Ona rozmawia: Joanna Szczepkowska

24-10-2011

16 października w radiu PiN rozmawiałam z Joanną Szczepkowską. Nie tylko spełniło się moje marzenie o spotkaniu z tą fascynującą kobietą, ale też o tym, żeby nasz portal miał swoje miejsce w radiu. I tak oto w każdą niedziele, na antenie PiN, tuż po godzinie 11, będę gościć fantastyczne kobiety.

Na Forum portalu rozmawiamy o wszystkim, co dla nas ważne, ale w radiowej audycji postanowiłam skupić się na tym, dlaczego i jak zaczynać coś w życiu od nowa. Oto pełny zapis radiowego spotkania z Joanną Szczepkowską. Zapraszam do lektury.

 

Agata Młynarska: O nowych otwarciach postanowiłam porozmawiać z niezwykłymi kobietami. Niech opowiedzą nam o tym, czym przełomy stały się w ich życiu. Dzisiaj moim gościem jest Joanna Szczepkowska – aktorka, pisarka, poetka, felietonistka, kobieta zaangażowana. Nie wiem, czy bardziej magnetyczna jest jej inteligencja, niezależność czy uśmiech. Gdybym była facetem, oszalałabym dla niej z miłości.

Joanna Szczepkowska: O, jak miło zaczyna się mój dzień…

A.M.: Czy ktoś dla ciebie oszalał?

J.S.: Takie pytania? Nie… Nie wiem…

A.M.: Zacytuję cię: „Mam cichą zasadę: zawsze pytam, obok kogo miałabym wystąpić, czy to w gazecie, czy w telewizji. Nieraz muszę odmówić udziału. Godząc się na określone towarzystwo, daję sygnał: to są partnerzy do rozmowy. Dodaję im wiarygodności”. Powiem szczerze, że warto było czekać na tę chwilę rozmowy z tobą.

J.S.: Dziękuję bardzo… Rzeczywiście. W przyspieszonym trybie pracy mediów bardzo często prosi się o istotne wypowiedzi ludzi, którzy nieraz nie mają nawet czasu na refleksję dotyczącą zagadnienia, o jakie są pytani; a jednak, mimo wszystko, udzielają tych wypowiedzi.

A.M.: Wczoraj zostałam poproszona o wypowiedź na temat piłki nożnej. Odmówiłam, bo się na tym nie znam.

J.S.: Tym różnisz się od tych, którzy nie odmawiają. A takich jest bardzo wielu. Pamiętam, jak kiedyś zadzwoniła do mnie dziennikarka, powiedziała, że jest już właściwie pod moim domem i prosi mnie o pięć minut rozmowy na temat…

A.M. … jak zmienić Polskę.

J.S.: Przeczytałaś?!

A.M.: Tak. To bardzo symptomatyczne. Rozbawiła mnie ta sytuacja.

J.S.: Staram się zawsze gdzieś dać sygnał dziennikarzom, że jeżeli mogę, to udzielam wypowiedzi, ale robię to tylko w gronie osób, które na dany temat mają coś do powiedzenia.

A.M.: Domyślam się, że wybór drogi, jaką ty sobie wyznaczyłaś, musi być trudny – drogi takiego stania z boku. Trochę wartościujesz też siebie wobec świata. Stajesz z boku, bo może uważasz, że trzeba się odciąć od tych, którzy są mniej wartościowi albo bardziej powierzchowni, banalni, mniej ciekawi…

J.S.: Bałabym się tak to nazywać. Ale, rzeczywiście, wybrałam takie boczne drogi i bardziej „czajenie się” niż „dobijanie” do swego miejsca. Po prostu temperamentem nie pasuję do tych czasów. Tak mi się wydaje.

A.M.: Myślisz, że chodzi o czasy, czy o pewien styl bycia i wybór, którego dokonuje się w życiu?

