Witajcie One znane mi dobrze i nieznane, które może zahaczą o ten wątek... od listopada w założonym przeze mnie wątku "Beznadzieja" wrzucałam moje kartki z podróży... ponieważ wątek przekroczył już 100 stron i jest wspaniałym miejscem do rozmów na wszelkie tematy bliskie nam kobietom, parokrotnie padała sugestia, żeby umieścić te kartki w jednym miejscu, aby ułatwić do nich dostęp tym, które np. chciałyby jeszcze raz do nich wrócić... Co niniejszym, Teofilo, czynię...
Nie jest to literatura przez duże L, a jedynie takie moje luźne zapiski-wspomnienia z Paryża, Barcelony, Krety, Madery i Lizbony.... może coś jeszcze napiszę... może nie...czas pokaże..
A więc Teofilo, Dorinko, Aniu27, Martusiu, Violko200, Kropeczko, Elaine, Izabelas, Turleno i wszystkie One, których nie wymieniłam bo lista jest dłuuuuuga jest niedziela, 6 stycznia, godzina 20:42. Otwieramy butelkę dobrego szampana i świętujemy Wasz nowy wątek... bo to Wy zmusiłyście mnie Waszymi ciepłymi słowami do jego otwarcia...
Wątek BezNadziejnie literacki...
(734 wpisy) (35 głosów)-
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry
-
Zaczynamy cykl od Paryża:
PARYŻ - I
Pola Elizejskie... Avenue des Champs-Elysees... niekończąca się masa ludzi, różnokolorowy tłum przepływający obok... Czujesz się wtopiona, zrośnięta z nim. a przez to anonimowa. Nikt nie zwraca na ciebie uwagi, nikt nie pokazuje palcem, nikt nie ocenia... Barwne wystawy drogich sklepów i butików, plakaty przy wejściach do nocnych lokali i znanych kabaretów.. Sznur samochodów zdążających w kierunku Łuku Triumfalnego i w drugą stronę do Placu de la Concorde. Gwarne knajpki na chodniku, czerwone markizy, stoliki, parasole...
Dalsza droga prowadzi wzdłuż szpaleru wysokich drzew, których przycięte równo prostopadłościenne korony, przypominają lody na patyku... Po prawej pomnik de Gaulle'a,a obok Grand Palais i Petit Palais.
I oto otwiera się panorama placu de la Concorde. Po prawej błyszcząca w słońcu złotymi refleksami kopuła Pałacu Inwalidów. Na wprost wejście do ogrodów Tuileries. Dwie olbrzymie fontanny wyrzucają w górę wodną mgłę. Na środku wznosi się dumnie sterczący w niebo obelisk. Z tyłu długa prosta linia arterii, której oś wyznaczają Łuk Triumfalny i Łuk La Defense.
Idziesz wzdłuż lewego brzegu ogrodów i skręcasz poprzez Rue de Castiglione w Plac Vendome. Wokół jak kamienie ułożone w drogocennej kolii na szyi pięĸnej kobiety wystawy sklepów najdroższych jubilerów świata. Rząd limuzyn z przyciemnionymi szybami przed Hotelem Ritz. Dyskretny urok bogactwa i elegancji. Wracasz wolnym krokiem do biegnącej wzdłuż ogrodów Tuileries Rue de Rivoli i zdążasz nią przed siebie mijając majestatyczną sylwetkę Luwru. Wydająca się nie mieć końca gigantyczna fasada największego muzeum świata. Na Rue de Rivoli pod podcieniami galerie antyków, rzeżby, meble, obrazy... Patyna mijających stuleci, senne wnętrza, zamyśleni marszandzi..
Skręcasz w Boulevard de Sabastopol i powoli docierasz do Centre Georges Pompidou.Budynek jak z innej planety, wyglądający jakby ktoś wypatroszył wielki gmach i zostawił nagi szkielet obrośnięty rurami, rusztowaniami i siecią kabli. szpetny jakby z innej bajki, a przecież wpasował się w krajobraz Paryża i stał się miejscem wycieczek turystów. Na placu przed Centrum wre popołudniowe życie miasta: iluzjoniści, uliczni grajkowie, artyści ze swoimi szkicownikami, ludzie śpiący na ciepłym rozgrzanym bruku, całujące się pary, znajomi dyskutujący o wszystkim i o niczym...
Potem Rue Berger wolnym krokiem idziesz do Les Halles. Przy Fontannie Niewiniątek ćwiczą rolkarz, gołębie pluszczą się na kaskadowych stopniach..
Ogrody Hal - to oplecione zielenią pergole, morze różnokolorowych kwiatów, szum drzew, po niebie wolno płyną białe obłoki... W rogu złota karuzela jak zabawka na wieczku pozytywki, obraca się z wolna przy dźwiękach muzyki. Na trawnikach przed kościołem Św.Eustachego pełno ludzi - zakochane pary, psy, dzieci, starsi ludzie, odpoczywają, jedzą, śmieją się całują, przytulają, śpią... Czas poobiedniej sjesty, życie płynie leniwie, sennie, spokojnie, bez pośpiechu...Takie leniuchowanie na trawie jest cudowne... leżysz na plecach i patrzysz w niebo...problemy nagle znikają, pęd codzienności jakby cię nie dotyczył
Nadchodzi z wolna pora zmierzchu... I znowu spacer tym razem w stronę Palais Royal. Obok niewielka knajpka, siadasz jak wszyscy przy stoliku wystawionym frontem do ulicy i oparta plecami o ścianę przyglądasz się jak bije serce Paryża. Mijają cię ludzie różnych ras i kolorów skóry, samochody, skutery... Jesz słynne francuskie naleśniki, pijesz wino lub wodę mineralną i wszystkimi porami skóry chłoniesz ten niepowtarzalny klimat miasta, jego czar, któremu ulegasz od pierwszej chwili i który zapamiętasz do końca życia...
Idziesz potem małymi uliczkami do Avenue du Lemonnier, oddzielającej Luwr od Ogrodów Tuileries i schodzisz w dół na bulwary nad Sekwaną. Zachodzące słońce złocistą poświatą znaczy drogę na powierzchni wody...Siadasz na ławce naprzeciwko Musee d'Orsay... Po rzece przepływają statki wycieczkowe, fale biją o brzeg, pachnie Sekwana... Miękki koloryt zmierzchu zabarwia ciepło fasady budynków, dachy kamienic, wieże kościołów.. Idziesz wolnym krokiem, aż do wysokości Avenue Franklin D.Roosevelt... Na rzece cumują prywatne łodzie i barki...Na pokładach małę ogródki pełne kwiatów, wiklinowe lub drewniane stoliki i krzesła, pora kolacji...Na obrusach butelka wina, ser, bagietki, owoce morza, delikatne ciasta, szkło kieliszków i szklanek rzuca świetlne refleksy...
Słońce chowa się za horyzontem, delikatny mrok wnika w uliczki, pomiędzy kamienice i parki.. Idziesz z powrotem do Pól Elizejskich, oglądasz piękne małe pałacyki ukryte w zaułkach, podziwiasz portale, fasady, ogrody... I znowu pęd i gwar Champs-Elysees...reflektory samochodów wyznaczają świetlne linie w szarości nadchodzącej nocy...zapalają się neony, wystawy, lampiony w ulicznych knajpkach... Życie wre wokoło... Przy wszystkich stolikach gwarno, kolorowo, Pachną egzotyczne potrawy, czuć aromat owoców, musuje szampan, płynie czerwone i białe wino...Paryż nie zasypia do rana...
Wracasz powoli do hotelu i przez otwarte okno wsłuchujesz się w puls wielkiej metropolii... a rano zacznie się kolejny dzieńPARYŻ – II
Z wolna budzi się nowy paryski dzień... Miasto staje się coraz hałaśliwsze, słychać ryk motorów, szum przejeżdżających samochodów, pomruk przelatujących samolotów i narastający gwar spieszących ulicami ludzi...
Znów Pola Elizejskie, aorta miasta, prowadzą cię do Placu de la Concorde i na bulwary – leniwy spacer w ciepły letni poranek...Dochodzisz do Ile de la Cite...
I nagle pojawia się ona... Katedra Notre Dame..Jej przysadzista, dwuwieżowa sylwetka odcina się od błękitu nieba... W trzech portalach stoją w sennej zadumie kamienne postaci, ponadczasowe, niezmienne, nieczułe wobec przemijających stuleci... Ileż wieków widziały, ile dziejowych burz, czasów świetności i klęski... Na placu przed katedrą tłum turystów...Wszędzie stada gołębi i wróbli, ufne podchodzą blisko do nóg, przysiadają na ramionach, na głowach...
Stajesz w długim potoku ludzi zdążających do wnętrza Królowej Katedr... Mija kilkanaście minut i oto z zalanego światłem słońca placu wchodzisz w chłodny mrok... Strzeliste, smukłe nawy, elegancja kamiennych detali, cisza, zapach ciepłego wosku... Na okrągłych stojakach palą się setki maleńkich świec – każda z nich to czyjaś modlitwa, prośba, pragnienie, nadzieje zaklęte w płomyku drżącym i migotliwym... zapalasz swoją, ustawiasz ją ostrożnie i w ciszy swych myśli wypowiadasz życzenie... Długo patrzysz jak płonie jasnym światłem i ufasz, że tym razem się spełni... Idziesz dalej wraz z morzem ludzi, mijasz kaplice bocznych naw...
Dochodzisz do transeptu i wtedy widzisz je... dwie bliźniacze rozety o prawie 10-metrowej średnicy płoną ogniem witraży w ciemnościach katedry... Piękne jak gigantyczny kalejdoskop, zawieszone pod sklepieniem, wielobarwne, cudowne...Za tobą w fasadzie głównej trzecia rozeta – wielkie oko Notre Dame, jej blask odurza, budzi podziw dla kunsztu twórców... Wolno obchodzisz prezbiterium chłonąc kamienne pięĸno, spokój stuleci, zapach wieków... Chciałoby się usiąść i zadumać nad sobą, nad losem ludzi, nad marnością wszechrzeczy... Ale morze ludzkie prowadzi cię na zewnątrz...wychodzisz w ciepło i blask słońca...
Mijasz katedrę rozpiętą na ciele wyspy ramionami swych przypór i dziesiątkami gargulców i przez most na Sekwanie przechodzisz na przeciwległy bulwar...
Tu bukiniści mają swój mały świat pełen starych fotografii, grafik, książek...
Rozleniwiona pięknym letnim dniem schodzisz na przystań i na statku-restauracji wolno pijesz mocną czarną kawę. Wiatr znad rzeki owiewa delikatnie twarz, przepływające obok barki wprawiają statek w delikatne kołysanie... Nikt się nie spieszy, znów leniwe senne przedpołudnie...
Godziny mijają ci na wędrówce małymi zaułkami o wąskich chodnikach wśród wysokich kamienic pokrytych okiennicami... Tu piękny portal, tam wabi cię i zaprasza do wejścia śliczne podwórko pełne kwiatów, czarodziejski ogród w sercu miasta... Tu znowu uliczka pełne maleńkich uroczych sklepików, w których kupisz tyle pięknych i do niczego nie przydatnych rzeczy... Wszędzie knajpki, kafejki, brasserie...
Avenue de New York dochodzisz do placu Trocadero... Place de Varsovie...most d'Iena... i stajesz u stóp żelaznego kolosa wspartego na czterech potężnych łapach... Tuor Eiffel – Wieża Eiffla... wyznacza początek osi Pól Marsowych, zamknięta w obramieniu ulic: Quai Branly, Avenue de Eiffel, Avenue de Suffren i Avenue de La Bourdonnais. Nad tobą wznosi się stalowy, gigant, ogromny, a jednak jakże delikatny, koronkowy, pięĸny... Zadzierasz wysoko głowę, żeby dojrzeć jej szczyt, który na wysokości 300 metrów wbija się w wieczorne niebo...
Kolejka do wind dłuży się w nieskończoność...językowa wieża Babel...pielgrzymi na tarasy wieży.. Wreszcie wsiadasz do pierwszej z wind... Pierwszy postój i zarazem przesiadka do kolejnej windy... Z wysokości 115 metrów patrzysz na miasto u stóp... Wieje lodowaty wiatr, wciska się w każdą szczelinę, dygoczesz z zimna wraz z dziesiątkami ludzi czekającymi w wijącej się jak wielki wąż kolejce...Pomału wydaje ci się, że już nigdy nie wyrwiesz się z tego zimnego i pełnego wycia wiatru miejsca...
Ale nareszcie odrobina ciepła...druga winda wywozi cię na taras na wysokości 274 metrów, Pod nogami Paryż, nad głową niebo... Widzisz w dole niekończące się morze kamienic, placów, ulic...Jednolite kolorytem, dostojne, szlachetne, potężne.. Szeroką, szarą wstęgą wije się Sekwana, na niej jak drogocenne brosze przysiadły jasno oświetlone statki i barki...
Zjeżdżasz na dolny taras, a stamtąd dziesiątkami schodów idziesz w dół... Schody wydają się nie mieć końca, zakręcają wciąż i wciąż, aż wreszcie ziemia... stoisz znów u stóp niekwestionowanej Królowej Paryża...
Przez most d'Iena wchodzisz na plac Trocadero... tu z tarasów tłum w zachwycie podziwia strzelistą sylwetkę wieży... Na ażurze stali zapalają się wieczorne światła... wieża migoce na tle nocnego nieba jak świąteczna choinka... Kaskady światła zdają się spływać w dół...
Zapada mrok.. Avenue Kleber idziesz w stronę Łuku... Ulica jest cicha i spokojna, pogrążona w półśnie... Mijasz zaparkowane w zatoczkach luksusowe samochody – rollsy, Austin Martiny, ferrari, porsche... Symbole bogactwa i snobizmu...
Dochodzisz do placu de Gaulle'a... na szczycie łuku grupka turystów ogląda z zachwytem nocną panoramę Pól Elizejskich...
I już Bulwar Haussmanna i niewielki hotelik...Skończył się kolejny paryski dzień...PARYŻ III
Budzi cię świt... Niebo zasnuwają siwoszare chmury, wieje wiatr.. Po porannej kawie dziś kolej na La Defense... wyspa nowoczesności wśród paryskiej architektury...awangardowe bryły budynków, gładkie tafle wieżowców i na tle nieba gigantyczny Grand Arche...stojący idealnie na osi Łuku Triumfalnego... na schodach przysiadło stadko gołębi, przytulone do siebie chronią się przed wiatrem...
Jak w olbrzymiej beczce śmiechu drapacze chmur odbijają nawzajem w swoich lustrzanych ścianach wykrzywione, karykaturalne kształty...
Deszcz wygania cię pod ziemię, do centrum handlowego.. W jego wielopiętrowych trzewiach można przetrwać niepogodę...
Wreszcie przez szklany dach wpadają promienie słońca... Wraz z nim wraca ciepła, letnia pogoda... Wsiadasz do metra i kilometrami podziemnych tuneli wędrujesz na przeciwległy koniec miasta – Cmentarz Pere Lachaise... Ta ponad 44 hektarowa nekropolia urzeka swym pięknem... W cieniu starych drzew, w wąskich zaułkach alejek prawie półtora miliona grobów... potrzaskane kolumny, zadumane anioły, wieczne kwiaty z emalii, uchylone drzwiczki nagrobnych kapliczek... Cisza śmierci i zapomnienia, memento mori i nieubłaganie mijający czas... Iluż wielkich z minionych wieków znalazło tu schronienie: Oscar Wilde, Marcel Proust, Honore de Balzac, Molier i wreszcie nasz Fryderyk Chopin... na białym marmurowym pomniku u stóp anioła samotna czerwona róża...jakby krew znaczyła plamą nieskalaną biel marmuru... Polska wyspa w morzu mogił...
Taka wędrówka uświadamia ci przemijanie czasu i kruchość ludzkiego życia i znów – jak zawsze – obiecujesz sobie, że tym razem nie zranisz nikogo, będziesz czuła, kochająca, bo czasu jest tak mało, a rzeka naszego losu pędzi przed siebie...
I znów powrót do podziemnego świata metra... Przed tobą nowy cel podróży – Montmartre...pnące się ku górze strome wąskie uliczki, białe ściany domów – dawna dzielnica artystów...tymi zaułkami chodzili Picasso, Utrillo, Renoir, Braque i tylu innych...dzisiaj ich śladami wędrują tłumy turystów...
Plac du Tertre... Niewielki, kwadratowy, pełen sztalug, portrecistów, akwarelistów...Wokół przytulone do ścian knajpki zapraszają do kontemplowania uroku wzgórza bohemy, góry paryskiej cyganerii...
Na szczycie białą jak śnieg bazylika Sacre Coeur...majestatyczna, górująca nad miastem, wyniosła... Wnętrze pełne złotych mozaik, kamienne, ciche, przesycone zapachem świec... Wychodzisz i stajesz jak urzeczona – przed tobą rozciąga się bezkresny ocean Paryża, rozlewający się jasną falą aż do linii horyzontu... Jak wyspy wyrastają z niego wieże kościołów, wieżowce i centrum Pompidou... masz wrażenie, że schodząc z góry zanurzysz swe stopy w chłód kamiennych fal...
Wzmaga się zimny wiatr, zaczyna padać deszcz... od czasu do czasu prześwituje słońce...wdychasz aromat aury minionych czasów... nasłuchujesz szeptów sprzed wieków...
Potem wolno w dół prowadzą cię strome uliczki do głównej arterii Montmartru - Bulwaru de Rochechouart, który płynnie przechodzi w bulwar de Clichy... I oto słynny Plac Pigalle, wygląda tak niepozornie, nijako, szary, brudny.. Moulin Rouge... Rozjarzony czerwony wiatrak, symbol rozpustnego Paryża...
I dziesiątki sex-shopów, małych, tandetnych, z byle jaki gadżetami, wyglądających jak odpustowe kramy...
