Ja się nie boję!

05-05-2011

Z Kingą Rusin rozmawia Agata Młynarska.

O takich kobietach jak ONA myślimy, ze przede wszystkim leżą i pachną! Jeśli uważacie, że jest tylko śliczną dziewczyną z telewizji, którą znacie z Dzień Dobry TVN czy „You can Dance”, to bardzo się mylicie. Profesjonalizmu i sukcesu zazdrości jej niejeden facet! Oto Kinga, jakiej nie znacie. Profesjonalistka. Twarda zawodniczka. Bez pudru i światła kamer. Tu nie będzie użalania się na los ani wzruszających scen z dramatem w tle.  Jedyny taki wywiad dla OnaOnaOna.

Fot: Epoka

 

ONA: Kinga Rusin jako szef?  Zdarza Ci się tak myśleć o sobie?

Tak, ale przede wszystkim w kategoriach szefa samej siebie, bo nigdy tak naprawdę nie miałam szefa, który by mnie kontrolował. Zarabiam od 22 roku życia i nigdy nie pracowałam w tradycyjnej strukturze. To nie dla mnie!

A dyrektorzy i prezesi w telewizji?

Nigdy nie traktowałam ich jak szefów! Ci, których pamiętam, byli dla mnie raczej mentorami. I żaden z nich szczęśliwie nie traktował mnie jak podwładnej. Zawsze byłam trochę wolnym strzelcem, więc musiałam być swoim własnym szefem.

Może ludzie powinni mieć właśnie takie podejście do pracy?

Myślę, że to zależy od indywidualnych predyspozycji. Są tacy, którzy potrzebują bardzo klarownych wytycznych i rozkazów, potrzebują nadzoru. Wiem to, bo mam firmę, w której zatrudniałam sporo osób. Bardzo ceniłam sobie pracowników samodzielnych, takich jak ja, którym nie trzeba było mówić, jaki kolejny krok mają wykonać. Przez siedem lat funkcjonowania mojej agencji Idea Media, spotkałam tylko jednego, który miał zawsze własną inwencję i działał niezależnie. Reszta codziennie czekała na wytyczne. Są ludzie, którzy mają predyspozycje do pracy samodzielnej, lubią sobie sami narzucać tempo, charakter pracy i wymyślać działania, i są tacy, którzy potrzebują nadzoru. Ja sama z takim bezpośrednim nadzorem czułabym się źle. Oczywiście, pracując w telewizji mam nad sobą prezesa, dyrektora programowego, ale mam też w swojej pracy wolność. Jestem rozliczana tylko z efektu antenowego, nie ze sposobu, w jaki się do pracy przygotowuję.

 

Fot: Epoka

 

Zatem jako swój własny szef jak się oceniasz?

Zawsze byłam wobec siebie bardzo krytyczna i surowa. Ale od pewnego czasu zaczęłam traktować siebie łagodniej. Więc i rozliczam się z większą wyrozumiałością. Podstawowa zasada terapii: rób tylko to, co jest dla ciebie dobre. Tak. Mam wielkie szczęście, że się nie zmuszam do pracy. Po prostu robię to, co lubię, w zgodzie ze sobą. I staram się by było mi dobrze.

Powiedziałaś, że nie miałaś nad sobą szefów, że byli to bardziej Twoi mistrzowie. Czy mogłabyś powiedzieć, kto to był?

Kiedy przyszłam do telewizji, pierwszą osobą, która podała mi rękę i zaczęła ze mną rozmawiać jak z człowiekiem, był Maciek Pawlicki – ówczesny dyrektor programu pierwszego TVP. On też jako pierwszy wciągnął mnie w świat filmu. Dzięki niemu zaczęłam jeździć na festiwal filmowy w Gdyni. To on uświadomił mi, ze telewizja może być czymś więcej niż tylko pokazywaniem się na ekranie. Już wtedy rozumiał, że ludzie telewizji są jej wymierną wartością. Teraz od wielu lat moim mistrzem jest dyrektor programowy TVN-u Edward Miszczak. Ufam jego telewizyjnej wiedzy i siódmemu zmysłowi, chociaż nasze spotkania potrafią być bardzo burzliwe. Nie boję się powiedzieć mu co myślę, a on nie ma żadnych oporów, by dać mi do zrozumienia, że się ze mną nie zgadza. Z tych spotkań zawsze wychodzę bogatsza, chociaż nie zawsze zadowolona…

Telewizja wciąż pragnie nowych ludzi. Wymusza zmiany. Czy czujesz tę presję?