J.S.: Karmię się refleksją. Ale po to, żeby mieć czas na refleksję, należy w ogóle mieć czas, czyli trzeba zwolnić tempo. Myślę, że jest to też kwestia osobowości. Oczywiście staram się o jakieś miejsce dla siebie. Ale wiesz, czym kończą się moje działania? Widzę na przykład, że moi koledzy o coś się starają, idą do jakiegoś urzędu i wychodzą z niego z potrzebnymi dokumentami. A wiesz, z czym ja z nich wychodzę? Z tomikiem wierszy urzędnika.

A.M.: Jaki urząd ostatnio odwiedziłaś?

J.S.: Nazwy dzielnicy nie zdradzę. Ale był to urząd dzielnicowy, gdzie starałam się zacząć rozmowę o jakimś miejscu dla siebie, w który mogłabym wystawiać sztuki. Broń Boże, nie porównuję się z Ionesco, ale miał on przez wiele, wiele lat w Paryżu swój słynny teatr – niewielka przestrzeń – „La Huchette”. To jest moje marzenie, też taką niewielką przestrzeń chciałabym mieć. Tyle że jestem antytalentem organizacyjnym… Nawet nie wiem, czy organizacyjnym, może raczej ten antytalent dotyczy moich rozmów z urzędnikami, przekonywania kogoś do tego, że warto coś takiego zrobić. Zwykle moje rozmowy w urzędach kończą się tak, że ktoś opowiada mi o swoich trudnościach w pracy albo proponuje przeczytanie swojego tomiku poezji. Jest to naprawdę reguła, która po prostu już mnie bawi.

A.M.: Może powinnaś zostać zawodowym psychologiem albo spowiadać. Wyobrażasz sobie siebie jako spowiednika?

J.S.: Nie muszę sobie tego wyobrażać…

A.M.: Jesteś nim.

J.S.: W jakimś sensie nim jestem.

A.M.: Powiedziałaś też, że nie należysz do feministek, bo w ogóle nie należysz nigdzie – że twoje poglądy są rozsypane po różnych opcjach; i chociaż żyjesz jak feministka, to jednak nie ma rewolucji bez ofiar. Rzeczywiście myślałaś kiedyś o sobie w kategoriach ofiary w aspekcie drogi, jaką wybrałaś?

J.S.: Na pewno tak. To znaczy: muszę liczyć się z przegraną, w takim sensie doraźnym. Mam to po prostu wliczone w koszta.

A.M.: Ale planowałaś te koszta?

J.S.: Nie. Zaobserwowałam je. Musiałam się tego nauczyć.

A.M.: Czy to jest „produkt uboczny”?

J.S.: Osoby, które działają w ten sposób, w pewnych momentach nie wytrzymują progu, gdzie wszyscy mówią: „Tak musi być. Jest bardzo źle, ale tak musi być” – taka szeptanka jest dookoła. I, rzeczywiście, często wychodzę poza ten próg, mówiąc jakieś swoje „nie”.

A.M.: Powiedziałaś kiedyś bardzo ważne „nie”. To „nie” spowodowało, że zaczęliśmy inaczej myśleć o naszym kraju. Dobrze pamiętam ten październik’89.

J.S.: Ceną za tamto „nie” jest to, że kojarzone jest ono z polityką. U nas każdy, kto, tak czy inaczej, kojarzy się z polityką, budzi wątpliwości, ponieważ polityka traktowana jest jako obszar wątpliwy.

A.M.: Pamiętam, że w październiku 89 roku siedziałam z moim młodszym synem w domu i, patrząc na ciebie w telewizorze, autentycznie mnie „zatkało”. Pomyślałam sobie, jak to zaplanowałaś. To się w ogóle planuje? Czułaś, że ten dzień i twoja wypowiedź o końcu komunizmu w Polsce zmieni tak dużo?

J.S.: W jakimś sensie – tak.

A.M.: Szłaś do studia taka „naładowana”?

J.S.: Zdecydowanie tak. To był bardzo silny impuls. Nie potrafię tego inaczej nazwać. Zdawałam sobie sprawę z tego, że przekraczam pewną granicę, która mnie, jako osobie żyjącej w tym kraju, też była potrzebna. Bolało mnie strasznie, że właściwie z jednej szarej rzeczywistości przeszliśmy w kolejną, że niczym ich sobie nie odgrodziliśmy i nie otwarli nawet butelki szampana na żadnym placu. Uważałam, że to nie jest zdrowe. Było potrzebne wyznaczenie cezury.