Jeszcze krótka wizyta w muzeum erotyki, nużącym swoją monotematyczną kolekcją zmuszającą do zaliczenia pięciu pięter ekspozycji...
Nic jakoś nie rozpaliło zmysłów, nie wznieciło pożądania, gdzie ta fala podniecenia... czyżby sława tego miejsca dawno już przebrzmiała?
Kuląc się z zimna idziesz w zapadającym mroku w stronę hotelu, którego przyjazne, ciepłe wnętrze udzieli schronienia przed chłodem...PARYŻ IV
Dziś drugi brzeg Sekwany... Przez most Aleksandra przechodzi w stronę Pałacu Inwalidów... zimny wiatr dmucha w plecy, zacina deszcz... pogoda wydaje się taka nieprzyjazna...
Kamienny czworobok zamyka cię w swoim kręgu... Idziesz zgodnie z obowiązującym rytuałem zwiedzania... Muzeum Armii.... wydające się nie mieć końca gabloty pełne wojennych akcesoriów sprzed wieków... Zbroje, hełmy, zakute w stal konie, szable, miecze, pistolety, armatnie kule, działa, lawety... Blask wypolerowanego metalu, macicy perłowej, drogocennego drewna... Dziesiątki, setki rekwizytów teatru wojny, w którym zawsze trwał sezon... Zaczyna cię w końcu nużyć monotematyczność wystawy...
Wychodzisz na światło dzienne wprost pod ciemne, sine chmury, które pędzi nieubłagany lodowaty wiatr...
Kierujesz się tam, gdzie tylu przed tobą pielgrzymowało w hołdzie Cesarzowi... Barokowy kościół Inwalidów, a w nim pod złotą kopułą grób Napoleona... Pod wyniosłym sklepieniem, w dole wielki, monolityczny wręcz, marmurowy sarkofag... Wygląda trochę obco pośród bogatych detali wnętrza świątyni... wydaje się taki ciężki i zwalisty... Wokół niego pod podcieniami historia bitew Korsykanina.. kolejne świadectwo przemijania wielkich tego świata, kruchości ich potęgi, ulotności wpływów i podbojów...prawie każdego z nas spotyka czasem jego własne Waterloo, jego Św. Helena...
Opuszczasz militarny klimat Pałacu Inwalidów i małymi uliczkami dochodzisz do bulwaru du Montparnasse... a stamtąd już tylko dwa kroki i otwiera się przed tobą Jardin du Luxemburg... Wokół wielkiego stawu przed Pałacem Luksemburskim płynie leniwe życie... donice z palmami, kwiaty, ławki jak na nadmorskim deptaku... odpoczywający ludzie, rozmawiają, czytają gazety, spacerują... jakby nie przeszkadzał im lodowaty wiatr, który zdaje się nie mieć litości...Siadasz za kurtyną muru i przez moment wydaje ci się, że jesteś gdzieś na francuskiej Riwierze.. opierasz nogi na drewnianym krzesełku i poddajesz się urokowi tego miejsca...
A potem znów przed siebie.. dochodzisz do mostu Św. Michała i dalej na plac przed katedrą Notre Dame... w oczekiwaniu na wieczorny koncert organowy w katedrze błąkasz się zaułkami Ile de la Cite... jest coraz zimniej, sine chmury zakryły niebo...Wszędzie maleńkie sklepiki pełne pamiątek dla turystów – kiczowate, tandetne morze bezguścia... Wieża Eiffla na breloczkach, kubkach, koszulkach, w szklanych kulach z padającym wiecznym śniegiem, jako długopis, szkatułka, przycisk do papieru, złote, srebrne, świecące małymi diodami... Nie można być w Paryżu i nie kupić sobie miniaturki wieży...a pomyśleć, że kiedy powstała wyklinano ją, protestowano przeciw jej brzydocie szpecącej miasto. Nazywano wrzodem na ciele Paryża... czas robi jednak swoje... teraz jest przedmiotem dumy narodowej, symbolem miasta, jego towarem eksportowym, gadżetem dla turystów...
Nadchodzi czas koncertu...W ciemnym, ciepłym wnętrzu pomału gromadzą się ludzie...cichną rozmowy, błyskają flesze...I dźwięk organów jak potężna fala rozlewa się po kamiennym ciele katedry... Kaskady tonów zdają się unosić nad głowami... zagarnia cię moc i potęga muzyki... przenosi do innego wymiaru, wycisza, wydaje ci się, że możesz dotknąć dźwięków... siedzisz otulona pięknem, zasłuchana, zadumana... nawet nie wiesz, kiedy upłynęły prawie dwie godziny... koncert się skończył, wokół przejmująca cisza, kamienny kolos zasypia w mroku... Wychodzi na zewnątrz, uderza cię siła i chłód nocnej wichury... ciemny plac, naznaczony kroplami deszczu, pusty i cichy.... Jeszcze tylko metro i znów zanurzysz się w ciepłym, przytulnym pokoju hotelowym z dala od wiatru i zimna...PARYŻ V
Wydaje się, że pogoda ma znowu zły humor...zimny wiatr, czarne chmury, co chwilę pada deszcz... Rozpoczynasz pierwszy punkt ceremonii – croissant na rogu w kafejce i małe podwójne espresso... Leniwie sączysz kawę, zegarek jest nieważny, czas mija spokojnie, powoli, jakby w zwolnionym tempie...
Potem idziesz w kierunku Opery...Zbaczasz z głównej drogi, bo co chwilę wabi cię jakiś zaułek, pnąca się tajemniczo w górę uliczka, wystawy maleńkich sklepików, stragany pełne owoców.. Raz skręcasz w prawo, potem w lewo, wracasz, idziesz naprzód, czasem chodzisz w kółko... wdychasz atmosferę Paryża, jego niepowtarzalny urok już dawno cię zniewolił... masz wrażenie, że jesteś tu od zawsze, dni, tygodnie, miesiące...
Po trzech godzinach deszcz zapędza cię do wielkiego domu towarowego Printemps... pod secesyjną, szklaną kopułą jak w galerii Lafayette rozsiadł się wygodnie świat mody... Butiki znanych projektantów, pachnący targ próżności: perfumy, wody toaletowe, olejki, balsamy... Sklep z winami, gdzie skromne butelki konkurują z trunkami po 5 tysięcy euro... lady cukierni, gdzie bajecznie kolorowe ciastka wyglądają jak miniaturowe dzieła sztuki... Schodami w górę i w dół wędruje niestrudzenie rzeka ludzi...
Deszcz zapomniał na chwilę o Paryżu, wychodzisz więc na bulwar Haussmanna i powoli docierasz do gmachu Opery... Jego ozdobna elegancja zachwyca i przytłacza... wygląda jak wielka bombonierka, która rozsiadła się wygodnie wypełniając sobą cały plac... po stopniach schodów wchodzisz do wnętrza tego największego teatru muzycznego Europy...
I stajesz w miejscu oczarowana bogactwem form i kształtów, grą świateł, feerią barw... jakby nagle czarodziejska różdżka przeniosła cię na bal do pałacu księcia... kominki, lśniąca tafla posadzki, kandelabry, kryształowe żyrandole, blask złota, bogato zdobione kapitele i trzony kolumn, plafony, rzeźby, draperie... Wielkie lustro, które zdaje się odbijać korowód par w strojach z epoki... jakby wokół przemykały duchy z tamtych lat...
I wreszcie serce budynku – scena i widownia – wielka podkowa eleganckich lóż, obitych czerwonym miękkim aksamitem krzeseł.. przepych ornamentów skąpanych w złocie, które obrosły każdy wolny fragment architektury... Ponad głowami króluje plafon Chagalla... charakterystyczne dla niego formy i kolory wydają się być w tej sali jedynym obcym akcentem... jakby dziecko namalowało swoją wizję świata...
Na placu przed Operą łapiesz z zachwytem promienie słońca... wyszło na krótką chwilę przeganiane kłębami czarnych chmur...
Wolnym spacerowym krokiem ruszasz przez Avenue de l'Opera w kierunku Rue de Rivoli i Luwru i poprzez plac du Carrousel na dziedziniec, gdzie światło słońca odbija się w szklanych piramidach... Luwr – muzeum moloch, w którego wnętrzach zgromadzono setki, tysiące, miliony arcydzieł... kilometry korytarzy, sal, płócien, rzeźb... odpuszczasz sobie zwiedzanie, bo masz dosyć tłumów i presji zachwytu nad czymś, co nie wywołuje w twej duszy żadnego wzruszenia, podziwu, nie zmusza do refleksji... muzeum powinno się zwiedzać nocą, w towarzystwie kilku osób, w ciszy... nie zaliczać kolejnych dzieł, a jedynie odwiedzić te, które same przywołują cię do siebie barwą, kompozycją, nastrojem...
Kładziesz się na szerokim kamiennym obramieniu fontanny... jej płaską taflę pokrywają jak kolorowe, drobne klejnoty kaczki, które ufne i bez strachu podpływają do ciebie, delikatnie dotykając dziobem twojej reki... jedne śpią smacznie z głową zanurzoną pod skrzydło wiosłując jedną pomarańczową nogą jakby od niechcenia, inne pluszczą się wesoło i z wdziękiem...co się z nimi dzieje, gdy zapada zmrok... odlatują nad Sekwanę czy jako strażniczki Luwru pełnią wartę do świtu...
Czujesz na dłoni chłód krystalicznie czystej wody, ponad głową pędzą gnane wiatrem obłoki, wiatr owiewa ci twarz... gdzieś daleko został gwar miasta, pęd samochodów, obowiązki, kalendarz spraw do załatwienia... ciało odzyskuje spokój, dusza przeciąga się leniwie i rozkosznie, serce bije równo i miarowo....
Powoli nadciąga wieczór... idziesz bulwarem nad Sekwaną w kierunku ratusza – Hotel de Ville... gigantyczny neorenesansowy gmach obmywają wieczorne cienie... powoli światło reflektorów wydobywa z mroku zdobiące wielką płaszczyznę fasady rzeźby, kartusze, kolumny, portale, okna, gzymsy, zwieńczenia wież... wprawia w ruch zastygłe w kamieniu postacie opowiadające o mijających wiekach, losach tego miasta i kraju... stoisz na placu przed ratuszem... chwila zadumy nad wirtuozerią budowniczych, ich kunsztem i precyzją...
Jeszcze tylko stacja metra, pęd podziemnego pociągu i wysiadasz przy Łuku Triumfalnym... Ostatni rzut oka na tętniące życiem, pełne światła Pola Elizejskie... a potem cichy hotelowy pokój i oczekiwanie na kolejny dzień...
Z niedowierzaniem wyglądasz na świat skąpany w promieniach słońca... niebieskie niebo, kilka białych obłoków, ciepły łagodny wiatr... natura wydaje się dzisiaj być łaskawa...
Jak co dzień espresso z croissantem rozpoczyna twój paryski poranek... a potem wyruszasz na szlak... Pola Elizejskie, Avenue W. Churchill, most Aleksandra … znad potężnych brązowych pleców jednej z postaci zdobiących kamienne przęsła rysuje się panorama miasta, której oś wyznacza wieża Eiffla... Potem Quai Anatole France i Musee d'Orsay..
Budynek starego dworca piękny jak bajkowy pałac... Jedyny dawny dworzec w samym sercu Paryża, ogromny 16-peronowy... zamknięta szklano-metalowym sklepieniem, długa na 135 metrów hala, w której zastygły czas odmierzają wielkie złote zegary... na długich sznurach wiszą lampy wyglądające jak drogocenne kolczyki z pereł ujętych w obramienie diamentów...a wokół na kamiennej posadzce, na galeriach dziesiątki rzeźb... morze skamieniałych ciał, zaklętych w marmurze, brązie, glinie... Potężne, groźne i majestatyczne „Wrota Piekieł” Augusta Rodina...
Jakże przy nich małe, wręcz niepozorne, ale poruszające w twoim sercu i duszy czuła strunę, rzeźby Camille Claudel, jego muzy, kochanki, przyjaciółki, genialnej rzeźbiarki, pełnej namiętności i pasji... Kiedy ofiarowała mu swój „Tryptyk” napisała: „należy do Ciebie..wszak włożyłam weń całą swoją siłę, by w zamian otrzymać pustkę. To mój los, moje życie, ten tryptyk to ja pod trzema postaciami. Ten mężczyzna to ja /czy jak wolisz ty to ja/. Ta dziewczyna to moja młodość, którą mi zabrałeś. Ta starucha to przyszłość, której nie chcesz ze mną dzielić. Moja starość samotna. Mam dwadzieścia parę lat. Tyleż rzeźb na koncie, bose stopy i ręce które krwawią. Nic poza tym. Nie stać mnie nawet już na modelkę, wynajmuję więc siebie. Płacę za to sobą. Dedykuję ci tryptyk, nazwij go jak zechcesz. Trzy razy Camille lub Trzy razy nikt”.. Zadał Jej tyle bólu, wyniosły dumny artysta, zamknięty w swoim strachu i egoizmie... straciła dla niego tak wiele, umarła w zapomnieniu, anonimowa stara kobieta w zakładzie dla obłąkanych...
Powoli wracasz do świata żywych i idziesz dalej... Na tarasach i półpiętrach rysunki, grafiki, sztuka użytkowa, fotografia... Fowizm, kubizm, postimpresjonizm, akademizm, nabizm... Van Gogh, Delacroix, Courbet, Ingres, Gauguin, Toulouse-Lautrec, Celnik Rousseau...
Na jednym z pięter królestwo impresjonistów... Świat utkany z kolorów i ze światła... portrety, pejzaże, martwe natury... Renoir, Manet, Monet, Degas, Cezanne, Pissarro, Sisley... Delikatny koloryt obrazów, ciepło barw, nastrój zaklętej na płótnie ulotnej chwili... nenufary, tancerki, primabaleriny, śniadanie na trawie, katedra w Rouen, czerwone maki pod biało-błękitnym niebem...
Za oknami d'Orsay szaro-zielona wstęga Sekwany, skrzącej się milionami brylantowych refleksów w przedpołudniowym słońcu... W dali, jak biała samotna wyspa wyrastająca z oceanu miasta, potężna sylwetka bazyliki Sacre Coeur...
Opuszczasz dworzec-muzeum i na Ile de la Cite przysiadasz na kamiennej ławce nad rzeką.. zimne piwo, francuski ser, ciepło słońca, zapach wody... zamykasz oczy i oddajesz się rozkoszy zmysłów... mogłabyś tak siedzieć godzinami, ale paryski szlak wzywa cię z powrotem...
Conciergerie – przedsionek gilotyny... Potężny gmach pierwotnego pałacu Kapetyngów kładzie na Sekwanie swój czarny cień... Z szarego cielska wyrastają cztery wieże, cztery Lunettes – Bonbec, Zegarowa, Cezara i Srebrna... Tylu spędziło tu lata, miesiące, dni czekając na wyrok, tylu zabrała gilotyna, katowski topór.. Królowa Maria Antonina, przywódcy Rewolucji – Danton, Robespierre... Ile rzeczy widziały te mury, ilu były niemym świadkiem...
Parę kroków dalej cudowny klejnot gotyku – kaplica Saint-Chapelle... Wąskimi krętymi schodami wychodzisz na piętro... i ten widok za każdym razem tak samo porywa, zniewala, oszałamia... To tu modlili się władcy, tu powierzali swe prośby i wyznawali swą wiarę... Kaplica zdaje się unosić w powietrzu, niewiarygodnie lekka, wręcz niematerialna... Otacza cię płonące szkło strzelistych witraży, nieziemska mozaika barw, rozsiewająca wokół tajemne światło... w obliczu tego zaklętego w kolorowym szkle piękna cichnie ludzki gwar, zamierają rozmowy... siedzisz jak inni zadumana, zachwycona, zdjęta podziwem nad wirtuozerią budowniczych...Saint-Chapelle wydaje się taka delikatna, jakby najmniejszy podmuch wiatru mógł obrócić w niwecz jej ponadczasowy majestat...Już prawie osiem wieków, jak bezcenny diament wpięty w kolię Ile de la Cite, zdobi to niezwykłe miasto...
Idziesz dalej do bulwaru de Sebastopol i jak przed kilkoma dniami kierujesz swe kroki w stronę Hall... Gotycko-renesansowy kościół Św. Eustachego... puste, surowe kamienne wnętrze.... trwa remont, kilkoro ludzi w milczeniu zwiedza świątynię... wydaje się zapomniana, opuszczona, cicha i spokojna, jakże inna od pełnej życia Notre Dame... Przed kościołem kamienna głowa z ręką przyłożoną do ucha nasłuchuje jak bije serce Paryża, jak mija czas, przychodzą i odchodzą kolejne pory roku...
Kładziesz się na trawie grzejąc się w ciepłych promieniach słońca... kanapka, ciastka, sok, czekoladowe mleko... pora sjesty, wolno zamykasz oczy i poddajesz się urokowi chwili... wokół jak zawsze ludzki tłum... prawie same zakochane pary, ale w końcu to przecież Miasto Miłości... żeby naprawdę zrozumieć Paryż trzeba tu być z kimś kogo się kocha... wspólne spacery za rękę, przytulone ciała, pocałunki, marzenia, plany...
Nadchodzi zmierzch... Powoli docierasz nad Sekwanę, na której zachodzące słońce wyznacza swoją świetlistą drogę.. Pora na rejs statkiem wycieczkowym... wyruszasz do wieży Eiffla... Wzdłuż brzegu po prawej: Hotel de Ville, Luwr, Tuileries, plac de la Concorde, Petit Palais, Grand Palais, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Jardin du Trocadero... Po lewej Conciergerie, Instytut Francuski, Ecole des Beaux Arts, Musee d'Orsay, Assemblee Nationale, Esplanada Inwalidów... Statek wolno przemierza swój szlak przepływając pod kolejnymi mostami: Pont Neuf, Pont des Arts, Pont du Carrousel, Pont Royal, Pont Passerelle, Pont de la Concorde, Pont Alexandre III, Pont des Invalides, Pont de l'Alma i wreszcie Pont d'Iena...
