Kayah: Dzielę się chętnie
17-11-2011Zapracowana, zabiegana, rozchwytywana. Jej kalendarz pęka w szwach. Ale, poproszona o występ na cel charytatywny, nie odmawia. Kayah ceni sobie możliwość dzielenia się czasem i uwagą z ludźmi potrzebującymi szczególnego wsparcia. Sama dobrze wie, czym są problemy ze zdrowiem. Dla naszego portalu przeprowadził z nią wywiad Robert Stępiński, 17-letni dziennikarz z miesięcznika „Filantrop”.

Pamięta Pani swoje pierwsze koncerty?
Och, takiej dobrej pamięci to ja nie mam! Pamiętam, jakie emocje się z tym wiązały, pamiętam, co było moim celem, jakim szczęściem było robić coś wspólnie z innymi muzykami. I jak bardzo zależało mi, by mieć odbiorcę i z jakim brakiem zrozumienia spotykały się wtedy moje artystyczne wybory oraz gust. Nie zawsze było przyjemnie, ale uważam, że taka droga była niezbędna, bym się mogła zahartować na przyszłość. Pamiętam, że byłam bardzo zawstydzona wypisując mój pierwszy autograf, nigdy nie czułam się artystką na piedestale. Musiałam ciężko pracować i przeżyć niejedno upokorzenie, zanim osiągnęłam sukces czy choćby uznanie przez media i szerszą publiczność.
Czy to prawda, że lekarze podejrzewali u Pani kiedyś groźną chorobę?
Miałam podejrzenie białaczki, bardzo ciężko to przeszłam. Niełatwo znieść świadomość i wyobrażenie, co choroba w twoim życiu może zmienić, co może zabrać.
Bała się Pani prawdy o chorobie?
Miałam małe dziecko i mnóstwo planów na przyszłość. Bałam się cierpienia, bałam się straty i samej siebie, swoich własnych emocji, tchórzostwa, poczucia winy lub szukania jej wokół. Bałam się poczucia niesprawiedliwości, jakie wtedy narasta, a także bezsilności. Znam ludzi, którzy przeszli lub przechodzą przez takie piekło, ale kroczą tą drogą dumnie i godnie, pogodzeni z losem. Wierzą, że nic nie dzieje się bez przyczyny i bez sensu, choć ciężko się go z początku doszukać. Zawsze ich podziwiam. Jednak Bóg oszczędził mi białaczki. Ale od dwóch lat mam zdiagnozowaną nieuleczalną chorobę immunologiczną tarczycy i wiem, jak to jest być skazanym na leki, badania i tę huśtawkę samopoczucia, braku pewności, że jest się reżyserem własnego życia.
Co Pani dają spotkania z publicznością?
Koncerty to dialog. Wymiana energii. Dzięki takim kontaktom żyję. To najprzyjemniejsza część mojej pracy. Lubię ludzi i jestem ich ciekawa.
Na Pani koncertach pojawiają się również osoby niepełnosprawne Czy traktuje je Pani tak samo jak swoich zwykłych fanów?
Oczywiście. A dlaczego by nie? Otaczamy ich większą opieką, to naturalne. Dbamy o ich bezpieczeństwo, zapewniając stosowne miejsce poza tłumem, czasem osobne wejście. Natomiast w bezpośrednich kontaktach staram się nadmiernie nie wyróżniać osób niepełnosprawnych, by mieli poczucie przynależności do ogółu. Wiem, że większość z nich tego pragnie. Staram się traktować ich na równi ze wszystkimi.
Koncertuje Pani charytatywnie?
Owszem. I nie jest to nic niezwykłego. Chyba każdy z nas ma potrzebę dzielenia się z innymi, wykorzystania swojego potencjału, a przecież, jako osoba publiczna, mam wiele możliwości przyczynienia się do pozytywnych zmian wokół.
Co dają Pani takie występy, jak np. podczas koncertu „Podziel się posiłkiem”?
Zawsze satysfakcję z uczestniczenia w czymś zacnym. A kiedy dochodzi do podsumowań i okazuje się, że takie akcje przynoszą wymierne wyniki, wielką satysfakcję także z rezultatów.
Jakie są Pani najbliższe plany zawodowe?
Niedługo zajmę się kolejnym projektem muzycznym, dużo przede mną. Przed nami. Serdecznie zapraszam na nasze koncerty również osoby niepełnosprawne. Jest mnóstwo wzruszeń i silnych emocji, ale i radości.
Robert Stępiński, „Filantrop” Poznań