A.M.: A bałaś się?

J.S.: Bałam się strasznie. Z tego, co wymyśliłam, zdałam sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy weszłam do tego gmachu telewizji na Placu Powstańców. Przestraszyłam się, czy dam radę to zrobić, wypowiedzieć te słowa.

A.M.: Takie decyzje, które wymagają wielkiej odwagi, są dla ciebie trudne w życiu osobistym?

J.S.: Myślę, że nie miałyby żadnej wagi, gdyby nie były trudne. One są strasznie trudne.

A.M.: A skaczesz „na główkę” również w życiu osobistym? Czy łatwiej jest „skoczyć” tak publicznie, w imię lepszej sprawy, w imię manifestacji własnych przekonań?

J.S.: Mam jakąś ogromną blokadę jeśli chodzi o mówienie publiczne o moim życiu osobistym…

A.M.: Rozumiem. Chodzi mi tylko o zasadę działania.

J.S.: Nie mam tego przemyślanego. Jestem osobą, która bardzo silnie odczuwa życie publiczne. Takich – jak to nazwałaś – manifestacji było więcej w moim życiu. Pamiętam na przykład premierę sztuki Václava Havla w Teatrze Powszechnym. Była ona dokładnie tego dnia, w którym Havel poszedł do więzienia. Zorganizowałam podczas tej premiery coś na kształt protestu: ktoś wskoczył na scenę, wygłosił jakąś odezwę… Realizacji takich impulsów miałam wiele, może były tylko mniej spektakularne. Natomiast w życiu osobistym… Czy ja wiem? Chyba nie… Chyba nie mam aż takich przewrotów.

A.M.: Twoje felietony określono jako niezwykle kunsztowne i ponadczasowe impresje osnute wokół naszego życia. Powiedz zatem, jakie jest to życie, szczególnie życie nas, kobiet. Dlaczego wciąż wiele z nas nie ma odwagi do tego, żeby ubiegać się o swoje prawa?

J.S.: Nie wiem, czy zjawisko to dotyczy tylko kobiet. Myślę, że nie za bardzo ufamy instytucjom, które mają nam służyć pomocą. Napisałam kiedyś felieton o rozmowie z taksówkarzem, który wszystko miał za złe. Proponowałam, żeby poszedł tu, zadzwonił tam, ale on uważał, że wszędzie kradną. Nigdzie jednak nie był. Uważam, że jest to bardzo symptomatyczne: nie rozumiemy tego, że państwo jednak jakoś funkcjonuje i że szereg instytucji – takiej czy innej pomocy – działa. Nawet jeżeli funkcjonują źle, to, nie idąc tam, nie dajemy im szansy na to, żeby zaczęły się działać sprawniej. Jesteśmy bierni, nie bardzo mamy świadomość tego, że możemy walczyć o swoje prawa i że kapitalizm, w którego stronę idziemy, nie oznacza wyłącznie ofiar. Mamy prawo się bronić. Kiedy byłam prezesem ZASP…

A.M.: … pierwszą kobietą-prezesem w historii ZASP-u.

J.S.: Pamiętam, że proponowałam wtedy, by się jakoś organizować w struktury obronny. Teatr może być miejscem ogromnej dominacji dyrektora, reżyserów, takiej, która właściwie nie zna granic. A te granice, w moim przekonaniu, są takie same, jak u wszystkich pracowników. I byłam wtedy oskarżana o myślenie stare. Sądzę, że tak nie jest. Państwo nowoczesne to jest takie państwo, które zwraca jednak uwagę na ochronę obywatela.

A.M.: Brzmi to trochę socjalistycznie.

J.S.: Brzmi. Ale bez takiej sfery socjalistycznej nie istnieje żadne nowoczesne państwo. Uważam, że w tej chwili myślimy trochę kategoriami XIX-wiecznego kapitalizmu i tak wyobrażamy sobie postęp.