Ciepły blask wieczornego słońca oświetla ażurową stalową konstrukcję... Stajesz pomiędzy czterema podporami wieży... chciałabyś położyć się pod jej brzuchem i patrzeć w górę, jak patrzy się w korony drzew... na tarasach widać maleńkie sylwetki ludzkie, jak wytrwałe mrówki oblegają dzieło Eiffla...
Jeszcze krótki spacer po Polach Marsowych, które zamyka Ecole Militaire.. zmierzch rzuca długie cienie, pachnie trawa, zacierają się kontury... wracasz na drugi brzeg i po raz ostatni z tarasu Trocadero patrzysz na rozbłyskującą niezliczoną ilością drobnych światełek wieżę... jej sylwetkę oblekł mrok, ale za nią w złotej słonecznej poświacie skąpane dachy domów, tarasy pełne kwiatów, kopuły i wieże kościołów...
Odwracasz się i Avenue Kleber idziesz nie spiesząc się w stronę Place Charles de Gaulle-Etoile... Zapada noc, światło reflektorów obrysowuje na tle czarnego już nieba zarys świadectwa chwały Wielkiej Armii Napoleina... Arc de Triomphe spinający jak klamra zbiegających się do placu dwanaście ulic....I TO JUŻ KONIEC PARYŻA
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
No to otwieramy szampana
http://www.tapeciarnia.pl/tapety/normalne/99766_szampan_martini_nowy_rok.jpgjest pierwsza kartka!!!
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
:) ja do Paryża chętnie odjadę..ale to juz jutro ,,Dzięki Joana za wirtualną podróż :)
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Myślałam, że to ma byc wątek bez komentarzy, ale dla towarzystwa i Teofila da się skusić.
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Tak ,zaczęło się od Paryża i wpadłam jak,,śliwka w kompot"...poprzypominałam sobie te wszystkie miejsca mi znajome...a potem odkrywałam inne zakątki świata,w których nie byłam...ale poczułam się tak jakbym je znała!
Zdrówko Twoje ,Jonao!Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Chyba nie jest mi dane przeczytać wszystkich kartek! Joano jak ty z tą sławą sobie poradzisz?
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
No wiesz...te autografy...paparazzi na moim dachu... kwiaty od wielbicielek...:))))))))))))
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
A gdzie reszta? O ciąg dalszy proszę! :)))
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Pijemy w beznadziei...cieszę się, że tu coś też piszecie... żeby to nie był taki martwy twór - tylko same kartki i nic więcej
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
mam wrzucić wszystkie???
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
no właśnie już miałam napisać, że bez komentarzy to wątek drętwy będzie ... autorka niedopieszczona się poczuje ... i natchnienie ją jeszcze odejdzie ;))
Joana, wrzucaj z przerwami, żeby był czas na komentarze ... będzie ciekawiej
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Tak wszystkie...:)...
A tak w ogóle to jestem wśród wymienionych na 4tym miejscu...to chyba nie jest źle...? :))Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Joasiu...to tak jakby dla mnie ...wszystkie teraz sobie powoli z wielka przyjemnością jeszcze raz przeczytam... dziękuje..:))
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
wszystkie, ale nie od razu .. daj szanse tym "pozabeznadziejnym" poczytać
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Ale dziewczyny, komentarze krótkie! Treściwe!
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
No to teraz słoneczna Grecja
Jest pośrodku ciemnego jak wino morza ziemia niejaka Kreta, piękna i żyzna /Homer/
KRETA
Deszczowy, chłodny, pochmurny poranek. Niebo nad Katowicami smutne i szare. Droga na lotnisko w Pyrzowicach w strugach wody. Zaledwie kilkanaście stopni. Na lotnisku sennie snują się zaspani ludzie. Pomału zaczyna się odprawa. Szybka kontrola bagażu i czekanie na samolot. 10.30 – wylot.
Mijają minuty, za oknami szarobiała wata chmur, zakrywających szczelnym płaszczem ląd. Wreszcie po prawie dwóch godzinach rozdziera się pokrywa obłoków i pod stopami lśni granatowa tafla Morza Śródziemnego. Wygląda jakby bogowie rozlali na ziemi flakonik z ciemnoniebieską farbką. Po powierzchni przemykają drobne białe bałwanki fal oświetlone południowym słońcem. Umykają kolejne wyspy, skaliste i nagie, z tajemniczymi zatoczkami, cyplami, półwyspami… Pomiędzy nimi kursują białe stateczki zostawiając za sobą spieniony kilwater….
Zza horyzontu wyłania się Kreta, wyspa błogosławiona przez bogów. Lotnisko w Iraklionie – po wyjściu z samolotu uderza w twarz fala gorącego powietrza, prawie 42 stopnie… W autobusie niewiele lepiej… . Kolejni pasażerowie wysiadają przy swoich hotelach…. Hersonissos, Malia, potem przebijamy się przez nagie, porośnięte skąpą roślinnością góry, wreszcie Agios Nikolaos.. skręcamy w lewo w stronę celu naszej podróży - Eloundy. Po pustynnym kolorycie mijanych gór przed oczami pojawia się bajkowy krajobraz… U naszych stóp rozciąga się bezkresna Zatoka Mirabello, zwana nie bez przyczyny Zatoką Pięknych Widoków… Ogromna, otwierająca daleko na horyzoncie swe ramiona ku Morzu Egejskiemu… Tuż przed Eloundą po prawej stronie ciągnie się jak szare cielsko odpoczywającego wieloryba półwysep Spinalonga. Droga schodzi powoli w dół, wjeżdżamy do miasteczka…. Wąskie uliczki, różnobarwne maleńkie sklepiki, knajpki, kafejki, senne popołudnie, pora sjesty…. Tubylcy odpoczywają na wystawionych przed lokale krzesłach… nikt się nie spieszy, nikt nikogo nie popędza, nikt się nie awanturuje, nie okazuje zniecierpliwienia…. Dla Polaków jakże to obca genetycznie mentalność…
I wreszcie autobus zatrzymuje się u stóp wzgórza, na którym przysiadły niewielkie białe domki, to hotel Marmin Bay… Hotelowa alejka nieubłaganie prawie pionowo wspina się pod górę… w popołudniowym upale patrzymy z przerażeniem na trasę do pokonania do recepcji… ale już po kilkunastu minutach i zaliczeniu paru biegów schodów jesteśmy w swoim pokoju… Przeważa biel – białe łóżka, nad nimi upięty pod sufitem baldachim z moskitierą, niewiele sprzętów, kamienna posadzka i balkon – a z niego przepiękny widok na Spinalongę i wody zatoki Mirabello… cisza, spokój, senne klimaty i tylko w uszy wdziera się wszechobecny dźwięk cykad…
Szybki prysznic zmywa z nas trudy podróży… jeszcze tylko lżejsze ubranie, plecaki i wyruszamy na szybki spacer w stronę Eloundy…droga biegnie tuż nad brzegiem zatoki… woda jest krystalicznie czysta, widać wyraźnie jak na kamiennym dnie przysiadły ciemno-fioletowe jeżowce… wszędzie cumują niewielkie łodzie… raz po raz wchodzimy w cień kołyszących się leniwie w podmuchach wiatru palm i rododendronów, wyniosłych smukłych cyprysów i oleandrów… Krótkie zakupy w małym sklepiku i powrót do hotelu…. Kolacja – białe stoliki i krzesła na wysuniętym nad stromą skarpę tarasie, z którego rozciąga się przepiękny widok na całą okolicę.. Sympatyczna obsługa, smak potraw i butelka kreteńskiego wina wprawiają nas w znakomity nastrój… Na balkonie w swoim pokoju wypijamy kolejną patrząc jak z wolna zapada zmrok, a na niebie pojawiają się miliony gwiazd… nocnej ciszy nie mąci żaden hałas… słychać jak woda delikatnie pluszcze o brzeg… Z zachwytem patrzymy na spadające nad linią horyzontu gwiazdy i każde z nas myśli o swoim najpiękniejszym marzeniu – oby się spełniło… wypowiedziane w duchu w tym cudownym miejscu zdaje się mieć moc szczególną… leżymy obok siebie na rozgrzanej podłodze balkonu wpatrzeni w niebo i wydaje nam się, że odnaleźliśmy naszą małą namiastkę raju… Mamy siebie, naszą bliskość, czułość… czyż można chcieć czegoś więcej….
KRETA 2
Powoli budzi się świt…. Zza widnokręgu Spinalongi wyłania się złota tarcza słońca… Wznosi się w górę rozsiewając wokół feerię blasku…. Czerń wody zmienia się w płynną złotą-srebrną tkaninę, na której przycupnęły łodzie rybaków…. Upał też budzi się do życia… już o 7 rano czuć wyraźnie dotyk gorącego powietrza…. Wygrzewamy się na balkonie zwabieni ciepłem i pięknem poranka… nasza ciała poddają się delikatnej pieszczocie słonecznych promieni…
O 8 pędzimy na śniadanie… nie jesteśmy sami… towarzyszy nam gromadka os wyraźnie zainteresowana każdym naszym kęsem… Są gotowe ryzykując życie skosztować soku pomarańczowego, sałatki owocowej, morelowego dżemu, miodu, plasterków szynki… Czeka nas krótka odprawa w recepcji – niestety przeobraża się w prawie godzinną pogadankę rezydenta… mówi ciekawie, ale wyraźnie nas irytuje, bo zamówiony samochód czeka pod hotelem, a my myślami jesteśmy już nad morzem… Udaje nam się szybko zapisać na wycieczkę na Santorini i już po chwili siedzimy sobie wygodnie w naszym małym czerwonym samochodziku – sympatyczny Suzuki Jimmy będzie naszym towarzyszem przez najbliższe cztery dni…
Wyruszamy na północne wybrzeże wyspy… mijamy małą rybacką wioskę Plakę… kilka zaniedbanych białych domków, parę tawern i podobno najlepsze na całej Krecie ryby… jedziemy dalej… droga powoli serpentynami pnie się pod górę… ze szczytu rozpościera się przepiękny widok na wyspę trędowatych Spinalongę i zamgloną linię horyzontu, gdzie wody zatoki otulone delikatną mgiełką piasku znad Sahary stykają się z wodami Morza Egejskiego… Teraz zjeżdżamy w dół… Vrouhas, Kalo Loumas, Agios Georgios…. Biel domów, zieleń gajów oliwnych i cyprysów, kurz pylistych dróg, senne osiołki i kozy, stare kobiety w czerni i mężczyźni gwarzący na progach domów… krajobrazy jak z Greka Zorby… to serce Grecji, jej prawdziwe oblicze, nie to na użytek tłumu turystów gwarne i pełne pamiątek… mamy wrażenie, że dotykamy jądra tej ziemi… droga wije się wzdłuż kamiennych murków wyznaczających granice gajów oliwnych i przed nami pojawia się morski brzeg… Wybrzeże nie jest tu przyjazne…nagie poszarpane skały, chłostane falami skaliste zatoki, sterczące z dna ostre głazy… tu nie ma hoteli, leżaków, kolorowych parasoli… parę zabudowań, jedna zapomniana przez Boga tawerna i szum wiatru…
Zjeżdżamy w boczną polną drogę, która nagle urywa się przy jakichś ruinach… schodzimy w dół do niewielkiej zatoczki…. Jest w niej jakieś surowe, dostojne piękno….. brzeg pełen wypłukanych przez morze kamieni o prawie regularnych okrągłych kształtach, spienione grzywy fal wystrzelające na parę metrów w górę, szmaragdowa woda przeźroczysta jak tafla szkła… Tu spędzamy cały dzień opalając się, kąpiąc, leżąc w naturalnych skalnych jacuzzi… słodkie lenistwo pod południowym niebem… wieczna sjesta, nie musimy się spieszyć, zegarek przestaje mieć znaczenie, kłopoty i problemy zostały daleko w szarej Polsce…
Wzburzone morze ma w sobie magnetyczny urok, możemy godzinami obserwować rozpryskujące się z łoskotem o brzeg wysokie fale, otoczeni wodną kipielą piany, obmywani raz po raz strugami ciepłej wody… Potem grzejemy się jak jaszczurki na rozpalonych słońcem skałach, które parzą nasze ciała… sól zastyga na skórze białymi pęcherzami…
Wreszcie nadchodzi późne popołudnie, czas wracać do Marmin Bay…. Nasze Suzuki jak mała czerwona biedronka wspina się dzielnie po krętych serpentynach, coraz wyżej i wyżej… I znowu zapierający dech w piersiach widok na Spinalongę, Eloundę i Agios Nikolaos, na surowe górskie szczyty wchodzące w zatokę, na zamglony horyzont…
W hotelu kolacja jak zwykle pyszna, a potem wieczorny odpoczynek na balkonie…zmęczeni tym pierwszym dniem, słońcem i wodą zasypiamy wcześnie jak dzieci….
KRETA 3
Znowu budzi nas ciepłymi promieniami słońca piękny poranek… znikają wieczorne cienie, woda zatoki marszczy się od delikatnego wiatru, napływają zapachy kwiatów i ziół… Na naszym balkonie pijemy poranną herbatę... hotelowe koty przeciągają się na kamiennych murkach…
Tuż po śniadaniu wskakujemy do naszego Jimmy, dzisiaj czeka nas długa wyprawa przez góry na jedyną na Krecie plażę porośniętą palmowym gajem – plażę Vai.
Mijamy Agios Nikolaos, Ammoudarę, Pachia Ammos, Sfakę, Skopi…. Po jednej stronie wysokie skaliste ściany prowadzą nas chłodnym cienistym korytarzem, po drugiej urwisty brzeg i cudowne zatoczki o lazurowo-szmaragdowej wodzie, nad którymi przysiadły niewielkie hoteliki z błękitnymi basenami… Przeźroczysta morska woda odsłania kamienisto-żwirowe dno… Chciałoby się zatrzymać przy każdym z tych miejsc i zanurzyć w przejrzystej wodzie… Jedziemy jednak dalej…..
Po prawie dwóch godzinach wita nas Sitia, miasto oliwy, najlepszej i najbardziej aromatycznej na wyspie…. Przedzieramy się przez uliczki miasta, mijamy kolorowy port i dalej przez Palekastro kierujemy się w stronę Vai. Już wkrótce po obu stronach drogi pojawiają się bujne gaje palmowe i plantacje bananów… a wokół nich spalone słońcem pustkowie i ciągnące się po linię horyzontu wzgórza pokryte lasem wiatraków….
Wreszcie niewielki parking przy plaży… na straganie kupujemy winogrona…malutkie, żółte kuleczki zawieszone w ciężkich kiściach…. Ich cudowny smak pamiętać będziemy jeszcze długo… Czuć w nim południowe gorące promienie słońca, ciepły wiatr wiejący wśród winnic, noce ożywione chłodną bryzą od morza… to skondensowany smak Krety…. Słodki sok kapie po brodzie i ścieka między palcami…
Plaża jest niewielka, piaszczysta, wzdłuż leżaków i parasoli w karnym szeregu stoją palmy… ich grzywy rozwiewają się w podmuchach wiatru…piasek rozgrzany w upale parzy stopy… po drewnianych pomostach docieramy do zatoki.. płytka, ciepła błękitna woda obmywa ciało, chciałoby się w niej spędzić cały dzień… Czas jednak biegnie nieubłaganie, czeka na przecież długa droga powrotna do domu… Z żalem żegnamy Vai … Teraz powrót znanym już górskim szlakiem, ale pomimo, iż pokonujemy go po raz drugi, piękno mijanych miejsc zachwyca nas tak samo… Zatrzymujemy się w punkcie widokowym… nie możemy odmówić sobie zrobienia zdjęć… u naszych stóp i przed naszymi oczami rozciąga się otulona wieczorną saharyjską mgiełką zatoka Mirabello… na niej dziesiątki mniejszych i większych wysp i wysepek, na ogół nagich i bezludnych…. Skalne ściany, o które rozbijają się fale, wyrastają pionowo z granatowej wody…. Na linii horyzontu jak białe muszle wyrzucone na brzeg lśnią Agios Nikolaos i nasza Elounda…
O zmierzchu wracamy do hotelu… jeszcze tylko kolacja pod gwiazdami i nasz balkon… znów wtuleni w siebie patrzymy jak nad naszymi głowami jak klejnoty na czarnym płaszczu nocy błyszczą gwiazdy… jak cienki jedwabny szal przez mrok nieba ciągnie się pas Drogi Mlecznej… Czerń nocy zaciera granice między wodą a lądem.. w oddali migocą światełka miasteczka…. Znów przejmująca cisza , której wtórują cykady…KRETA 4
O piątej rano na nasze nagie ciała pada pierwszy promień słońca… Budzi nas swym ciepłem i blaskiem… Otwieramy pomału oczy i rozpoczynamy pocałunkiem kolejny dzień naszej greckiej przygody… leżymy wtuleni w siebie patrząc jak słoneczna tarcza wędruje w górę po niebie….
Dziś trasa wiedzie na południowy, „afrykański” brzeg Krety nad Morze Libijskie…. Wyruszamy jak zwykle od razu po śniadaniu…. Droga z początku znana, wczoraj jechaliśmy tędy do Vai… ale teraz odbijamy w prawo na południe do miasta Ierapetra…. Po obu stronach wysokie grzbiety górskie porośnięte rzadką, wypaloną słońcem roślinnością.. na niektórych wysoko przysiadły maleńkie cerkiewki jak śnieżne czapy….