Dlatego trzeba cały czas się zmieniać, szukać na siebie jakiegoś patentu. To jest jedyny sposób na dotrzymanie kroku zmieniającej się rzeczywistości. Ale telewizja musi też szanować pracujące w niej i dla niej osoby. Dopiero od niedawna w Polsce zaczęto traktować gwiazdy telewizji jako wartość rynkową stacji, w której występują. Jeżeli gwiazda odchodzi, to jest to zawsze strata dla stacji.

Albo zysk dla konkurencji…

Tak. Możemy to rozpatrywać w kategoriach zysków i strat, bo osoba pracująca w telewizji jest również wartością materialną, nie tylko intelektualną. Niestety, jest też pewnego rodzaju przedmiotem.

Czy myślisz o sobie jak o kimś, kto stanowi taką konkretną wartość?

Tak.

I tak było od początku Twojej pracy ?

Nie! Broń Boże! Takie przemyślane podejście mam do siebie od mniej więcej 5 lat. Natomiast zawsze wiedziałam, ze muszę się rozwijać, uczyć, poznawać świat. Dlatego bez wahania wyjechałam z mężem do Ameryki, zostawiając telewizję.

A ja zastanawiałam się wtedy, czy jeszcze do niej wrócisz. Nie bałaś się, że po prostu o tobie zapomną?

Nie. Może to brak wyobraźni, może brak pokory, ale nie myślałam w ten sposób. Wręcz przeciwnie. Decyzja o wyjeździe do Ameryki była decyzją mojego życia. Walczyłam o ten wyjazd jak lew.

A nikt Ci nie mówił: „Nie jedź, stracisz wszystko w telewizji, nie będziesz miała do czego wracać”?

Możliwe. Jeśli jednak mam cel, to takich rzeczy nie słyszę. Dynamiczna, pełna pomysłów i zdeterminowana dziennikarka z Polski jedzie do USA, by robić karierę!  Brzmi jak dobry początek filmu! Ale na początku był to raczej dramat psychologiczny! Zbyt idealistycznie podeszłam do tego wyjazdu i się rozbiłam. Miałam wyobrażenia o tym, czego się tam nauczę, czego dokonam. Zawiodłam się już w pierwszych dniach, kiedy okazało się, że polski dziennikarz – korespondent jest nikim, że niemożliwe jest dostanie się gdziekolwiek, a nakręcenie pięciosekundowego materiału na ulicy wiąże się z kilkudziesięcioma zezwoleniami. Opadły mi ręce i zdecydowałam się na rolę gospodyni domowej. Pukałam do wielu drzwi, byłam w kilku instytutach, proponowano mi tam nawet staże, ale mając wizę dziennikarską, nie mogłam nigdzie praktykować ani pracować. Nie byłam w stanie przebić się przez biurokrację, dokumenty, papiery.

Zwątpiłaś we własne siły?

Tak, chociaż zaczęłam pisać reportaże do gazet i nadawać korespondencje do radia. To był mój zawodowy azyl. Na telewizji postawiłam jednak krzyżyk.

Ale nie na długo!

Po roku założyłam firmę producencką. Ponieważ mój były mąż był korespondentem Wiadomości, wiec siłą rzeczy uczestniczyłam w jego pracy, zaczęłam zajmować się produkcją materiałów filmowych do TVP. Nauczyłam się pokonywać wszelkie bariery i pomyślałam, że czas na produkcję własną! Mój ojciec, mając stosowne upoważnienia, które pisałam dla niego w ambasadzie, błyskawicznie założył mi w Polsce firmę. I to on sponsorował moją pierwszą produkcję. To był reportaż z otwarcia pierwszego na świecie muzeum rocka w Cleveland. Aby wszystko się udało, potrzebowałam 10 tysięcy dolarów. Pamiętam jak ojciec powiedział, że daje mi te pieniądze i wierzy, że mu zwrócę, a jeżeli nie, to trudno! Najlepsze rozwiązanie, jakie tylko można sobie wymarzyć!

