia, bardziej, niż w wieku trzydziestu lat, rozumie siebie i świat, posiada doświadczenie, a sprawy, którymi jeszcze przed paroma laty zawracał sobie głowę, zaczyna traktować jako mało istotne bądź zupełnie pozbawione znaczenia. Życie czterdziesto- albo czterdzietoparolatka jest więc naprawdę klawe. To w tym wieku mężczyźni osiągają nierzadko najbardziej spektakularne sukcesy. A niby dlaczego z kobietami nie miałoby się dziać podobnie? Czy tylko dlatego, że stereotyp głosi, iż kobieta, po przekroczeniu czterdziestki, do niewielu rzeczy już się nadaje? I zapytajcie, Panie, siebie – tak z ręką na sercu – czy to przypadkiem nie Wy same pielęgnujecie w swoich umysłach to stygmatyzujące goryczą przekonanie.
Zachwycacie się, Panie, Agatą Młynarską? Macie szacunek i podziw dla jej dokonań? Każda z Was taką Agatą Młynarską może się stać. Wyrzućcie tylko z głowy swoje schematyczne przekonania, przestańcie wierzyć, że to, co dobre, właściwie macie już za sobą, że jesteście za stare, że już Wam nie wypada… Nie szukajcie usprawiedliwień dla braku inicjatywy z Waszej strony. Wy same – tam, w środku siebie – musicie uwolnić się od patriarchalnych przekonań i wzorców. Mężczyźni tego za Was nie zrobią. Organizujcie się, twórzcie kolejne kluby ONA. Pokażcie, na co Was stać.
Ruch społeczny ONA? Kolejne takie kluby, jak ten nowo powstały w Puławach? To byłaby fantastyczna rzecz, być może, alternatywa dla krzykliwego i sfrustrowanego feminizmu. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam i taką mam nadzieję. Rozmawiajcie sobie w tych klubach o makijażach, kieckach, bulimii i innych babskich fanaberiach, ale twórzcie też w nich odważną, mądrą myśl. To Wasza mądrość i dojrzałość mogą stać się autentyczną siłą, a nie uliczne krzyki, manify i kobiece kongresy. Żeby świat się zmienił wokół Was, musicie najpierw odmienić same siebie. Innej możliwości na zmianę świata nie ma. Być może kluby ONA takim właśnie wewnętrznym przemianom również będą służyły.
Znałem kiedyś kobietę, która strasznie działała mi na nerwy. Mówiłem o niej „pani narzekaczka”. Odnosiłem bowiem wrażenie, że w narzekaniu nad otaczającą ją rzeczywistość osiągnęła szczyty perfekcji. Rzecz jasna była to zagorzała feministka. Wstyd mi przy tym było, że tego rodzaju marudny potworek kończy ten sam kierunek studiów co ja – filozofię. Kilka razy usiłowałem z nią dyskutować, ale zawsze podczas naszych rozmów rzucała mi przysłowiowym błotem w pysk. Wykrzykiwała: „Ja jestem sobą!”, „Ja nie pozwolę sobą manipulować!”, „Ja idę pod prąd życia, a nie – jak ty – z prądem!”, „Ja nie chcę tkwić w bagnie życia, pośród zbiorowej konieczności, i dawać się wykorzystywać mężczyznom!”. Z czasem od tego jej ciągłego powtarzania „Ja”, „Ja”, „Ja” zaczęły boleć mnie uszy. Zrezygnowałem z naszych dyskusji. Przypomniałem sobie zresztą radę pewnego mądrego człowieka: „Nie ucz świni śpiewu. Skutku żadnego nie odniesiesz, a przy tym zwierzę możesz zdenerwować”. Moja koleżanka z wydziału filozofii zniknęła mi z oczu na długi czas. Pewnego dnia spotkałem ją na ulicy i… Nie poznałem jej. Po tylu latach wydawała się być zupełnie inną kobietą. Jej przemiana bardzo mnie zaintrygowała. I nie chodziło tylko o to, że, pomimo iż przekroczyła już czterdziestkę, bił od niej urzekający świeżością czar kobiecości.
Okazało się, że niedługo po ukończeniu studiów „pani narzekaczka” przeprowadziła się do Szwajcarii. Jakiś czas wykrzykiwała jeszcze to swoje „Ja”, „Ja”, „Ja”, aż w końcu dała się zaciągnąć do jakiegoś kobiecego klubu w niewielkim miasteczku niedaleko La Chaux-de-Fonds.
– I to zupełnie odmieniło moje życie – opowiadała mi. – Poznałam w tym klubie wiele fantastycznych dziewczyn, właściwie już dojrzałych kobiet. To one otworzyły mi oczy na piękno i niezwykłość życia. Przede wszystkim jednak sprawiły, że zupełnie inaczej zaczęłam postrzegać siebie.
– Nie jesteś już buntowniczką? – zapytałem zaczepnie.
– Nie – roześmiała się cudownie.
– To może z zadziornej feministki coś w tobie zostało?
„Pani narzekaczka” spojrzała na mnie wyniośle, ale w taki sposób, jakby chciała dać znak, że, ze względu na to, jaką znałem ją kiedyś, mam prawo do ironii.
– A po cóż mi feminizm, bunt i filozofia, skoro czuję się piękną i pełnowartościową kobietą? – odparła. – I kiedy się zmieniłam, zmienił się także świat wokół mnie. Mężczyźni zaczęli odnosić się do mnie z szacunkiem, czułam ich podziw, uznanie dla mojej pracy… Po chwili dodała w zamyśleniu: – Nie masz nawet pojęcia, ile kobiety mogą sobie wzajemnie ofiarować.
One, łączcie się!
Wojciech Szczawiński