Ierapetra… port nad Morzem Libijskim… długie kamienne nabrzeże, przy którym cumują statki i promy… stragany z pamiątkami, knajpki z wygodnymi fotelami zapraszają do wypoczynku w cieniu kolorowych markiz…. Kupujemy bilety na rejs na bezludną wysepkę Chrisi, Złotą Wyspę…
Pół godziny przed wypłynięciem wchodzimy na statek i zajmujemy strategiczne miejsca na górnym, rozgrzanym słońcem pokładzie… jeszcze kapelusz na głowę i trochę olejku wtartego w skórę i możemy spokojnie opalać się podczas rejsu…
Płynąc obserwujemy zmieniający się w miarę oddalania się od lądu kolor morza… od ciemnego, nasyconego granatu, poprzez głęboki szafir aż do jasnej topazowej zieleni u wybrzeży wysepki… Woda jest tu przeźroczysta jak tafla szkła…
Statek cumuje przy brzegu i wszyscy zgodnie idą na prawą stronę Chrisi na piaszczystą plażę z widokiem na stały ląd… My, jak zwykle szukający ustronnych, odludnych miejsc, wędrujemy dokładnie w przeciwnym kierunku… skalisty brzeg pokryty jeziorkami skrystalizowanej solanki… fale rozbijające się o ostre, poszarpane brzegi…w oddali niewielki skrawek białego piasku pokryty wyglądającymi jak paski papieru z niszczarki fragmentami wodorostów…..
Zostajemy na skałach… zbieramy maleńkie muszelki i resztki pokruszonych przez morze jeżowców i pancerzy krabów…. Wylegujemy się w naturalnych wannach wypełnionych stojącą wodą nagrzaną w południowym słońcu… skórę owiewa gorący wiatr znad Sahary… wokół nie ma żywego ducha…
Parę godzin na Chrisi upływa szybko… słychać już buczenie syreny statku wzywającej nas na pokład… przechodzimy przez rozprażony jak pustynia środek wysepki i powoli wchodzimy na górny pokład… W drodze powrotnej zmęczeni upałem i słońcem zasypiamy, łagodnie kołysani falami Morza Libijskiego….
A potem znów port w Ierapetrze… i nasz mały czerwony Suzuki czekający na nabrzeżu… wracamy do Marmin Bay… ta sama droga wśród wzgórz, te same miasteczka senne i leniwe, i granatowo-srebrne wody zatoki Mirabello…
Po hotelowej kolacji odpoczywamy chwilę na naszym tarasie a wraz z nadejściem zmroku wyruszamy samochodem do Eloundy… mała, przytulna restauracja nad samym brzegiem zatoki…przyjacielskie koty łaszące się do nóg i przymilające się o smakowite kąski… blask świec, na niebie gwiazdy i księżyc, romantyczny ciepły wieczór….
Jemy marynowaną ośmiornicę i popijamy chłodnym białym winem… powoli delektujemy się smakiem białego delikatnego mięsa octopusa… jest naprawdę pięknie… chciałoby się tak siedzieć całą noc.. wokół pełno ludzi, miasteczko żyje pełnią nocnego życia, które ucichnie dopiero o świcie… Ale przed nami kolejne dni, więc ociągając się wracamy do hotelu… siedzimy jeszcze chwilę na tarasie obserwując rozgwieżdżone niebo i powoli kładziemy się spać…KRETA 5
W poniedziałek budzimy się o czwartej rano… za oknem jeszcze atramentowa czerń nocnego nieba i pogrążona w ciszy spokojna zatoka… Schodzimy w dół do naszego autokaru, jedziemy do portu w Heraklionie… Powoli pojawiają się pierwsze delikatne barwy świtu… Wchodzimy na pokład ogromnego promu, którym przez kilka godzin będziemy płynąć na Santorini, wyspę ze snów, jeden z wielu cudów greckiego świata…
Na niebie, jakże rzadkie o tej porze roku, ciemne chmury… kiedy z wolna rozwiewa je wiatr zalewają nas fale słonecznego światła... i znów upał, ulgę przynosi jedynie ożywcza bryza… po granatowej tafli morza przemyka stadko rozbawionych delfinów, podobno ich widok przynosi szczęście…obserwujemy je przez chwilę, błyszczą w promieniach słońca jak odlane ze srebra…
Mijają godziny, mieliśmy przecież do pokonania 112 kilometrów i nagle z bezmiaru morza, zza horyzontu wyłania się Santorini – Thira, zwana Czarną Perłą Morza Egejskiego, fragment wielkiego pierścienia wulkanicznego krateru… Obok niej jej siostry, tworzące zarys kaldery: Thirassia, Nea Kameni, Palea Kameni i maleńka Aspronisi… Ciemne, nagie skały zdają się wyrastać pionowymi ścianami wprost z Morza Egejskiego…na ich szczycie jak śnieżne czapy przysiadły miasteczka.. stolica wyspy Fira i Mekka wszystkich turystów Ia…nasz prom cumuje w znacznej odległości od brzegu i niewielkie, chyboczące się na falach, łódki dowożą nas do portu Athinios… a potem autokar powoli, cierpliwie wspina się pod górę, pokonując niewyobrażalne zakręty nad przepaścią wysokiego brzegu..
Mijamy białe wioski, cerkiewki o niebieskich kopułach, winnice charakterystycznych dla Santorini płożących się winorośli… jedziemy na sam koniec wyspy, do miasteczka, które było natchnieniem dla wielu malarzy, poetów, fotografików… to Ia.
Brakuje nam słów, żeby opisać piękno tego miejsca… wąziutka, kręta uliczka wije się zakosami po skalistym garbie… na rozgrzanym bruku w plamach cienia odpoczywają zmęczone upałem psy, nie zwracając uwagi na przechodzących prawie po nich turystów… zakątek jak z bajki… maleńkie sklepiki, knajpki, stragany z lokalnymi pamiątkami, podwórka pełne kwiatów, las białych i granatowych parasoli na tarasach, barwne szyldy… i nieprzerwana rzeka ludzi płynąca w kierunku wysuniętego w morze cypla, skąd roztacza się cudowny widok na cały archipelag…
W dół zbocza kaskadami spadają tarasy, ich nieskazitelną biel znaczą błękitne i zielone plamy niewielkich basenów, pasiaste leżaki, ceramiczne donice z kwiatami… kamienne murki przecinają nagie wulkaniczne skały… tu i tam na tle śnieżnych ścian odcinają się zielone palmy, agawy, opuncje, eukaliptusy i karminowo-cyklamenowe oleandry…
Niestety nie dane nam doczekać zachodu słońca… tu na Santorini jest on podobno najwspanialszy na świecie, w końcu nie na darmo starożytni nadali wyspie nazwę Kalliste, co znaczy najpiękniejsza … Iluż ludzi mieszkających w miasteczku to cudzoziemcy, którzy do tego stopnia zakochali się w urodzie Thiry, że pozostali tu na zawsze, aby nie tęsknić do niej i móc codziennie upajać się czarem tego miejsca…
Siedzimy na zacienionym tarasie kawiarni i popijając sok z lodem w milczeniu patrzymy na rozpościerającą się w dole granatową toń morza wypełniającego kalderę… w znacznej odległości od brzegu cumują ogromne promy, czekające na turystów… nie chce się wyjeżdżać, ale czas jest nieubłagany…
Wsiadamy do naszego autokaru i po kilkunastu minutach docieramy do stolicy Santorini – miasteczka Fira, dosłownie zawieszonego na krawędzi klifu… wąskie uliczki wypełnia po brzegi różnojęzyczny tłum… niezliczone sklepy jubilerskie, kawiarnie, tawerny, galerie… na hakach w słońcu suszą się złowione niedawno ośmiornice, w wiklinowych koszach leżą owoce morza… w powietrzu unoszą się zapachy greckiej kuchni… mamy dosłownie pół godziny na szybkie zwiedzanie miasteczka, a potem czeka nas droga w dół do portu u podnóża góry, do Skala Firas… jedni wybierają najszybsze zejście, zjazd kolejką linową, to zaledwie pięć minut… inni tak jak my schodzą w dół po 580 kamiennych stopniach… droga wije się zakosami a nam kręci się w głowie od upału i rytmicznych kroków… po drodze mijają nas liczne kawalkady mułów, niosących na grzbietach w górę i w dół co bardziej leniwych turystów… schodząc wdychamy aromaty ich odchodów zaścielających skaliste schody…
I wreszcie port… znów łódką dopływamy do naszego promu.. zaczyna się rejs powrotny… tym razem Morze Egejskie kołysze nas dość mocno… zataczając się od ściany do ściany wędrujemy na kolację i rzucani na boki próbujemy donieść nasze talerze do stołu… po kolacji na górnym pokładzie otuleni mrokiem i wtuleni w siebie obserwujemy niebo, na którym z każdą chwilą pojawia się coraz więcej gwiazd… prowadzi nas na Kretę srebrny sierp księżyca… raz po raz to wznosi się wysoko nad horyzontem, to ginie za burtą… statek wspina się na fale i gwałtownie opada w dół.. dla nas to dodatkowa atrakcja tej podróży, ale dla wielu pasażerów ciężkie chwile…
Pomału na widnokręgu pojawiają się światła Heraklionu…. Wsiadamy do autokaru i po godzinie jazdy docieramy do Marmin Bay… jest pierwsza w nocy, prawie dwadzieścia godzin trwał nasz dzisiejszy dzień… zasypiamy od razu, zmęczeni i szczęśliwi, że udało nam się zobaczyć tą niezwykłą wyspę… Thira na zawsze pozostanie w naszej pamięci i kusić nas będzie swym czarem… kto wie, może kiedyś uda się nam tam wrócić….Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Teraz BARCELONA
BARCELONA 1
W Pyrzowicach pochmurno, leje deszcz, zacina po szybach hali odlotów... ubrani w ciepłe kurtki siedzimy przysypiając po pobudce o 5 rano... jedna kawa, druga, czas się dłuży... chociaż takie oczekiwanie ma w sobie przedsmak czekającej nas przygody.. Lecimy do Barcelony...
Wreszcie przy bramce ostatnia mini-odprawa do autobusu, podjeżdżamy te kilkadziesiąt metrów do samolotu... smagani uderzeniami deszczu wchodzimy do zacisznego wnętrza i szybko zapadamy w fotele... Przed nami parę godzin lotu... będzie czas na sen, lekturę, przytulenie, rozmowę o planach na kolejne dni...* * *
Podróż dobiega końca, pod nami błyszcząca tafla Morza Śródziemnego, błękitna z grzywami białych fal i mnóstwem statków i jachtów zdążających ku portowi w Barcelonie... Miasto rozciąga się wzdłuż brzegu skąpane w południowym słońcu... Zaprasza nas do siebie...
Jazda autobusem do terminalu przylotów trwa dobre 15 minut, lotnisko jest ogromne, krakowskie Balice zmieściły by się tu kilkanaście razy, przy rękawach stoją samoloty, kursują wózki z bagażami, wszędzie ruch, pośpiech, to miejsce nigdy nie odpoczywa...
Jeszcze tylko odbiór walizek – nasze zawsze wyjeżdżają ostatnie – i przystanek specjalnego autobusu, który zawiezie nas do samego serca Barcelony – na Placa Catalunya. Tam w plątaninie korytarzy metra odnajdujemy ten właściwy i ściśnięci we wnętrzu wagonu jak sardynki jedziemy do stacji Clot. Stąd już tylko 10 minut spacerkiem przez Avinguda Meridiana i oto nasza baza noclegowa na najbliższy tydzień – Urbany Hostel. Przystojny Hindus w recepcji wręcza nam magnetyczne karty do drzwi, komplet pościeli, plan miasta i z uśmiechem życzy dobrego dnia. Pędzimy do windy, 3 piętro, pokój 503 – piętrowe łóżka, szafki na zamek cyfrowy, żadnego krzesła czy stołu, łazienka z prysznicem za przesuwanymi drzwiami... że siermiężnie, że nie luksusowo, to nieważne, ważne że za oknem jest ona - Barcelona...
Szybkie rozpakowywanie walizek i prysznic – tu trzeba się trochę pogimnastykować, bo woda leci porcjami po parędziesiąt sekund...szybko uczymy się jak łokciem czy plecami wciskać błyskawicznie guzik w kabinie, żeby umyć się bezstresowo...
Odświeżeni i pachnący ruszamy na podbój stolicy Katalonii... Dzisiaj tylko jedno miejsce, ale za to jakie.... Sagrada Familia – kościół Św. Rodziny... To zaledwie parę minut drogi od naszego hostelu... zabudowa wokół taka sobie, ni to bloki, ni kamieniczki, raczej średnio urodziwe...
I nagle, zza rogu ulicy i koron drzew, wyłaniają się 4 wieże, miało ich być w sumie osiemnaście ... Szpecą je stojące wokół dźwigi... trwa budowa... Ta niesamowita katedra tak naprawdę na oczach naszych i naszych przodków wciąż się tworzy, rozrasta, wzbogaca... Plac budowy od dziesiątków lat... od 1882 roku.. Podobno jeszcze 35 lat, nie więcej, tak twierdzą dysydenci, kościół, architekci...kto to wie, historia jest nieprzewidywalna, jest żywiołem który rządzi się swoimi prawami... nas już nie będzie, a ona – Sagrada - wciąż będzie powstawała...
Ta niesamowita budowla jest jak kameleon – z każdym krokiem zmienia się ukazując inne oblicze, inną fasadę, a ma ich aż trzy – trzy twarze Gaudiego... Antonio Gaudi – geniusz...nie trzeba mówić nic więcej, bo żadne inne słowo nie oddaje jego talentu, fantazji, wyobraźni... Tacy ludzie rodzą się raz na sto lat, a może mniej...dla mnie drugim takim był Rene Lalique – ale o nim kiedy indziej... Ciekawe, co powiedział by Gaudi widząc, że minęło prawie 130 lat, a my ciągle nie umiemy dokończyć jego dzieła.. Każdy detal jest inny, nic się nie powtarza jak w naturze, która była dla niego niedościgłym wzorem...
Fasada Narodzenia przy ulicy Carrer de Marina wygląda jakby po wieżach i szkielecie katedry zlewał się w dół potok lawy, bura rzeka błota, zastygająca w milionach figur, ornamentów roślinnych i zwierzęcych, każdy centymetr kwadratowy to osobna historia... Trzy piękne portale symbolizują wiarę, nadzieję i miłość... podobno o poranku oświetlają je pierwsze promienie słońca...
Obchodzimy kościół wokół ogrodzenia i od strony tylnej fasady – Męki Pańskiej – przy ulicy Carrer de Sardenya – ustawiamy się w kolejce po bilety... wokół wielojęzyczny tłum, wszystkie kolory skóry, aparaty fotograficzne, kamery, szkicowniki...każdy na swój sposób stara się utrwalić spotkanie z kamiennym czarem tej budowli... Ta fasada jest zupełnie inna – nowoczesna, ostra, drapieżna... to już dzieło II połowy XX-wieku...twarze kamiennych postaci wyglądają jak wyciosane grubym dłutem w jasnym mocnym drewnie...
Wreszcie wchodzimy do środka i zatrzymujemy się w milczeniu jak w modlitwie...nic, żadne przeczytane opisy czy oglądane zdjęcia, nie przygotowało nas na to niesamowite piękno... Trudno je opisać słowami... mamy ochotę położyć się na kamiennej posadzce i patrzeć w górę, jak patrzy się w korony wysokich drzew i w niebo... Kolumny strzeliste i majestatyczne wyglądają jak rośliny w prehistorycznym zaczarowanym lesie... Ich żłobkowane trzony rozkwitają morzem kwiatów na dalekim sklepieniu... Bajecznie kolorowe nowoczesne witraże wibrują barwami w promieniach słońca wdzierającego się do wnętrza tego nieziemskiego budynku... czerwone, żółte, niebieskie, zielony plamy drgają na marmurowych, wypolerowanych płytach posadzki... To wnętrze żyje, pulsuje, zdaje nam się, że słyszymy, jak rosną kolejne kwiaty, kolumny, rzeźby... Katedra jest tak wysoka, że czujemy się mali, gdzieś tam na dole, zafascynowani, zadumani, zakochani w Gaudim i jego umyśle, który zrodził tyle piękna...
Teraz jeszcze wyjazd windą na tarasy widokowe wokół i we wnętrzu wież... ich koronkowa, ażurowa konstrukcja pozwala podziwiać panoramę Barcelony... miasto otacza nas zewsząd jak ocean, ocean koloru mokrego piasku... z fal dachów wyrastają wieże kościołów.... na linii horyzontu błękitna wstążka Morza Śródziemnego... Można by tak stać i patrzeć bez końca...
Wychodzimy i na uliczce tuż obok w małej knajpce zamawiamy tapas i sangrię... tapas są pyszne, w każdej miseczce co innego... a sangria – prawdziwy nektar bogów, chłodna, aromatyczna, delikatna...
Czekamy aż zajdzie słońce i zapadnie noc... wtedy Sagrada budzi się do kolejnej swojej odsłony w barcelońskim teatrze cieni … około dziewiątej zapalają się światła reflektorów i z mroku wyłania się złota, migotliwa, cudowna bryła katedry... Fasada Narodzenia odbija się w jeziorku w parku naprzeciw kościoła. Turyści robią tu zdjęcia – na tych zdjęciach dwie siostry, dwie Sagrady – realna kamienna i jej wodna bliźniaczka o konturach miękkich i rozmytych.... Na niebie gwiazdy i sierp księżyca, ciepła letnia noc... Trwa w ciszy spektakl jednej aktorki – aktorki Gaudiego...
Upojeni sangrią i pięknem katedry wracamy wolno do hotelu... Jutro znów powita nas barceloński dzień...BARCELONA 2
7:30.... pomału świta nad Barceloną... wstajemy szybko, prysznic, letnie ubrania...i śniadanie na tarasie hostelu z widokiem na Torre Agbar... ten nowoczesny 38-piętrowy biurowiec nocą przyciąga wzrok swoimi intensywnymi barwami...szklaną powłokę rozjarza 2500 świateł...