Jak przekonałaś ojca, by zainwestował w produkcję córki?

Mój ojciec zawsze wierzył w to, co robię. Powiedziałam mu po prostu, że mam pomysł, żeby produkować reportaże, a on uznał, że to świetny pomysł. I chociaż nie miał o tym pojęcia, nie wiedział, na czym ta praca polega, to wierzył, że to, co wymyśliłam, jest znakomite.

Wiara rodziców w dzieci czyni cuda…

Tak, zgadzam się. Od wiary i zaufania wiele zależy. Ale konieczne są też możliwości finansowe. Po latach mogę powiedzieć, że ten pierwszy amerykański sukces zawdzięczam mojemu tacie!

Czy po powrocie ze Stanów wiedziałaś, co będziesz robić w Polsce?

Nie. Wiedziałam tylko, że mam dziesięciomiesięczne dziecko. Nie planowałam swojej kariery zawodowej. Miałam jeszcze jeden reportaż, który zamówiła u mnie telewizja publiczna. Udało mi się w końcu go sprzedać, ale ostatecznie moje stosunki z TVP zostały zerwane. Wiedziałam już, że nie ma dla mnie powrotu. TVN jeszcze nie istniał, Polsat zaczął nadawać z Polski, ale dla mnie wciąż był stacją egzotyczną. I znów wiedziałam, że kolejny etap telewizyjny się skończył.

Czy wtedy postanowiłaś stworzyć własną firmę PR? Wówczas w Polsce nie myślano o PR, mało kto wiedział, co to jest.

To prawda. Pomysł narodził się w dość zaskakujący sposób. PR-owca tak naprawdę zrobił ze mnie Marek Kondrat. Wcześniej o tym nie myślałam. Spotkałam go kiedyś – a znaliśmy się już wcześniej z festiwali w Gdyni – i on zwrócił się do mnie w ten sposób: „Ty po powrocie z tych Stanów na pewno wiesz, jak się robi taki szum wokół filmu”. A ja faktycznie byłam kilka razy na gali Oskarów, zrobiłam kilka reportaży o przemyśle filmowym, więc jak na polskie warunki „się znałam”. Odpowiedziałam mu, że jak „zrobić szum” nie wiem,ale mogę wymyślić. On akurat postanowił zostać producentem filmowym i szukał PR-owca. Zaproponował mi tę pracę. Jak na owe czasy samo myślenie, że film musi mieć PR, było nowatorskie. Jestem dumna z tego, czego dokonałam, zajmując się PRem w filmie „Operacja Samum”. Jednym strategia, którą wymyśliłam się podobała, innym nie, ale o filmie słyszało na pewno wiele osób.

Czy to był początek Twojej firmy PR Idea Media?

To, że się sprawdziłam, było bodźcem, żeby stworzyć firmę. Związałam się z Kasią Wende, którą znałam od lat jako dobrego organizatora. Intuicja mi mówiła, ze będziemy dobrym duetem!

Przyjaźnicie się?

Tak. Cały czas pracujemy razem i po tylu latach pracy nadal się przyjaźnimy!

A kto jest szefem?

Zdecydowanie jesteśmy równorzędne. Każda z nas miała zawsze tyle samo do powiedzenia. Choć muszę przyznać, że w biurze rządziła Kasia, przed nią pracownicy czuli większy respekt. Kiedy ja wchodziłam do firmy, wszyscy trochę pobłażliwie się uśmiechali. Rzucałam mnóstwo haseł i robiłam dużo zamieszania!

W jaki sposób zbudowałaś swój wizerunek? Czy ktoś Ci w tym pomógł czy stworzyłaś go sama?

Chyba prawdą jest to, że szewc bez butów chodzi. Nie programuję swojego wizerunku, działam spontanicznie, wierząc w to, że w ostatecznym rozrachunku najlepszym świadectwem jest moja praca. Przez lata budowałam swoją wartość i ta wartość ma największe znaczenie.

 

Fot: Epoka

 

A kto wymyślił kosmetyki?