A.M.: A jak na tym tle widzisz zadania dla aktorów? One się bardzo rozpraszają.

J.S.: Szalenie się rozpraszają. Nie ma chyba aktora, który nie uważa, że powinna go chronić jakaś struktura. Natomiast jest bardzo niewielu aktorów, którzy wdają się w pracę nad taką strukturą, ponieważ wszyscy – co jest zrozumiałe – próbują szukać swojego miejsca, zajęć, robiąc to czasami rozpaczliwie, próbują jakoś zaskarbić sobie publiczność. To wszystko wymaga wiele czasu, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Aktorów, artystów, jacy mogliby poświęcić się pracy prawniczo-urzędniczej, jest więc bardzo niewielu. Ale to jest błędne koło.

A.M.: Chyba ty sama wolałaś i wolisz być aktorką niż panią prezes.

J.S.: Zdecydowanie.

A.M.: To jest chyba nie do połączenia dla kogoś, kto chce być kwintesencją sztuki, tak, jak ty nią jesteś.

J.S.: Wydawało mi się to do połączenia. Nie bardzo chcę teraz mówić, dlaczego tak szybko „skończyłam” to moje stanowisko. Stało się tak również dlatego, że, w ramach jakiegoś unormowania, spektakularnie domagałam się, by była to praca honorowana. Robiłam to publicznie, dużo o tym mówiłam. To też było dyskutowane, dlaczego tak dużo mówię. A ja chciałam, żeby to była jasna, czysta sprawa. Spędzałam w ZASP-ie kilkanaście godzin dziennie.

A.M.: To musiało być dla ciebie okropne – dla kogoś, kto ma taką ciekawość świata.

J.S.: Okropne, ale z drugiej strony – było to doświadczenie zupełnie nowe. Okazało się, że człowiek, siedząc za tym biurkiem, zmienia jakoś osobowość, że można… Musiałam się wtedy „przekopać” przez szereg prawniczych pism, wielu rzeczy po prostu się nauczyć…

A.M.: W ogóle mi to do ciebie nie pasuje. Jak tego słucham, to tak, jakbym słuchała bajki o żelaznym wilku.

J.S.: W bajkach też są przemiany.

A.M.: Czytałam twoją bajkę. Bardzo mnie poruszyła. Noszę ją w sobie i często do niej wracam. Jest to bajka o górze, która zabiera ludzi na piętnaście lat, piętnaście dni i piętnaście godzin. I o dziewczynce, jaka wykazała się ogromną odwagą podchodząc do tej góry. Oczywiście została przez tę górę zabrana. Myślę, że ta opowieść jest o dzieciństwie, o naszych dziecięcych lękach. Tak?

J.S.: Zawsze bardzo trudno jest opowiadać, o czym się napisało. Myślę, że to było też związane z moimi ówczesnymi doświadczeniami, nawet tymi ZASP-owymi; o takim porywaniu się na bardzo wielkie rzeczy, o tym, że bajki, czyli to, na czym jesteśmy wychowani, to jest coś, co się zawsze kończy dobrze. W dużym stopniu – głównie przez bajki – jesteśmy tak skonstruowani, że jeśli nie ma happy endu, to jest nieszczęście…

A.M.: … bo tak jest.

J.S.: Czy ja wiem? Życie samo w sobie jest pewną przygodą: mogą być w nim przegrane, mogą być wygrane; czegoś się poszukuje, znajduje się ludzi przy okazji…

A.M.: Ale na końcu jest śmierć. Czyli happy end?

J.S.: Nie wiemy tego, czym jest śmierć. Może właśnie jest happy endem. Przez tę liczbę różnych programów telewizyjnych, w których pokazuje się, że tylko numer jeden się liczy, a numer dwa to już właściwie jest człowiek o tak przegranej twarzy, jakby skończyło się mu życie… To nie jest tak.

A.M.: Dla niektórych się kończy.