Śniadanie skromne, do wyboru dżem pomarańczowy w kartoniku albo..dżem pomarańczowy w kartoniku...sucha bułka, kawa, herbata, obrzydliwy sok pomarańczowy i płatki z mlekiem jak ktoś lubi... Na kanapach przy automatach do gry śpią lekko zmaltretowani goście wczorajszej imprezy w barze... Jemy szybko, bo nie możemy się doczekać naszej dzisiejszej Barcelony...
A więc znów jak wczoraj metro, stacja Clot, a potem Glories, Marina, Arc de Triomf, Urquinaona i wreszcie wysiadamy na Placa Catalunya... Jesteśmy w samym sercu miasta, tu krzyżują się główne arterie, spotykają dzielnice... Prawie o każdej porze, za wyjątkiem wczesnego świtu, jest tu gwarno i kolorowo... Wokół placu banki, słynny dom towarowy El Corte Ingles, knajpki, bary... i morze ludzi, turystów i nie tylko, spieszących przed siebie..
Kierujemy się ku La Ramblas – to najważniejsze miejsce w Barcelonie, ulica, o której poeta Pedro Lorca mówił: „to jedyna ulica na świecie, które mogłaby się nigdy nie kończyć”. Miał rację, chciałoby się Ramblą iść, i iść, i iść godzinami... środkiem biegnie szeroki deptak wysadzany szpalerami platanów, po bokach wąskimi jezdniami przemykają się samochody, a po obu stronach ulicy przepiękne budynki...
Tu w oknie mijanego hotelu dostrzegamy niesamowity kryształowy żyrandol, tam pokryte polichromią drewniane stropy, tu kusi oczy śliczna secesyjna wystawa apteki, tam znów lśniące w słońcu kolorowe kafle.... Każda z tych kamienic jest inna, ale wszystkie tak ciekawe, że zatrzymujemy się co kilka minut, aby zrobić zdjęcia architektonicznych detali, rzeźb, wystaw sklepowych... Na Rambli pod platanami rozsiedli się mimowie, szykują się do występów...rozkładają swoje sztalugi portreciści i karykaturzyści... wszędzie stragany z pamiątkami, kwiatami, pocztówkami... Każdy, kto zawitał do Barcelony, musi być na Rambli... to dawne koryto rzeki, biegnące w dół ku pomnikowi Kolumba, tak naprawdę składa się z 5 ulic płynnie przechodzących jedna w drugą: Rambla Santa Monica, Rambla Caputxins, Rambla Sant Josep, Rambla Estudis i Rambla Canaletes...
Wiatr ciepły i delikatny szeleści w koronach platanów.... dotykamy ich łuszczącej się, ciepłej, jedwabistej kory... Przytulamy się do wielkich pni... drzewa mają w sobie tyle dobrej energii... my dzisiaj też...
Po prawej stronie deptaku rozciąga się dzielnica Barri Gotic, ale do niej pójdziemy jutro... Po lewej mijamy dostojny budynek opery – Opera Gran Teatre del Liceu... piękne plakaty zapraszają na występy światowych sław, a w maleńkim sklepiku sterty zakurzonych partytur i płyt ...to księgarnia muzyczna i antykwariat w jednym...
Przechodzimy na prawą stronę Rambli i idziemy do miejsca, do którego zawitamy jeszcze nie jeden raz w czasie tych wakacji.... to La Boqueria.... Mercat Sant Josep... ten niesamowity targ fascynuje nas ogromnie.... w tym miejscu nieprzerwanie od średniowiecza handlowano jedzeniem... teraz stragany przykrywa ażurowa stalowa konstrukcja z XIX wieku... od rana do późnego wieczora są tu tłumy...
Wchodzimy pod dach i krążymy zachwyceni... gdyby codziennie przez rok przychodzić do La Boquerii codziennie można by kupić coś innego...to bogactwo smaków i kolorów jest po prostu niesamowite... Na ladach krewetki, mule, ostrygi, kalmary, ryby o niesamowitych kształtach i kolorach, maleńkie kraby, homary i dziesiątki bliżej nie zidentyfikowanych morskich stworzeń... tu znów piękne dorodne hiszpańskie szynki jamon i pikantna kiełbasa chorizo, pasztety, wędliny tak smakowicie wyglądające, że aż ślinka leci... obok mięso, flaki, baranie łby patrzące na nas z wyrzutem martwymi oczami... ten stragan omijam łukiem, nie mogę patrzeć na rząd oskubanych królików leżących pokotem w chłodni... na gołębie wiszące za łby na metalowych hakach... czemu człowiek nie może być z natury roślinożercą, ile niepotrzebnych śmierci można by uniknąć...
W kolejnej alejce w oczach mienią mi się suszone i kandyzowane owoce, bakalie, nalewki...tu znów czekoladki o fantazyjnych kolorach i kształtach... a my tak kochamy słodycze... nie możemy się oderwać od lady, ale mężnie siłą woli odmawiamy sobie słodkiej pokusy zawiniętej w delikatne papierki... a jak pachnie... marcepan, trufle z koniakiem, likierami, owoce zanurzone w czekoladowej kąpieli, tabliczki czekolad karnie stojące rządkiem obok siebie, pralinki, ciastka, ciasteczka, torciki... raj na ziemi...
Odwracamy wzrok i wędrujemy dalej... teraz z kolei owoce... wzgórza dorodnych dojrzałych fig ułożonych na zielonych listkach, czarne i białe kiście gigantycznych winogron, truskawki kuszące soczystą czerwienią, koszyczki z malinami /to dla mnie królowe wszelkich owoców, ale gdzie tym tutaj do naszych leśnych malin, do ich aromatu/, nabrzmiałe sokiem mango, papaje, melony i arbuzy, wypolerowane jak lśniące lusterka jabłka, obok gruszki, ananasy, mechate kiwi... można by tak wymieniać bez końca...
Dalej na wyłożonych lodem ladach świeżo wyciskane owocowe soki, we wszystkich kolorach tęczy...białe /kokosowe/, czerwone, pomarańczowe, żółte, różowe, fioletowe, zielone, tyle odcieni, tyle smaków... aż w głowie się kręci od tego wszystkiego...
Pora na drugie śniadanie... wspinamy się na wysokie stołki przy jednym z barów na tym cudownym targu... wokół lady półmiski, a na nich ryby, grzyby i co dusza zapragnie... decydujemy się na świeże, piękne krewetki... na naszych oczach kucharz przyrządza je sprawnie na rozgrzanej blasze, polewając jakimś zielonym sosem z oliwy i ziół...ale pachnie, nie możemy się doczekać...wreszcie są...chrupiące, pyszne, delikatne....rozrywamy je palcami, cali umazani oliwą, przegryzamy bagietką... ocieramy kapiący z brody sos...jedzenie to rozkosz, to zmysłowa przyjemność, doznania nie tylko smakowe... ogarnia nas błogostan... teraz przydałby się wygodny hamak na plaży i powiew wiatru i szum morza...
Morze co prawda niedaleko, ale dzisiaj idziemy dalej... na końcu Rambli, przy Port Vell /Starym Porcie/ na wysokiej 70-metrowej kolumnie wznosi się pomnik Kolumba... zostawiamy go i skręcamy w prawo do muzeum morskiego... Museu Maritim... Tu w starych, średniowiecznych stoczniach królewskich – Drassanes Reials, podziwiamy potęgę morską Hiszpanii...
Stara zabudowa stoczni pięknie komponuje się z wielkim szklanymi taflami, z widokiem na wewnętrzne porośnięte gęsto krzewami patio. We wnętrzu króluje replika XIV-wiecznej galery... hologramy pokazują galerników przy wiosłach, nieludzki, morderczy wysiłek okupiony śmiercią tysięcy ludzi na przestrzeni dziejów na tylu morzach świata... Majestatyczna, pokryta bogactwem rzeźb i złoceń galera zdaje się gotowa do wypłynięcia na przestwór oceanów...
Po godzinie spędzonej w półmroku sal muzealnych wychodzimy na rozgrzaną słońcem ulicę, jedyne 32 stopnie... szeroką i mało urodziwą arterią Avinguda del Paral-el docieramy do stacji metra.... kolejny punkt dzisiejszego dnia to Montjuic /Wzgórze Żydowskie/. Wjeżdżamy na nie wagonikami kolejki linowej... ze szczytu wzgórza rozpościera się widok na cztery strony świata... przed nami Morze Śródziemne, skrzące się w południowym blasku słońca, bliżej port pasażerski i handlowy... w tym pierwszym, w marinie dziesiątki jachtów i łódek...las żagli bieli się na tle błękitnego, lazurowego nieba... w drugim tysiące kontenerów, dźwigów, statków z towarami z całego świata... Po prawej lotnisko z liniami pasów jak rysunki na płaskowyżu Nazca....tam wczoraj wysiadaliśmy... Po lewej i za nami Barcelona... potężna metropolia ciągnąca się po horyzont, monochromatyczna, spokojna, Królowa Katalonii...
Słońce grzeje niemiłosiernie, gdy schodzimy z Montjuic obok stadionu i zabudowań wioski olimpijskiej.... kaktusy, azalie i rododendrony zdają się tak jak my łaknąć choć odrobiny wody... wreszcie dochodzimy do celu naszej wędrówki...zostaniemy tu do aż do nocy...
To Palacio Nacional, wybudowany w latach 20-tych XX wieku na Wystawę Światową... Dziś mieści się w nim Museu National d'Art de Catalunya... Do pałacu wiodą kaskady schodów /dla leniwych w wersji ruchomej/ obramione fontannami o różnych kształtach i wielkości... W nocy Palacio Nacional wyrzuca w niebo jak rozwarte ramiona dziewięć snopów świetlnych, bo tyle liter składa się na nazwę miasta...
Ale my przyszliśmy tu dla niej, zaczarowanej, bajkowej, ożywającej z nastaniem zmroku.... Fuenta Magica...magiczna fontanna... tyle o niej słyszeliśmy i z powątpiewaniem czekamy na nadejście zmierzchu...przecież to tylko fontanna, nic nadzwyczajnego... pijemy sok, kawę, godziny płyną, na schodach przed pałacem tłum gęstnieje, ktoś gra na gitarze, słychać wielojęzyczny gwar... w dole na placu fontanna drzemie, uśpiona, ciemna, niema...
Wybija dziewiąta...i nagle stajemy na równe nogi, zachwyceni jak dzieci, oczarowani, porwani pięknem tego co dane nam zobaczyć... Najpierw tuż przed nami zza balustrady tarasu uderza w niebo jak gejzer ognia wysoki na dziesiątki metrów słup wody, złoty w blasku reflektorów... wraz z nim budzą się wszystkie fontanny zstępujące w dół przy kamiennych schodach... i wreszcie ona, Fuenta Magica... przy wtórze arii operowych i muzyki klasycznej, pod rozgwieżdżonym niebem Barcelony, zaczyna się spektakl jak ze snu... miliony litrów wody zdają się tańczyć do wtóru dźwięków. ..raz wysokie na 50 metrów kolumny, to znowu drobne jakby zbudowane z tysięcy kropelek kaskady, wreszcie woda burzy się jak kłęby dymu o barwie ognistej czerwieni, zdaje się wybuchać w mrok nocy... obrazy jak w kalejdoskopie zmieniają się z sekundy na sekundę... nim zdążymy nasycić oczy już pojawia się kolejna odsłona, kolejna barwa... tych odcieni nie da się nawet opisać..
To cudowne zjawisko powtarza się przez kwadrans co piętnaście minut... siedzimy tu do północy, żal nam odejść... obiecujemy sobie, że wrócimy tu jutro i pojutrze... Może jest w tym i trochę kiczu, ale co z tego... czujemy się, jakby wehikuł czasu przeniósł nas do szczęśliwej krainy dzieciństwa, radosnej, beztroskiej, bez trosk i kłopotów... Brzmiąca pośród nocy muzyka wzrusza, czaruje, budzi emocje i wspomnienia...
Schodzimy w dół po schodach otoczeni strugami złocistych fontann, docieramy na plac do stóp Feunta Magica... z tej perspektywy wydaje się ogromna, strumienie wody nad naszymi głowami zdają się sięgać nieba... Z tej perspektywy Pałac i wiodące do niego schody wydają się świecić własnym blaskiem... kaskady światła i wody współgrają ze sobą w zapierającej dech w piersiach pantomimie...
Ale w końcu trzeba pożegnać bajkę i przez Plac Hiszpański idziemy do metra, wracamy do hotelu....Jutro też jest dzień....BARCELONA 3
To już drugi poranek w stolicy Katalonii... niebo jak wczoraj bezchmurne, słońce niedawno wstało i już mocno świeci.... idziemy na śniadanie do pobliskiej kafejki....dwa łyki mocnego, aromatycznego espresso i drożdżówka... porcja energii na kolejne godziny...
I znowu metro, kolejne stacje mijają jedna za drugą... wysiadamy przy Łuku Triumfalnym – Arc de Triomf i szeroką aleją idziemy wzdłuż Parku Cytadeli do Dworca Francuskiego – Estacio de Franca...
Ten piękny dworzec powstał w XIX wieku dla pociągów przyjeżdżających i odjeżdżających głównie do Francji, ale i na wybrzeże Costa Brava... Po przebudowie w XX wieku uroczyście otworzył go król Alfonso XIII... Wchodzimy do środka głównej sali, dostojnej, poważnej... dwie wielkie kopuły doświetlają witrażowe okna umieszczone w ich zwieńczeniu... pod kopułami zwieszają się na długich sznurach lampy... Doskonałość architektury, spokojnej, oszczędnej w formie sprawia, że czujemy się jak we wnętrzu świątyni... jakże daleko Estacio de Franca do naszych polskich dworców... zaplutych, śmierdzących, obsikanych i obrzyganych, pełnych śmieci, brudu, szpecących sobą krajobraz jak chociażby w Warszawie czy Katowicach... ich nie otwierali królowie tylko partyjni włodarze....
A tu elegancja europejskiej metropolii, świadectwo dobrego smaku architektów i tego, że budynek użyteczności publicznej, może być piękny...
Tuż za salą wejściową otwierają się perony... nakryte płaszczyzną dwóch stalowych bliźniaczych konstrukcji wiją się łukiem szyn... patrzymy na stojące tam pociągi i ze smutkiem porównujemy z naszymi, polskimi... te są czyste, zadbane, o nowoczesnych, kosmicznych kształtach, pachnące w środku, o wygodnych, kolorowych siedzeniach... och, Europo, czy kiedyś nasze koszmarne wagony Cię dogonią...
Pod sklepieniem hali fruwają gołębie... przysiadają na ozdobnych gzymsach, gruchają szczęśliwe i bezpieczne... czekający na swój pociąg podróżni mogą podziwiać marmurowe detale, rzeźby, piękne stare zegary, makiety dworca z czasów jego powstania.... perony lśnią kamienną posadzką... to wnętrze, otwierające się dwoma łukami na miasto, wygląda jak miejski plac otoczony szlachetnymi w swej linii budynkami, bogatych w kolumny, pilastry, schowane za balustradkami empory... Przez ażurowy dach prześwitują promienie słońca...
W końcu wychodzimy na zewnątrz i idziemy ku nadmorskiej części dzielnicy Ciutat Vella zwanej Barceloneta.... droga prowadzi wzdłuż wysokiego na 3 metry muru, zza którego dobiegają dziwne dźwięki – pokrzykiwania małp, ryk lwów, trąbienie słoni, śpiew ptaków... za ogrodzeniem rozciąga się Ogród Zoologiczny... ale tam nie pójdziemy... ZOO to rodzaj więzienia, nie możemy patrzeć na zwierzęta drepczące w kółko od ściany do ściany swoich klatek, wciąż niepokojone przez gapiących się na nie ludzi... w ich oczach widać tęsknotę za szumem lasu, szeptem sawanny czy wiatrem na prerii, za swobodą, wolnością, dzikością...
Droga w stronę plaży prowadzi przez niezbyt urodziwe okolice.... blokowiska i tory kolejowe... każde z miast ma takie swoje szare strony, gdzie turysta nie zagląda... ale już arteria Carrer de la Marina i dwa najwyższe budynki miasta – Hotel Arts i Torre Mapfre, znak, że zbliżamy się do celu... W małej przystani zakotwiczyły niewielki łódki, motorówki, małe jachty, skromniejsze i uboższe od tych, które zobaczymy w głównym porcie... W promieniach słońca lśni El Pez - miedziana 50-metrowa ryba Franka Gehry'ego, a właściwie Ephraima Goldberga.... Ta ażurowa rzeźba wygląda jakby ręce olbrzyma wygięły miedziany arkusz w prosty, symboliczny kształt ryby... widać ją z wielu miejsc w Barcelonie, błyszczy się w słońcu jak klejnot... Gehry to genialny twórca, jego niesamowita wyobraźnia fascynuje, a artystyczne wizje utrwalone w budynkach, rzeźbach, przedmiotach sztuki użytkowej zachwycają wielu na całym świecie...
Idziemy wzdłuż morza główną arterią Passeig Maritim... po deptaku spokojnie spacerują turyści, miejscowi przyjdą tu po pracy... Playa de La Barceloneta... średnio nam się tu podoba, bury piasek i wszechobecne miasto ze swoim gwarem... wspominamy nadbałtyckie jasne i bezkresne plaże, cudowne wydmy, aromat sosnowego lasu, porastające zejścia na plażę pachnące krzaki róż, zapach jodu unoszący się w powietrzu...tyle tam odludnych miejsc, gdzie można z dala od tłumu, zgiełku, codziennej bieganiny zatopić się we własnych myślach i marzeniach...
A tu knajpy, bary, samochody, rolkarze, z głośników płynie jazgotliwa muzyka, tu barmani ćwiczą podrzuty shakerami, tam na plaży nudystów facet z monstrualnym brzuchem pokrytym tatuażami wytrwale opala wszystkie fragmenty swojego ciała... trudno tu odpocząć, posłuchać szumu morza....