Ja, ale nie po to, by podtrzymać swój wizerunek, choć może to tak w tej chwili wygląda. Gdybym poniosła klęskę, to marnie by też było z moim wizerunkiem. Ryzykowałam jak zawsze i tym razem wierząc, ze musi być dobrze!  Nie działałam sama, miałam partnerów, którym mogłam w stu procentach zaufać.

A co uważasz za najcenniejsze w swoim wizerunku?

Chyba najfajniejsze i najcenniejsze jest właśnie to, że działam wielotorowo. Mówi się, że w biznesie trzeba stać na trzech nogach, bo nawet jak się jedna powinie, to się nie upadnie. Konsekwentnie od kilku lat buduję sobie te dodatkowe nogi. Nawet uważam, że zwłaszcza teraz trzeba mieć ich więcej. Stąd też pomysł mojego bezpośredniego kontaktu z widzami przez skrzynkę mailową, pomysł na książkę, firma PR, kosmetyki, pisanie scenariuszy. Źle bym się czuła, gdybym zamknęła się w czterech ścianach i czekała, aż mi ktoś coś zaproponuje. Wiem, że mogę żyć bez telewizji i bez pokazywania się na ekranie, bo już tak żyłam. To, że telewizję kocham, też wiem. Udowodniłam, że umiem w telewizji działać na wielu płaszczyznach. Ale dla własnej satysfakcji, jak również dla własnego bezpieczeństwa, muszę mieć świadomość, że poradzę sobie w każdej sytuacji, niezależnie od tego, co się będzie działo. Jeśli tylko coś się zachwieje z kosmetykami – choć mam nadzieję, że nie, i zostanę drugą Heleną Rubinstein – to pozostaje jeszcze pisanie, jeśli nie pisanie –firma producencka. Wiem, że nie będę całe życie prowadzić programów rozrywkowych, choć to cudowny epizod w moim życiu. Cały czas mam mnóstwo pomysłów, nie umiem się skoncentrować tylko na jednej rzeczy.

Co z perspektywy swoich doświadczeń poradziłabyś ludziom na zawodowym starcie?

Żeby być odważnym, żeby nie bać się podejmowania decyzji. Ja nigdy się nie bałam. Może to ten brak wyobraźni, a może wręcz przeciwnie – fakt, że zawsze wizualizuję sobie sukces, nie dopuszczam myśli o porażce.

A może przekonanie, że i tak zawsze będziesz mogła liczyć na miłość rodziców?

Mój ojciec zmarł 5 lat temu, od tego czasu bardzo mi brakuje kogoś takiego, kto zawsze we mnie wierzył. Ojciec był takim „Pomysłowym Dobromirem”. Miał mnóstwo pomysłów i zawsze wierzył, że się udadzą. Na przykład już 15 lat temu wymyślił pierwszą przetwórnię śmieci ropopochodnych – wszyscy się w głowę stukali. On jeden sądził, że to przełomowy pomysł. I to był przełomowy pomysł, tylko wtedy jeszcze nikt w ten sposób nie myślał. Kiedy spotykał się z kolegami na brydżu , mówili o nim w żartach „nasz kolega od śmieci” albo „śmieciarz”. Mój ojciec musiał mnie rozumieć, bo sam robił rzeczy, w które nikt nie wierzył. Kiedy opowiadałam mu o swoich pomysłach, jemu się wydawało, że wszystkie są możliwe do zrealizowania.

Zawsze byłaś córeczką tatusia?

Tak. Miłość i wiara rodziców we mnie pozwalały mi pokonywać najtrudniejsze zakręty. Bez oddania i pomocy mojej mamy nie mogłabym realizować swoich planów zawodowych, to na nią mogę liczyć w każdej chwili! Dlatego teraz ja każdego dnia muszę ładować miłością akumulatory moich córek!

Już widzę za kilka lat medialne imperium „Rusin i córki!” Tego Wam życzę!

Dziękuję bardzo.

Rozmawiała Agata Młynarska

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Ona
k_icon
Pierwsza taka dama

Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w telewizyjnej Dwójce, przy wielkim zamieszaniu. Miałam przeprowadzić jeden z pierwszych wywiadów z nową Pierwszą...

Zamknij