J.S.: Zgoda. Tylko że gdzieś umyka nam smak poszukiwania, walki – sam w sobie. To nie jest tak, że jeśli nie ma tego spektakularnego zwycięstwa, to przegraliśmy. Uważam, że jeżeli mamy tę jedną z najpiękniejszych wskazówek, jaką jest „Szukajcie, a znajdziecie”, to nie jest wcale tak, że musimy znaleźć. Szukając możemy znaleźć po drodze ludzi, którzy szukają tego samego. I to już jest wspaniałe.

A.G.: Zapytałam o twoje dzieciństwo, nawiązując do bajek, bo pojawiła się taka opowieść o pięknej, zagranicznej lalce, którą podziwiałaś, lalce, którą noszono na podwórku. Kiedy miałam roczek, też od swojego taty dostałam taką lalkę – została kupiona w Ameryce. Lalka miała prawdziwe kręcone włosy i nazywała się „Kundzia”. Pamiętam, że cała okolica zazdrościła mi tej lalki. Powiedziałaś, że lalka, jaką ty podziwiałaś, była dla ciebie kwintesencją innego, lepszego świata. Czy zawsze chciałaś dążyć do jakiegoś innego, lepszego świata? Wiedziałaś, że on gdzieś jest i trzeba go szukać? Czy wręcz przeciwnie – rozumiałaś, że to, gdzie jesteś, jest wystarczające?

J.S.: Trudno powiedzieć. Chyba w dzieciństwie – dzisiaj to doceniam – miałam poczucie bezpieczeństwa, ale z drugiej strony – ogromną wyobraźnię. Właściwie wszystko mnie straszyło. Straszył mnie cień szafy, jakiś kąt na podwórku… To wszystko wywoływało jakieś najprzeróżniejsze skojarzenia, które, w wiadomy dla mnie sposób, są gdzieś w moich tekstach: jakieś ogromne marzenia, jakieś wyobrażenia, takie na przykład, że w przyszłości będę na przykład jakąś Brigitte Bardot albo Sophią Loren. Ty tego nie pamiętasz, ale robiło się taki klej z mąki ziemniaczanej i tym klejem przyklejało się zdjęcia gwiazd filmowych, zagranicznych, czyli z tego raju…

A.M.: A wiesz, co ja przyklejałam gumą arabską nad łóżkiem? Przyklejałam zdjęcia z filmu „Con amore”, wasze, aktorów, którzy tam grali. Bo się w was kochałam. To był jeden z najważniejszych filmów mojej wczesnej młodości. Ale wróćmy do tego, co jest treścią twojego życia. Praca aktorki polega na odkrywaniu w sobie emocji, analizowaniu ich. Co więcej – na głębokim utożsamianiu się z tymi emocjami w trakcie odtwarzania roli. Która z twoich ról była dla ciebie największym przełomem? Czy aktor może mówić o roli, która decyduje o przełomie?

J.S.: Może tak się stać w życiu aktora. Ja raczej mam sceny, które pamiętam jako przełomowe. Teraz gram w Teatrze Narodowy Arkadinę w „Mewie” Czechowa, ale kiedyś grałam w tej sztuce Ninę Zarieczną, czyli osobę pokolenie niżej, którą teraz w Narodowym gra fantastycznie Dominika Kluźniak. Ta ostatnia scena, kiedy Nina przychodzi po latach, jako osoba właściwie złamana przez życie, przegrana… Grając ją miałam poczucie pewnego natchnienia. To są takie chwile. Trudno mi oceniać, bo swojej roli zwykle się nie widzi. Widzi się telewizyjne, ale teatralnych – nie. Mam więc raczej wspomnienia impresyjne ze scen.

A.M.: Jednych sukces mobilizuje, u innych powoduje wycofanie. Ty jesteś osobą, którą sukces bardzo dużo kosztuje.

J.S.: Tak, powiedziałabym nawet, że jest to coś dziwnego. Zwykle po sukcesie nabieram szeregu wątpliwości.

A.M.: Powiedziałaś nawet, że się rozpadasz.

J.S.: Troszeczkę tak.

A.M.: Odczuwam to jako stan bycia ziemią do kwiatów, „zbieram się do worka” po dużych wydarzeniach, które przetaczają się przez życie. Mamy podobnie.