Na środku plaży wznosi się rzeźba niemieckiej artystki Rebekki Horn nazwana przez nią Hołd dla Barcelonety... sztuka nowoczesna nie zawsze jest zrozumiała, brakuje jej tego oczywistego, poruszające najczulsze struny duszy, piękna... Przed nami wznosi się konstrukcja wyglądająca jakby ktoś ustawił jedna na drugiej gigantyczne pudła, trochę jak klatki windy, trochę jak dawne przedwojenne przebieralnie, które ustawiano na tylu nadmorskich wybrzeżach...
Takich akcentów sztuki nowoczesnej w Barcelonie spotykamy wiele... jedne zachwycają, inne szokują, jeszcze inne pozostawiają nas obojętnymi... jest ich tu tak dużo.. jak pisał G. Nawrot: „..ponad czterysta pomników i rzeźb, ponad czterysta płatków jednej barcelońskiej róży... Patrzymy na płatki, a może pięknem jest właśnie cała róża...”
Mała przerwa na kawę w jednej z knajpek i ruszamy dalej... skręcamy w prawo w Passeo de Juan de Borbon... na tej tętniącej życiem ulicy restauracje...jedna za drugą...wabią bogatym menu, przed każdą kelner zaprasza do środka zachwalając owoce morza, paellę, tapas... idziemy dalej, jeszcze nie pora na obiad... po lewej stronie w basenie portowym jachty i żaglówki...piękne, o doskonałych proporcjach, kłujące niebo swoimi masztami... to miejsce, jak każdy port i przystań, ma w sobie coś magicznego... w duszy budzi się tęsknota za nieznanym, za szumem mórz i oceanów, wiatrem w żaglach, kołysaniem fal, za wschodami i zachodami słońca oglądanymi z pokładu, za gwiezdnymi konstelacjami rozpiętymi na aksamitnej czerni nocy, igraszkami delfinów i latających ryb, gejzerami wody wyrzucanymi z nozdrzy majestatycznych wielorybów... zdaje nam się, że czujemy na wargach smak słonej wody, jej niepowtarzalny zapach, oddech wodnego przestworu...
Port szczelnie wypełniają przycumowane przy pomostach eleganckie, wielopokładowe olbrzymie łodzie, luksusowe, lśniące nieskazitelną bielą, z granatowymi markizami, pasiastymi leżakami, pokładami z tekowego drewna, o bogatych, nowoczesnych wnętrzach – synonim statusu społecznego ich właścicieli... tuż obok niewielkie, ale o ileż piękniejsze łódki, noszące ślady walki z morskim żywiołem, bardziej prawdziwe od swych snobistycznych sióstr, mające w sobie jakąś szlachetność, godność... stoją karnie jedne przy drugich wsłuchane w delikatny plusk wody pod kilem...
Moglibyśmy patrzeć na nie godzinami, ale przed nami wizyta w oceanarium... obchodzimy więc basen portowy i przez Muelle de Espana docieramy do budynku akwarium... wielki, nowoczesny, niezbyt urodziwy... ustawiamy się w długiej kolejce do kasy.. a potem przez zieloną dżunglę w hallu głównym wchodzimy do środka...
Po oślepiającym słońcu i zgiełku tłumu tu otula nas półmrok i cisza... miękkie chodniki wytłumiają kroki... a za szklanymi szybami bajkowy podwodny świat … maleńkie, cudownie kolorowe rybki śmigają pośród roślin i skał, macki ośmiornic tańczą w wodnym balecie, filigranowe i delikatne jak misterne klejnoty koniki morskie unoszą się w bezruchu w lesie wodorostów, krewetki i langusty muskają wąsami szyby akwarium, płaszczki płyną dostojnie jak gigantyczne ptaki, wachlując swoimi płetwami jak parami czarnych skrzydeł... idziemy powoli, zachwyceni tym tak bogatym i niesamowitym światem...
Nagle przed nami 80-metrowy szklany tunel...ruchomy chodnik wolno prowadzi w głąb... po bokach i nad nami szklane ściany... nad głowami przepływają rekiny, patrząc na nas swoimi martwymi, pustymi oczami...zza skał wyglądają groźne mureny, wijąc się przy dnie... ten świat jest monochromatyczny...wszystkie odcienie srebra mienią się w blasku lamp... w ciszy słychać tylko szum aparatury... oglądamy wodne widowisko jak film pozbawiony dźwięku, jak niemą pantomimę...płynne ruchy mieszkańców tej krainy spieszących przed siebie, zajętych swoimi sprawami, obojętnych wobec nas, natrętów....
Dwie godziny w oceanarium minęły jak jedna chwila... wychodzimy na rozgrzaną upałem ulicę i wolno idziemy na obiad... zamarzyła nam się wykwintna restauracja z widokiem na port.... nieskazitelna biel obrusów, lśniące kieliszki, kelner kłaniający się przy wejściu... siadamy tuż pod parasolem i odkładamy nasze torby na podłogę...od razu wyrasta przy nas kelnerka, prosząc o położenie ich na wolnym krześle, po czym przynosi biały obrus i szczelnie okrywa nasz bagaż.... idiotycznie to wygląda, ale jak się okazuje nie tylko nas to spotkało... tuż obok zostaje tak samo obezwładniona kopertowa torebka eleganckiej damy i jej jedwabny szal... No cóż, co kraj to obyczaj.... zamawiamy paellę z owocami morza i sangrię... ryż na paellę chyba dopiero wyrasta na nawodnionych tarasach, a owoce morza jeszcze zażywają wolności, bo czekamy ponad pół godziny... kelner przylatuje co chwilę, żeby pokazać kolejnego skorupiaka, którego właśnie dorzucił do naszego dania... sangria okazuje się gęsta, z trudem nalewamy ją do kieliszków, daleko jej do tej , którą piliśmy w pierwszy wieczór w zwykłej, małej knajpce pod Sagradą... Wreszcie paella jest gotowa, kelner z powagą nakłada nam ją na talerze... z satysfakcją wycieramy zaplamione oliwą i krewetkami palce w śnieżnobiałe serwetki i patrzymy na kleksy z sangrii na obrusie... a niech mają,... sztywno tu trochę i tak naprawdę nie czuć smaku i klimatu Barcelony.... ale spróbowaliśmy i wiemy, że jedzenie w tym miejscu jest przereklamowane... a rachunki...hm... lepiej nie mówić....
Po obiedzie ociężali wleczemy się w kierunku plaży... teraz są na niej tłumy.... barcelończycy wylegli tłumnie, by zrelaksować się po pracy... niektórzy jeszcze w garniturach i z aktówkami... ciężko znaleźć wolne miejsce wśród tylu ciał...wreszcie jest...rozkładamy nasze ręczniki i z lubością wyciągamy się na ciepłym piasku... pora sjesty...
Obserwujemy statki wpływające do portu, śmigające po falach żaglówki i samoloty co chwilę pojawiające się na niebie... co minutę widać trzy...jeden już podchodzi do lądowania, drugi jest na linii wzroku, a trzeci właśnie nadlatuje...
Trzy godziny słodkiego lenistwa i wracamy do portu...na małym stateczku-kawiarni przycumowanym do brzegu, zamawiamy wieczorną kawę i krem kataloński, coś w rodzaju creme brulee, zapiekany w małych ceramicznych kokilkach... rozkoszujemy się ciepłym wieczorem, łagodnie kołysani na górnym pokładzie... powoli zapada zmierzch, zapalają się lampy, miasto budzi się do nocnego życia...
Idziemy główną nadmorską arterią, szeroką Passeo de Colon do Plaza Portal de la Pau, gdzie Kolumb na swojej kolumnie wpatruje się w linie horyzontu śniąc swój sen odkrywcy... skręcamy w górę w Ramblę...
A tu gwarno i tłoczno.... ożywają oświetlone witryny...sex-shopy, gabinety masażu, sklepy, butiki, restauracje, kawiarnie, bary... na deptaku ludzka rzeka płynie nieprzerwanie w górę i w dół... Rambla nigdy nie zasypia... zwiedzamy pobliskie uliczki, jutro lub pojutrze wrócimy to rano...teraz jednak wabią nas swoją wieczorną szatą... zauważamy detale wystroju sklepów i galerii...a to piękna, zabytkowa złota kasa, a to secesyjna miękka linia schodów prowadzących na piętro w niewielkim barze, to znów maleńka desa, a w niej arcydzieła z dawnych wieków – biżuteria, porcelana, srebro, kość słoniowa... Można by tak wędrować tu przez całą noc..
Docieramy do Placa Catalunya, jeszcze kilka stacji metra do naszej Clot i pora iść spać....BARCELONA 4
Dziś czeka nas kolejne, po Sagradzie, spotkanie z Gaudim... wstajemy jak zwykle po siódmej rano... szybki prysznic i ruszamy przed siebie...znana już na pamięć trasa metra od stacji Clot do Placa Catalunya...
Na początek dnia poranna kawa i ciastko... aromatyczne, ciemne espresso wlewa się w nasze żyły, budząc z uśpienia... słońce już mocno przygrzewa, jeszcze chwilę i upał da nam się we znaki....
Idziemy szeroką, przestronną ulicą Passeig de Gracia, mijamy skrzyżowanie z Gran Via de les Corts Catalanes... wokół markowe butiki, banki, galerie...czuć tu zapach bogactwa, szyku, elegancji i snobizmu....
I wreszcie dom z numerem 43... jak ktoś o nim napisał „to uczta dla oczu i dla wyobraźni, to sen na jawie”.... Casa Batllo, chyba najpiękniejsze arcydzieło Gaudiego.... wraz z trzema innymi kamienicami Barcelony Casa Amatller /Puiga i Cadafalcha/ i Casa Lleo i Morera /Domenecha i Montanera/ stanowi część tzw. katalońskiego jabłka niezgody – Manzana de la Discordia... każdy z tych budynków konkurował o tytuł najpiękniejszego.... Heleną Parysa jest niezaprzeczalnie Casa Batllo...
Fasada zdaje się płynąć miękką falą swych linii, mieni się kolorami ceramicznych i szklanych detali, których piękna nie da się opisać...tylko w umyśle geniusza mógł narodzić się taki cud... wibrują kolory – zieleń, błękit, złoto... jak podwodny świat zaklęty w kamiennej bryle... Balkony, okna, drobne detale są jak żywe istoty, które przysiadły na ulotny moment w cieple katalońskiego słońca.... Dach, zbudowany z barwnych łusek, wygląda jak cielsko olbrzymiego smoka przebitego wieżyczką jak włócznią, w końcu patronem Katalonii jest Św. Jerzy... Odcienie zmieniają się wraz z porą dnia... płynnie przechodzą z jasnych do ciemnych tonów... żadne zdjęcie nie odda tego czaru... to jedno z tych arcydzieł, które sprawiają że chciałoby się zostać tu na zawsze, by móc codziennie tu przychodzić i sycić oczy, serce i duszę obcowaniem z absolutem geniuszu...
Pora wejść do środka...zwiedza się niestety tylko pierwsze piętro, poddasze, klatkę schodową i dach, reszta to apartamenty prywatne... Łuk schodów prowadzi nas do pokoi na piętrze... jakbyśmy weszli do czarodziejskiej krainy, do świata poza czasem i normalnym ludzkim wymiarem... sklepienie jak żebra gigantycznego wieloryba lub ramiona wielkiej muszli, a pod nimi lampy podobne do ukwiałów... krzywizna ścian idealnie gładka i finezyjna, wręcz erotyczna, zmysłowa...chciałoby się pieścić dłonią smukłe klamki, kolumny, obramienia okien... nad drzwiami barwne witraże wplecione w sieć drewnianych oczek... mrugają do nas szmaragdową zielenią, szafirem morskich fal, rubinem korali... każdy fragment tego wnętrza wart jest adoracji w milczeniu i zachwycie... myślimy ze smutkiem, ile jeszcze piękna mógłby dać nam Antonio Gaudi, gdyby bezsensowna śmierć pod kołami tramwaju nie zabrała go z tego świata...
Klatka schodowa... a w niej po obu stronach wewnętrzne wąskie szyby-studnie z szafirów i błękitów...zaglądają do nich na każdym piętrze okna mieszkań, zasłonięte firanki bronią prywatności właścicieli... wychodzimy wijącymi się schodami na kolejne piętra, idąc jakby podwodnym szlakiem, czując chłód morskiej wody... Na poddaszu niskie i małe pokoiki, łazienki, pralnia... w jednej z łazienek hologramy – zwiewne i delikatne damskie koszulki wykończone koronką, na cieniutkich jak pajęczyna ramiączkach... w innej sali kolejny hologram, to sam Gaudi wita nas we wnętrzu swojego dzieła...
I wreszcie dach – kominy jak zebrane w pęczki fantazyjnie powyginane szparagi, w kapeluszach z barwnej mozaiki.... krawędź dachu zdobią ceramiczne dzbanki jak kolorowe klipsy... wyobraźnia Gaudiego nie znała granic... umiał nagiąć materię do swoich wizji i ujarzmić ją w kamieniu....
Ciężko nam się rozstać z Casa Batllo, przechodzimy więc na drugą stronę ulicy, żeby raz jeszcze popatrzeć na tą, niemającą sobie równej na całym świecie, fasadę... Milczymy, bo wobec piękna w jego najczystszej postaci słowa są zbyteczne, zbyt ubogie by oddać hołd mistrzowi z Barcelony....
Ale czeka na nas kolejna kamienica Gaudiego... zaledwie kilka minut i oto jest – La Pedrera /Kamieniołom/ czyli Casa Mila... położona na roku ulic Passeig de Gracia 92 i Carrer de Provenca... jej fasada znana jest na całym świecie... Wapienne płyty wyginają się jak olbrzymia miękka fala naznaczona ciemnymi plamami kutych żelaznych balkonów... patrzą na nas ciemne oczodoły okien ukrytych w kamiennych loggiach... budynek wygląda jak wielki, przelewający się z jednego kształtu w drugi, stwór z czasów, gdy kształtowała się materia, jak Wielki Przedwieczny z niesamowitych opowiadań Lovecrafta... w całej budowli nie ma ani jednego kąta prostego, każde piętro ma nieregularny plan, nie ma ścian nośnych a jedynie łuki i filary...
Wyjeżdżamy windą na poddasze.. tam mieści się mini-muzeum Gaudiego...multimedialna dokumentacja jego życia i dzieł... rysunki, szkice, makiety i meble – krzesła pojedyncze i podwójne o cudownie miękkich liniach oparć, poręczy, siedzisk...
Po krętych schodach wychodzimy na dach okalający dwa wewnętrzne dziedzińce-studnie... i tu jak w Casa Batllo kominy, są ich dziesiątki... stoją w grupkach jak karni wojownicy w wysokich hełmach, na straży domu i jego mieszkańców... pomiędzy nimi wędrują turyści podziwiając panoramę miasta...
Schodzimy na IV piętro...tam możemy oglądać mieszkanie bogatej barcelońskiej rodziny z początku XX wieku... salon z kryształowym żyrandolem, sypialnia małżeńska, gabinet pana domu, kuchnia, spiżarnia, pokój służącej, prasowalnia, pokój dziecinny, łazienka... wszędzie piękne przedmioty z lat 20-tych...meble, lustra, lampy, drobne bibeloty, przedmioty codziennego użytku...
Kończymy zwiedzanie i biegniemy do metra – czas na kolejne dzieło Gaudiego – Park Güell...przed nami wiele stacji aż do Lesseps... potem w upale, powoli wleczemy się ruchliwą Travesia de Arriba...w sklepiku kupujemy zimne soki, jakieś ciastka i i kiście winogron... a potem stromą uliczką Carrer de Larrard pniemy się pod górę...pot leje się po plecach... jeszcze chwilę i – co za ulga – ruchome schody... wyjeżdżamy na poziom parku i wchodzimy do środka... skwery wypalone słońcem, pokryte pyłem alejki...kwitną opuncje, powojniki, azalie, hibiscusy, w upale nieruchomo stoją palmy, sosny i cyprysy... pomimo bujnej zieleni park jest wypalony słońcem... zaledwie kilka trawników kusi miękką trawą .. urządzamy sobie szybki piknik pod palmą... jak przyjemnie położyć się w cieniu i odetchnąć...
Po kwadransie czas iść dalej...z głównego tarasu parku Gran Placa Circular roztacza się piękny widok...u naszych stóp cała Barcelona, aż po horyzont, po linię morza... plac otacza z trzech stron słynna 152-metrowa ławka z kolorowych kafli – wije się jak barwny wąż, w jej splotach dziesiątki turystów.... schodzimy ścieżką pod taras do podtrzymującej go Sali Stu Kolumn... tu, w półcieniu, pośród lasu kamiennych filarów, panuje przyjemny chłód... jeszcze parę schodów w dół i oblegana przez turystów jak utkana z drobnej mozaiki salamandra... z jej otwartego pyska płynie strumień wody, zielone łapy wsparła na kamiennym obramieniu....
Po obu stronach wejścia do parku dwa bliźniacze domki, jak zrobione z piernika pokrytego czapą białego lukru...chciałoby się nadgryźć kawałek, tak apetycznie wyglądają... jeszcze rzut okna na widzianą z dołu ławkę i powoli wychodzimy na maleńką uliczkę Olot...
I znów metro – ze stacji Lesseps jedziemy ponad pół godziny, prawie na drugi koniec miasta... wysiadamy w dzielnicy bloków, biurowców, na pierwszy rzut oka nie ma tu nic nadzwyczajnego... ale jeszcze parę uliczek i zakrętów i oto jest – chluba Barcelony, miejsce znane każdemu miłośnikowi piłki nożnej – stadion Camp Nou, stadion FC Barcelony...gigantyczny, mieszczący prawie 10 tysięcy kibiców, jeden z największych w Europie i na świecie... pielgrzymują do niego fani futbolu ze wszystkich zakątków i krajów... tak właściwie z zewnątrz jest szpetny, zwalista beczkowata bryła, szara i ponura... niesamowite jest jego wnętrze, ale tego niestety nie możemy zobaczyć, bo akurat stadion jest zamknięty... wieczorem będzie grała Barca...
Obchodzimy go powoli dookoła i wracamy do metra... jedziemy do centrum na wczesną kolację... smaczna paella w jednej z niewielkich knajpek koło Rambli i pomalutku Avinguda del Paral-el próbujemy na piechotę dotrzeć do naszej magicznej fontanny pod MNAC... po pól godzinie poddajemy się...słońce ciągle praży, zmęczenie całym dniem daje znać o sobie...przestajemy unosić się honorem i wsiadamy do metra... kilka stacji i już Plac Hiszpański.. jest ósma wieczór, mamy jeszcze godzinę... Dzisiaj postanawiamy oglądnąć zaczarowany spektakl z dołu, spod samej fontanny... Kupujmy coś do picia i siadamy na małych, niewygodnych metalowych krzesełkach... zrywa się chłodny wiatr, zimno pełznie po plecach, ubieramy się w swetry i czekamy..
Nareszcie dziewiąta... już wiemy czego się spodziewać, przecież byliśmy tu przedwczoraj... ale znów jak dzieci, z otwartymi ustami wpatrujemy się w tą feerię barw i wodnych rozprysków tańczących nad naszymi głowami... W mroku nocy muzyka klasyczna brzmi niesamowicie, wywołuje tyle emocji i wzruszeń... To zaklęte w kolorze i kroplach wody piękno czaruje, uwodzi, zachwyca... niestety wiatr nie odpuszcza... jeden po drugim spadają na nas chłodne prysznice wody..wokół fontanny rozlewa się mokry krąg..odsuwamy się na bezpieczną odległość i z daleka uczestniczymy w monodramie Królowej Fontann...
Po godzinie ciągle odwracając się za siebie, żeby nie uronić ani jednej sekwencji teatru światła i dźwięku, idziemy do placu, do stacji metra...
Jeszcze tylko przesiadka na Placa Catalunya, potem nasze Clot, droga do hostelu i czas na sen... ale najpierw wyjeżdżamy na taras widokowy, na którym w pierwszy dzień jedliśmy śniadanie... chcemy popatrzeć na inną aktorkę nocnego show Barcelony – Torre Agbar.. wygląda jak statek kosmiczny szykujący się do lotu na odległe planety i gwiazdy... gra świateł sprawia, że ciężki ogromny budynek zdaje się unosić nad ziemią...
Dobranoc Barcelono! Do jutra!BARCELONA 5
Dzisiaj przedostatni poranek w Barcelonie... pojutrze musimy pożegnać to piękne i radosne miasto...
Jutro święto - 11 września.... Barcelończycy świętują dzień, w którym tak naprawdę dostali łupnia od historii..w 1714 roku miasto zostało zdobyte przez wojska Burbonów... Wszędzie łopocą flagi – katalońskie barwy to cztery czerwone pasy na żółtym tle... wyglądają trochę jak pasiaste obicia plażowych leżaków...
Jedziemy z naszego Clot do Placa Catalunya... a stamtąd wędrujemy na Placa de la Seu, żeby zobaczyć katedrę... na olbrzymim placu pijemy poranną kawę i zimny sok pomarańczowy rozkoszując się lekkim powiewem wiatru...już za chwilę znów będzie upalnie...
Nieopodal wejścia do katedry targ staroci...nie możemy się oprzeć i długo oglądamy wszystkie te cuda i cudeńka wyłożone na stołach...maleńkie, delikatne filiżanki o złoconych brzegach, malowane w delikatne kwiatki, srebrne dzbanuszki, zdjęcia Barcelony sprzed lat, pożółkłe, rozsypujące się w palcach...w gablotach piękna stara biżuteria, pierścionki, bransoletki, spinki do kapeluszy...spatynowane złoto i platyna, blask drogich kamieni, delikatny zmatowiały połysk macicy perłowej i kości słoniowej... rzeźbione cybuchy fajek, śliczne flakoniki na perfumy o miękkich liniach zdobione srebrem, majestatyczne lichtarze...obok stare książki i płyty... można by tu spędzić całe przedpołudnie odkrywając miniony świat, o wiele piękniejszy, subtelniejszy i magiczny...
Ale pora iść do katedry... zbudowana pod wezwaniem Św. Eulalii, patronki miasta, nazywana jest La Seu... budowano ją długo, prawie 150 lat do 1448 roku...ale fasadę zafundowano jej dopiero w XIX wieku...
Rozświetlone blaskiem witraży i migotaniem płomyków świec wnętrze nastraja do zadumy i milczenia... 29 kaplic otacza nawę... w krypcie w alabastrowym sarkofagu śpi snem wiecznym Eulalia... zabytkowe stalle zamknięto w szklanej klatce, jak eksponat muzealny... w taflach szkła odbijają się witraże, nakładają się na siebie ich wzory tworząc barwną mozaikę o fantastycznych kształtach...
Z ciemnego wnętrza wchodzimy do wirydarza... wygląda jak tropikalny ogród...kołyszą się korony palm, w sadzawce pływają kolorowe ryby, pośrodku zamkniętych jest trzynaście gęsi...trzynaście, bo tyle lat miała Eulalia, kiedy zginęła... gęsi są tu podobno nieprzerwanie od pięciuset lat...długi ciąg ptasich pokoleń, przykutych w niewoli do tego miejsca... mają dla siebie kamienne budki i małe jeziorko, ale co to za życie... setki turystów przewijających się tu każdego dnia fotografuje białe stadko...gęsi dumnie wyciągają szyje, paradują kołysząc kuprami od kraty do kraty, pozując w milczeniu...
Wychodząc wstępujemy jeszcze do mrocznej kaplicy, w której na ołtarzu wisi słynny krucyfiks spod Lepanto... ciemne ciało Chrystusa w złotej przepasce wygina się na krzyżu, zmęczone, omdlałe, cierpiące...
W La Seu cisza i spokój wieków, na zewnątrz miasto tętni życiem... idziemy w stronę placu Sant Jaume, leżącego na końcu uliczki Calle Ferran ...to urzędowe serce Barcelony... po jednej stronie ratusz – Casa de la Ciutat, po drugiej Palau de Generalitat – siedziba rządu Katalonii... to tu jutro barcelończycy tańczyć będą sardanę... przy dźwiękach trzcinowej piszczałki, bębenka, oboju i fletu, ludzie chwytają się za ręce tworząc koło, do korowodu przyłączają się wciąż nowi i nowi tancerze... to nie jest szalone wirowanie, lecz powolne, skupione chodzenie...bo sardana to nie tylko taniec, to symbol więzi Katalończyków... każdy kto podejdzie do kręgu jest zaproszony, jest przyjacielem... łączą się dłonie z uniesionymi ramionami, kręgi stają się coraz większe i większe... potem formują się nowe...
Odbijamy w bok i idziemy do parku Cytadeli – Parc de la Ciutadella... niedaleko wejścia białe płócienne pawilony, trwa kiermasz książek... wchodzimy na chwilkę, tysiące tytułów rozłożonych na prowizorycznych stołach i regałach.. zatrzymujemy się przy albumach, podziwiamy piękne wydania poświęcone Barcelonie, Gaudiemu, sztuce secesji... niestety brak klimatyzacji wygania nas z dusznego jak w saunie wnętrza....
Zwiedzamy okoliczne ulice, w podcieniach kamienic eleganckie sklepy z tkaninami, lampami, elementami wystroju wnętrz... bogate budynki, z pięknymi ozdobnym bramami...elegancko ubrani ludzie spieszący się do pracy...
W parku, który powstał na terenie dawnej cytadeli, w zachowanym budynku arsenału mieści się siedziba Parlamentu Katalonii...
Pora odpoczynku, bo słońce mocno daje nam się we znaki....rozkładamy się w cieniu wielkiej, wysokiej palmy... leżymy na plecach na miękkiej zielonej trawie wpatrując się w koronę drzewa...tam, pomiędzy liśćmi, uwijają się jaskrawozielone papugi... kłócą się, gadają, zaglądają do swoich gniazd, przelatują od palmy do palmy... śledzimy zafascynowani ich krzątaninę...
W końcu wstajemy i spacerujemy po parku...jego główną część stanowi duży staw, po którym pływają łódki... przy brzegu uwijają się kaczki i łabędzie.... zza drzew wygląda trąba kamiennego mamuta naturalnej wielkości... ta rzeźba Miquela Dalmau zawsze przyciąga turystów... a my podziwiamy olbrzymią fontannę z Rydwanem Aurory, przy której tworzeniu brał udział sam Gaudi... złoty rydwan lśni w południowym słońcu, dwa łuki kamiennych schodów schodzą ku basenom, na których brzegu przysiadły skrzydlate smoki...z ich otwartych pysków płynie spieniona woda...wokół nimfy, wodne bożki z trójzębami, tryskające w górę gejzery... pomiędzy tymi wspaniałościami wolno przechadzają się kaczki, obojętne na to co się wokół nich dzieje....
Wracamy w stronę Barri Gotic...serca barcelońskiej starówki... Dzielnica Gotycka zamknięta jest w kwadracie pomiędzy Ramblą, Via Laeitana, rondem Sant Pere i brzegiem morza... wąskie uliczki, skwery, fontanny, placyki... czuć zapach wieków, po tych brukach przez ponad 500 lat wędrowali ludzie... na balkonach suszy się pranie, stoją donice z kwiatami, w słońcu wygrzewa się rudy kot, w klatce śpiewają kanarki... obok długie, zgrabne damskie nogi w kabaretkach... to manekin bez tułowia wabi męskie spojrzenia...
Mijamy kawiarnię Els Quarte Gats /Cztery Koty/.. . To tu bywali Picasso, Utrillo, Gaudi, tu odbywały się spotkania literackie, wernisaże, spektakle teatru cieni i marionetek... ileż uroku ma ta część Barcelony...ukryte w bramach ogrody, zaułki szerokie na wyciągnięcie ramion, małe sklepiki, knajpki, butiki, galerie, bary...cukiernie kuszą lodami i ciastkami o fantastycznych kształtach...nie możemy się powstrzymać, kupujemy dwie olbrzymie bezy – orzechową i kawową i oddajemy się rozpuście... okruchy osypują się pod stopy, bezy rozpadają się pod palcami... tak niewiele trzeba do pełni szczęścia...
W La Ribera przy uliczce Carrer de Montcada ustawiamy się w kolejce do Muzeum Picassa... pół godziny stoimy w upale w kolejce wijącej się jak długi, zakręcony wąż... muzeum zajmuje pięć sąsiadujących ze sobą średniowiecznych rezydencji z pięknymi dziedzińcami... nie wolno tu robić zdjęć, więc zdajemy się na naszą pamięć wzrokową.. nie ma tu największych arcydzieł Pabla, tylko jego szkice i rysunki z młodych lat, niektóre jeszcze trochę nieudolne, podpisane Pablo Ruiz Picasso i te z czasów, kiedy mieszkał w Barcelonie...
Jeden z obrazów to „Portret ciotki Pepy”... starej, zgorzkniałej kobiety, krewnej Pabla... „dziwaczka, dewotka, zamknięta w małym światku figurek, świętych obrazków, krzyży. W jednopokoikowym światku, co pachniał święconą wodą, kadzidłem i wonią przedwcześnie palonych gromnic. Rok trwała w postanowieniu, rok rozmyślała o szansie dla młodziana, niegdyś protegowanego jej zmarłego brata. Rok… by wiedzieć, czy chce, by kiedyś podziwiały ją miliony. (…) Siedzi więc ciotka Pepa z zaciśniętymi wargami, z głową nieco przekrzywioną, z oczami wbitymi w zamyśloną przestrzeń, bez oddechu niemal – coś może przeszkodzić nieletniemu artyście. Jakby się… bała, że z rutyny krzyku wyrwanie zaszkodzić może. Do siebie samej wraca się nazbyt trudno. Lepsze więc zniecierpliwienia, złośliwości, zgryźliwości, zaciętości maska. Panna smutna, zwiędła, w bezpiecznym skryta świecie ucieczek z pokoju-kapliczki w świat. Twarz jej wyraźna, rozświetlona, nienosząca cienia szkaradnego charakteru, a smutek bezmierny, samotność wybrana, osamotnienie, na które skazała samą siebie, gdy czas począł pachnieć kurzem. Tu nieśmiertelna, w jednym z najpiękniejszych portretów, jakie namalował Picasso. Prawdziwa w tym, czego dostrzec nie potrafiła ni liczna rodzina, ni najróżniejsi biografowie Mistrza. Tło ciemne niczym jej myśli, w których kolory miejsca musiały ustąpić chmurności oblicza. Wszak starej pannie śmiać się nie wypada.” /M.Baran/
Opuszczamy świat Picassa... rozpalonymi słońcem uliczkami idziemy do kościoła Santa Maria del Mar...kamienna jasna fasada zaprasza do środka... a tam cisza, półmrok, wysokie sklepienie wsparte na rzędach ośmiobocznych kolumn... pożar w 1936 roku ogołocił kościół z rzeźb, obrazów, ozdób... dzięki temu jest teraz tak niesamowite, mistyczne, ascetyczne... Takie powinny być wnętrza świątyń...skłaniające do spojrzenia w głąb siebie, nie rozpraszające skupienia złoceniami, natłokiem detali, często jarmarcznych, zbyt krzykliwych... tu jest jedynie delikatne przytłumione światło witraży...
Obok kościoła mała, swojska knajpka cudownymi zapachami przypomina nam, że pora na obiad... wszystkie stoliki zajęte, ale uśmiechnięta właścicielka pokazuje nam, że za 5-10 minut coś się zwolni... czekamy grzecznie w kąciku, sycąc oczy przekąskami wyłożonymi na ladzie...czego tam nie ma...maleńkie kanapeczki, krewetki, pasty, faszerowane oliwki, ile kolorów, smaków...chciałoby się jeść wszystko po kolei... wreszcie zwalnia się stolik w rogu sali, tuż przy oknie z widokiem na boczną ścianę Santa Maria del Mar... i zaczyna się uczta...jemy mule i tortillę espanola /omlet z jajek i smażonych ziemniaków/, do tego po lampce białego, chłodnego wina... to jest ekstaza, raj dla ciała i duszy, omlet rozpływa się w ustach, mule są pyszne, świeżutkie, wino przyjemnie chłodzi podniebienie... jedzenie może być rozkoszą jak seks....
Najedzeni wolno wędrujemy uliczkami w stronę Rambli...przekraczamy hałaśliwy deptak i wkraczamy w inny świat... to El Raval, dzielnica równie wiekowa jak Barri Gotic, zwana też Barri Xino /Chińską Dzielnicą/...ale tu, zaledwie prę kroków w głąb, otwiera się zupełnie inna Barcelona.... zaniedbane domy, na maleńkich ciasnych balkonikach przerdzewiałe klimatyzatory, butle gazowe, składane żelazne łóżka, pranie, śmieci... późnym wieczorem na ulicach stoją prostytutki, kwitnie handel narkotykami... nie jest to bezpieczne miejsce... na każdym kroku widać imigrantów, kolorowych, ubranych w narodowe stroje, mówiących swoimi językami... turyści zaglądają tu rzadko i raczej nie robią zdjęć... nigdy nie wiadomo, czy kogoś się nie rozdrażni... ale pomału i w ten świat wkrada się sztuka...pojawiają się małe galerie, wynajmują mieszkania artyści... tu mieści się muzeum sztuki współczesnej Museu a'Art Contemporani de Barcelona... zaglądamy w brudne, zaniedbane zaułki i wracamy w stronę Rambli...
Nieopodal deptaku, przy ulicy Carrer Nou de la Rambla znajduje się Pałac Güell... dzieło Gaudiego... wybudował go dla swojego przyjaciela i protektora hrabiego Euzebiusza Güell... do pałacu prowadzi gigantyczna podwójna brama wejściowa z szarego kamienia, a w jej zwieńczeniu inicjały właściciela E.G i herb Katalonii... przez tą bramę dziesiątki lat temu wjeżdżały na dziedziniec powozy, którymi przyjeżdżali goście hrabiego... parkowały na podworcu, a konie odprowadzano do powstałych w piwnicach stajni... niestety nie dane nam wejść do środka, bo od lat trwają tu prace konserwatorskie... podziwiamy więc tylko fasadę i niesamowite kominy, kolejny dowód fantazji Gaudiego... Ozdobione mozaikami i płaskorzeźbami, nam przypominają wafle wypełnione kulkami kolorowych lodów... porcje, jak dla baśniowych olbrzymów...
Umysł Antonia był umysłem geniusza...nie rozumieli go jemu współcześni i często nie potrafili docenić jego wielkości... sam tak mówił o jednym z najbardziej znanych ze swoich dzieł, o Sagradzie: „znikną kąty i materia zamanifestuje się w swej astralnej krągłości; słońce wzejdzie z czterech stron i będzie to wizja ziemskiego raju”...
Schodzimy jeszcze Ramblą w dół do portu... na masztach żaglówek migocą światełka...księżyc odbija się w czarnej wodzie... jest spokój, nie ma wiatru...siadamy na kamiennym murku i rozkoszujemy się urokiem chwili... zakochaliśmy się w Barcelonie, smutno nam, że pojutrze trzeba ją będzie pożegnać...kto to wie, czy jeszcze kiedyś uda nam się tu wrócić....
Łodzie i jachty zasnęły...pora i nas... wracamy do hostelu...Bona nit Port Vell!BARCELONA 6
Dzisiaj budzimy się przed wschodem słońca... jest szósta rano...za oknem ciemno, Barcelona jeszcze śpi...