J.S.: Taki typ. Już to polubiłam. Tak musi być. Nie można zmieniać się na siłę. Sukces nie powoduje u mnie wyższego piętra w odczuwaniu emocji. Muszę się z nim wyciszyć.

A.M.: Z Joanną Szczepkowską rozmawiam o nowych otwarciach w życiu, o takich chwilach, kiedy możemy powiedzieć: „Będę żyła od początku”. Miałaś w życiu takie momenty, w których mówiłaś sobie: „Zaczynam wszystko od nowa”?

J.S.: Taką pierwszą chwilą w moim życiu była matura. To był moment, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że pewien koszmar się kończy. Nie będę tego ukrywała – szkoła to był dla mnie koszmar. Pamiętam, że wychodziłam ze szkoły ze świadectwem maturalnym i wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie będę musiała wkuwać, zdawać sprawy ze swojej wiedzy, z dziedzin, które mnie kompletnie nie interesują. Do dzisiaj pamiętam to uczucie wolności, z niczym nieporównywalne.

A.M. A kiedy urodziła się Marysia i Hania, twoje córki, mówiłaś: „Teraz zaczyna się nowe życie”?

J.S.: Nie mówiłam. Czułam to. Kiedy oczekiwałam dziecka, nie miałam żadnych metafizycznych stanów. Zupełnie nie… Obawiałam się, że skoro nie odczuwam niczego takiego, to może, kiedy urodzi się dziecko, też nic się nie zmieni, a może nawet, że jestem pozbawiona takich emocjonalnych macierzyńskich strun. Ale okazało się, że nie. Kiedy urodziło się dziecko, wszystkie proporcje mi się zmieniły. Naprawdę. Dostałam wtedy bardzo ważną propozycję filmową, która kompletnie mogła zmienić moje życie. I wiedziałam jedno: spędzę na tym planie trzydzieści, trzydzieści parę dni. I co? Nie będę przez ten czas widziała swojego dziecka, które miało wtedy dwa miesiące? Być może inne aktorki zareagowałyby inaczej i nie ma w tym nic złego. Natomiast ja wiedziałam, że biologicznie tego nie wytrzymam. Po prostu chciałam być z dzieckiem. Zresztą niedawno oglądałam program w telewizji, gdzie amerykańska dziennikarka mówiła o tym, że 11 września miała dylemat, czy być w studio telewizyjnym, czy z dziećmi.

A.M.: To jest – jak w „Antygonie” – wybór tragiczny. Tak źle i tak niedobrze.

J.S:. Właśnie. Zastanawiałam się nad tym, co ja bym zrobiła w takiej sytuacji. Ona wybrała telewizyjne studio, bo zdała sobie sprawę, że jest dziennikarką. Pytanie: kim jestem, bardziej matką czy dziennikarką.

A.M.: Takie wybory dla kobiet są nie do wytrzymania.

J.S.: Strasznie ciężkie. Wyobraź sobie ten 11 września, atak na Nowy Jork. I nagle kobieta musi zadać sobie takie pytanie.

A.M.: Myślę, że wiele kobiet nie musi odwoływać się do 11 września. Na co dzień mają takie dylematy.

J.S.: Tak, rozumiem. Ale w moim przypadku czas spowolnił w trakcie macierzyństwa, był skupiony tylko na dzieciach. Mimo że zawodowo trochę straciłam, wiem, że powtórzyłabym to w ten sam sposób.

A.M.: A lubisz upływ czasu? On ci sprzyja?

J.S.: Tak, naprawdę. Dojrzałość jest fantastycznym doznaniem. Pewien spokój… Przede wszystkim znajomość siebie. Wiem w tej chwili, na co mnie stać, a co jest tylko pewnym słomianym zapałem; kiedy muszę powiedzieć sobie: „stop”. Po prostu już to wiem. I to jest w życiu bardzo dobrym obszarem – dojrzałość.

A.M.: A czy zupełnie uczciwie, patrząc w lustro, możesz powiedzieć, że nie martwi cię to, że ten upływ czasu dotyka także naszej cielesności?

J.S.: Nie, dlatego, że ja to bardzo lubię. Nie wiem, na czym to polega. Nie należę do tych kobiet, które bardzo starają się zmienić to, co jest na twarzy związane z upływem czasu. Zupełnie mnie to nie interesuje, że jestem aktorką i w związku z tym powinnam coś więcej. Interesuje mnie, co na twarzy odbija się też jako czas. To nie znaczy, że nie lubię patrzyć na osoby, które pięknie dbają o siebie, żeby nie było widać tego śladu, ale strasznie też lubię kobiety, które godzą się z tym śladem. Uwielbiam ten typ kobiet. Nawet miałam takie zakusy, żeby już się na siwo zupełnie…

A.M.: Gdy jest się już starym człowiekiem, to można sobie pozwolić na ogromną frajdę nie zwracania na nic uwagi, Kiedyś rozmawiałam z moją siostrą o tym, że kiedy już będziemy stare, to, będziemy dużo jadły, prawdopodobnie, bez ograniczeń, będziemy zjadać czekoladę, nie będziemy musiały się malować. Po prostu będziemy wesołymi staruszkami.

J.S. Ale jacy starzy ludzie są piękni! Naprawdę są piękni!

A.M.: To dlaczego tak bardzo boimy się tej starości i dlaczego tak bardzo afirmujemy młodość? Tak naprawdę tylko młodzi ludzie mają „zielone światło”.

J.S.: Myślę, że to jest też sprawa tego, że nad nami wszystkimi dominują prawa rynku.

A.M.: To znaczy starość nie ma szans się sprzedać?

J.S.: Po prostu rynek nakręca nasze marzenia. To jest taka filozofia współczesnego czasu: zajmij się sobą, jak ty będziesz szczęśliwa, to otoczenie też będzie szczęśliwe, będziesz szczęśliwa, kiedy znajdziesz swój krem i tak dalej i tak dalej. To jest jednak bardzo rynkowe myślenie.

A.M.: Też polubiłam bardzo swoją dojrzałość. Teraz sama dla siebie czuję się fajniejszym człowiekiem i ładniejszą, atrakcyjniejszą kobietą. Nie wiem, jak to się stało, ale to, co było wcześniej, nie było dla mnie tak fajne. Ale chcę wrócić do tego, co widać na twarzy. Mój tata napisał: „Jeśli mało książek znasz, to ci wychodzi na twarz, gdy nie wiesz, kim był J.S. Bach, to ci to spłaszcza czółka dach”. I chyba dotyczy to również zgody na starość, bo starość jest też rodzajem książki, którą się zapisuje – doświadczenie, jakie owocuje starością.

J.S.: Te kobiety, które mnie na przykład fascynują i z jakimi chętnie się spotykam, to nie są te osoby bardzo widoczne. Natomiast są to osoby o ogromnej klasie ludzkiej, które przyjmują biologię życia z całą pokorą. Mało widać te kobiety, one nie dominują naszego obrazu świata. Ale ja oglądam się za takimi ludźmi, takimi, którzy są – pozornie – szarzy.

A.M.: Jestem załamana tym, że musimy kończyć naszą rozmowę, ponieważ czuję, że mogłybyśmy przegadać jeszcze wiele, wiele godzin. Tyle jest tematów, które chciałabym z tobą poruszyć. Na koniec chcę zacytować fragment piosenki mojego ojca, która bardzo pasuje mi do twojego życia: „Bo chociaż jest niejeden szlak, po którym trudniej iść, lecz idąc tak nie musisz brnąć w pochlebstwa dym i karku giąć przed byle kim – rozważ tę myśl, a potem idź, idź własną drogą”. I za tę własną drogę Joanny Szczepkowskiej bardzo dziękuję.

J.S.: Dziękuję, bardzo dziękuję.

Poprzedni artykułKolejny artykuł

Więcej w Ona rozmawia
ona_rozmawia_icon
Ona już rozmawia

Czy to dobrze chodzić swoimi drogami? W imię czego warto odrzucać intratne propozycje? Jaki impuls kazał Joannie Szczepkowskiej wypowiedzieć słynne...

Zamknij