Idziemy pustymi o tej porze ulicami do metra....wysiadamy na Placu Hiszpańskim... pomału zaczyna świtać... znajdujemy jedyną w okolicy czynną o tej porze kawiarnię... pełno w niej ludzi w garniturach, z aktówkami, wpadli na łyk espresso przed pracą... kelner uwija się jak cyrkowy żongler, filiżanki z kawą i croissanty w ciągu minuty pojawiają się na ladzie przed nami...zaspani z każdym łykiem budzimy się do życia...
Pokrzepieni porannym zastrzykiem energetycznym idziemy do tuneli metra...dobrze, że jesteśmy tu wcześnie, bo przez dwadzieścia minut nie możemy znaleźć peronu, z którego odjeżdża nasz pociąg... oglądamy mapy, plany, pytamy obsługę metra, każdy mówi co innego, biegamy tam i z powrotem, schodami w górę i w dół... wreszcie olśnienie... jest, ostatni peron w ciemnym kącie i pociąg.. ufff.... za parę minut odjazd, zdążyliśmy...
Jedziemy 40 kilometrów za Barcelonę do słynnego w całej Hiszpanii, tuż obok Santiago de Compostela, sanktuarium maryjnego - opactwa Montserrat.... Monestir de Montserrat... to taka katalońska Jasna Góra...
Pociąg najpierw przemyka się podziemnymi tunelami, potem wyjeżdża na zewnątrz....widoki takie sobie, bo przejeżdżamy przez przedmieścia Barcelony, a te – jak we wszystkich miastach – nie grzeszą urodą... potem pojawiają się małe wioski... mijają minuty... rozmawiamy z siedzącymi naprzeciw nas Australijczykami z Queensland... sympatyczne małżeństwo po 60-tce...przyjechali zwiedzać Europę, byli już we Francji, Włoszech, Anglii, Belgii, Holandii....teraz przyszła kolej na Katalonię.... potem lecą do Madrytu...
Wreszcie za oknem pojawia się masyw Montserrat... po katalońsku to przepiłowana góra... legenda głosi, że aniołowie złotymi piłami wyrzeźbili w skale miejsce dla Czarnej Madonny... tu nazywają ją La Moreneta – Czarnulka...
Opactwo benedyktyńskie Montserrat istniało tu od wieków...ileż pracy, samozaparcia i silnej wiary wymagało wybudowanie klasztoru na niedostępnej górze San Juan... w XI wieku jednak im się to udało... wieki mijały, a opactwo odradzało się z upadków i ruin jak inny znany kamienny Feniks na Monte Cassino...
Pociąg wjeżdża na małą stacyjkę, przesiadamy się szybko do wagonika kolejki linowej... i powoli wjeżdżamy na wysokość 700 metrów n.p.m... można tam też dostać się kolejką szynową, samochodem lub wejść pieszo pielgrzymując po drodze do kaplic i eremów...
Majestatyczne skały wyglądają jak wielkie fantastyczne zwierzęta lub zakapturzeni mnisi idący gdzieś przed siebie w milczącej procesji... W dole widać wstęgę szosy i koryto rzeczki Llobregat... pogoda niestety nie sprzyja podziwianiu widoków, otaczają nas chmury...a szkoda, bo gdy jest dobra widoczność można stąd zobaczyć Pireneje, Barcelonę i Morze Śródziemne...
Wagonik dobija do miejsca przeznaczenia....opactwo nie wygląda z daleka jak budynek sakralny, przypomina nam raczej wielki wojskowy bunkier dolepiony do gigantycznych skalnych grzebieni... sam kościół jest stąd niewidoczny...
Montserrat, jak każde miejsce pielgrzymek, to także cała otoczka – handel dewocjonaliami, sklepy, stragany, knajpy, domy pielgrzyma... o tej porze jest pusto, ale już za godzinę, dwie pojawią się tłumy, samochody, autokary... korzystając z naszej przewagi czasowej powoli idziemy na dziedziniec, a stamtąd wchodzimy na kolejny, wewnętrzny, stając przed fasadą kościoła... w podcieniach wypisano sanktuaria maryjne na świecie... jest i nasza Częstochowa, jest Lourdes, Fatima... wchodzimy po prawej stronie do ciągu bocznych kaplic otaczających nawę kościoła...przed nami zaledwie kilka osób...
jeszcze tylko kilkanaście stopni schodów i stajemy przed Czarną Madonną … Maria o czarnym obliczu siedzi na tronie z dzieciątkiem na kolanach otoczona pancerną szklaną tubą... przez niewielki otwór wyciąga rękę trzymającą jabłko...każda z przechodzących osób dotyka go, bo mówi się, iż „kto dotknie jabłka, które Madonna trzyma w ręku, temu spełni się to, o co prosi..”
Prosimy więc i my, w nadziei, że La Moreneta usłyszy nasz głos... schodzimy w drugą stronę do kaplicy a potem na zewnątrz obchodzimy kościół wracając na dziedziniec... zapalamy świece w intencji naszych próśb...tysiące migotliwych płomieni pali się pod podcieniami... każdy z nich to czyjaś modlitwa, pragnienie, wołanie o pomoc, o cud, o przychylność, podziękowanie za otrzymane łaski...
Wchodzimy do wnętrza XVI-wiecznego kościoła... w renesansowym ołtarzu widać Madonnę i przechodzącą przed nią rzekę ludzi...każdy z nich przybył tu wiedziony nadzieją, która jak powiadają umiera ostatnia...
Jak pisał Geothe: „nigdzie indziej poza swoim własnym Montserrat, nie znajdzie człowiek szczęścia i spokoju”...
Legenda mówi, że figurę Czarnej Madonny wyrzeźbił Św. Łukasz, a Św. Piotr przywiózł ją do Barcelony... ale to tylko legenda, w rzeczywistości powstała w XII wieku... W średniowieczu wierzono też, iż właśnie tu znajdowała się Montsalvat - Góra Zbawienia, ten szczyt umieszczony u dalekich granic, do których żaden śmiertelnik się nie przybliży, a w niej ukryty był Święty Graal...
Mnisi rozsławili swoje opactwo i cudowną moc Madonny nie tylko w Katalonii, ale i całej Hiszpanii... dziś raz w roku pielgrzymują tu mieszkańcu Katalonii, a codziennie przybywają setki ludzi z całego świata...
Klasztorna biblioteka jest bogata i znana bibliofilom, jest prawie 250 tysięcy ksiąg... a w muzeum Montserrat nie lada gratka dla miłośników malarstwa: obrazy Dalego, Picassa, Moneta, El Greca, Caravaggia....
Wychodzimy poza obręb murów...chmury rozwiały się i południowe słońce mocno przygrzewa...siadamy na tarasie i popijając zimny sok i kolejną kawę patrzymy w dół na pnące się ku szczytom wagoniki kolejek...
Góry wokół nas, nieme i zamyślone, od wieków spoglądają na mijające jak oka mgnienie pokolenia pielgrzymów...ilu już ich tu było, a ilu jeszcze nadejdzie...a one wciąż pozostaną niezmienne, niewzruszone, otulone mgłą, chłostane deszczem, wypalone słońcem...
Czas wracać do miasta....zjazd kolejką, pociąg, metro...wysiadamy na Placa Catalunya... pora obiadu, więc postanawiamy zjeść coś szybciutko... znów, jak parę dni wcześniej, idziemy na targ – La Boqueria... na nasze ukochane krewetki.. ale zanim siądziemy na barowych krzesłach raz jeszcze podziwiamy bogato zastawione kramy... pełno ludzi, sprzedawcy uwijają się jak w kropie: pakują świeże ryby, zbierają z lady rozbiegane małe kraby, ważą garście krewetek, żonglują dojrzałymi melonami, zachęcają do kupna częstując kawałkami mango, gruszek, fig, ananasów...wieszają na hakach aromatyczne wielkie szynki... nie możemy się napatrzeć na tą obfitość wszelakiego jadła... chciałoby się spróbować wszystkiego, zatopić zęby w miąższu pomarańcz, ocierać z brody sok kapiący z nagrzanych południowym słońcem brzoskwiń, smakować truskawki jak czerwone klejnoty, słodkie i pachnące, przegryzać kozim serem, kawałeczkiem pasztetu z truflami, pistacjami czy śliwkami a na koniec może maleńka czekoladka z marcepanowym nadzieniem albo torcik z malinami... obżarstwo nie powinno być grzechem...
wreszcie docieramy do naszych krewetek...są tak samo pyszne jak ostatnio... palcami otłuszczonymi oliwą odrywamy kawałki świeżutkiej bagietki... popijamy sokiem z pomarańczy... i marzymy, żeby wrócić do Barcelony raz jeszcze i znów czuć na języku jej smak...
Po obiedzie wracamy do hotelu...pakujemy rzeczy, potem szybki prysznic.... chwila odpoczynku i wieczorem wyruszamy na pożegnalny spacer i kolację... Nad miastem zapada zmierzch, widać już pierwsze gwiazdy...jest ciepły wieczór... idziemy powoli Ramblą, starając się zapamiętać jej niepowtarzalny nastrój, nastrój radości, zabawy, wiecznej fiesty... tu czuje się siłę optymizmu, jaką daje życie pod południowym słońcem, bez posępnych dołujących zim, dojmującego chłodu, śniegu, który w mieście jest jak czarna breja przeżarta tonami wysypywanej soli...
Zaglądamy jeszcze do portu...migocze i lśni w wieczornych światłach... wabi nas dalekimi podróżami pod Krzyżem Południa... tyle jest na świecie miejsc, do których nigdy nie dotrzemy, których nie poznamy, tyle wysp i zaczarowanych miast, mórz, oceanów, pustyń i gór... chciałoby się rzucić wszystko i wyruszyć w rejs bez powrotu...
powoli zagłębiamy się w zaułki Barri Gotic i dochodzimy do Placa Reial... tu życie zaczyna się po zmroku... ten wielki plac otaczają kamienice z podcieniami, które kryją w sobie restauracje, bary... na placu przed każdą z nich stoliki nakryte białymi obrusami, świetlne refleksy odbijają się w szkle kieliszków, słychać kojący szmer fontanny...mrok placu rozświetlają latarnie projektowane przez Gaudiego, w delikatnym wieczornym powiewie kołyszą się palmy... z trudem znajdujemy wolny stolik, przed niektórymi z knajpek- tymi z wyższej półki - stoją długie kolejki czekających na wolne miejsca... zamawiamy czarną paellę – arroz negro... podana na dużych patelniach wygląda jakby ktoś wymieszał ją z sadzą.. mamy czarne wargi i język, jakbyśmy najedli się węgla... a to tylko atrament z kałamarnicy...
Na deser kawa i lampka wina...siedzimy wsłuchani w nocny rytm Barcelony... zadumani i milczący, bo przecież to już pożegnanie...i nic tego nie zmieni... już jutro będziemy tak daleko stąd... czemu szczęśliwe i piękne chwile w naszym życiu zawsze trNapisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
trwają tak krótko.... chciałoby się zaczarować czas, zatrzymać go choć jeszcze na parę dni.... zostaną nam tylko wspomnienia, tego miasta i nas samych...
Żegnaj Barcelono!Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Jak pieknie Joano :)) Bedzie co nocami czytać :))
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
cudownie...dokładnie tak;)))...nocami...uwielbiam czytać...;))
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
jutro wrzucę Maderę i Wenecję, żeby się łącza nie zatkały...
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Spokojnie Joano, masz czas, my poczekamy na wszystko!
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Kochana jesteś Joano:)właśnie usiadłam po całym dniu spędzonym w kuchni i od razu wpadam do Paryża.Nie przypuszczałam,że będę odpoczywała w takim cudownym miejscu:)
Fajnie,że się zdecydowałaś na swój wątek.Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Ale tu jest to samo Różyczko co było w beznadziei... to moje stare kartki
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Joano:))lubię podróże i te w realu i wirtualne, jadę z Tobą:)
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
I WENECJA
WENECJA
Mroźny lutowy poranek, a właściwie ostatnie godziny nocy... niedługo wstanie świt nad szczytem Marmolady we włoskich Dolomitach... Wyruszamy z naszej małej, ukrytej wśród gór, miejscowości Malga Ciapela... gwiazdy jak brylanty wpięte w czarny aksamit nieba błyszczą nad głowami... złoto-srebrny księżyc wolno wędruje wśród konstelacji... stoimy na parkingu i zanim wsiądziemy do samochodu podziwiamy to naturalne boskie planetarium...
Przed nami droga do Wenecji... zjeżdżamy w dół, mijając pogrążone jeszcze we śnie miasteczka...w wąwozie Sottoguda w blasku księżyca lśnią zimnym światłem lodospady... Boscoverde, Alleghe, Agordo, wreszcie Belluno i skok na autostradę, która zaprowadzi nas prosto do celu...
Przed dziewiąta wjeżdżamy na wielopoziomowy parking.. ubieramy się ciepło, bo chłodny wiatr daje się we znaki i ruszamy na przystań vaporetto... wodny tramwaj wolno płynie ku Piazza San Marco... Wenecja – perła Adriatyku, rozsiadła się na ponad 100 wysepkach, obmywana zielonymi falami, wieczna, wydawać by się mogło, że niezniszczalna... ale Wenecja pomału umiera... kto wie, ile jeszcze pokoleń cieszyć będzie oczy pięknem tego niesamowitego miasta...
Na Canale Grande jak zwykle duży ruch ...mieszkańcy spieszą się do pracy, załatwiają swoje codzienne sprawy, robią zakupy...turyści z całego świata obwieszeni aparatami i kamerami, z zachwytem chłoną cudowne widoki... mijają nas gondole, zwinne i szybkie, gondolierzy zgrabnie lawirują pomiędzy stateczkami, pozdrawiają się uśmiechnięci... po obu stronach majestatyczne, szlachetne w swej architekturze, pałace wyłaniają się z laguny... dopiero od pierwszego piętra można w nich normalnie żyć...na parterach, zmurszałych i spękanych chlupocą wody laguny...
Jak śpiewał Marek Grechuta:
Od morza wieje siwy wiatr kołyszą się gondole
Stary srebrzystobrody świat rozstawił główne role
Piazza San Marco Ratusz arkadów klawiatura
Tycjan El Greco tutaj śni - milczy architektura
Wenecja - mgłaUlice wymyślono tak by zmieścił się przechodzień
We dwoje tylko - szerszy trakt to już płynąć po wodzie
Okno otwarte nie wie co warkotu nawałnica
Zamknięte tylko po to bo na dwoje jest ulica
Wenecja - mgła
Labirynt mgły labirynt słów i labirynt lazurów
Zmienił się w rzekę ulic rów - podwoił wzniosłość murów
Nie dość Wenecji było mgły wśród błękitów nad głową
Teraz odpływa tak jak sny przez żalu jedno słowo
Wenecja
Przez czapę chmur przebijają się nieśmiałe promienie słońca... dopływamy do Placu Św. Marka... przez Piazzetta San Marco, pomiędzy Pałacem Dożów a bazyliką, strzeżoną przez kwadrygę złotych rumaków, wchodzimy do najpiękniejszego salonu Europy...tak nazwał to miejsce Bój Wojny – Mały Cesarz – Napoleon...
Jest czas karnawału.. co krok spotykamy barwne jak rajskie ptaki przebrania i stroje... tu zamyślona kobieta w złotej sukni o smutnej twarzy skrytej za złotym, nieruchomym obliczem maski ... przez mały mostek nad kanałem przemykają damy dworu...szeleszczą halki krynolin, drżą strusie pióra wachlarzy i koafiur, błyszczą klejnoty – rubiny, szmaragdy, szafiry, brylanty... w zielonej wodzie odbijają się wdzięczne sylwetki Colombiny i Pierrota, po jego twarzy spływa mała diamentowa łza... trzej szlachetni panowie pochylają nad złotymi tabakierami głowy w ozdobnych kapeluszach.. na biustach i policzkach pań wabią wzrok zalotne czarne muszki... wiekowe bruki omiatają długie, powłóczyste brokatowe i aksamitne treny... tu z purpurowych kryz wychylają się białe, porcelanowe twarze trzech mimów... tam zakochana para, oboje w złoto-błękitnych szatach, ona osłania twarz delikatną koronkową parasolką...
Na wszystkich straganach i wystawach maski... maleńkie, subtelne do przesłonięcia zaledwie oczu, obramione piórami, cekinami, perłami... z delikatną rączką jak w teatralnym lorgnon...zakrywają tylko połowę twarzy, pozostawiając odkryte zmysłowe usta, kuszące, wabiące, złożone do pocałunku, obiecujące rozkosze w noc po balu...to znów maski, za którymi chowa się cała głowa...bogate, otoczone wieńcem strusich piór, o drapieżnych rysach, orlim nosie i wąskich wargach... feeria barw, kształtów, bogactwo ornamentów i wzorów...
Jesteśmy już w tym mieście trzeci raz, więc tym razem nie zwiedzamy zabytków...zaglądamy tylko do przedsionka muzeum szkła z Murano... w hallu unosi dumnie głowę o rozdętych chrapach zachwycający zielony koń... podświetlone, lekko mleczne szkło, ma barwę krystalicznie czystej wody górskich potoków, prześwietlonych słońcem wodorostów, otulonych poranną mgłą traw... patrzymy w zachwycie jak biegnie wybijając kopytami nieznaną melodię w zaczarowaną krainę baśni, w świat utkany z marzeń i snów...
Wędrujemy małymi wąskimi uliczkami, z dala od zgiełku Piazza San Marco......chcemy poznać prawdziwą Wenecję, tę z dala od wydeptanych przez tysiące turystów tras... Wsłuchać się jak bije serce miasta, niezmienne od tylu setek lat, poczuć jak pachnie woda, w której przez wieki przegląda się Królowa Mórz...
Tego roku aqua alta sięgnęła wysoko...woda wdarła się na Piazza i w głąb ulic... wszędzie widać leżące worki z piaskiem i drewniane pomosty – te chodniki powodzi, po których wędrują Wenecjanie... woda w kanałach zrównała się z placami, nie widać schodzących ku niej schodów ...od czasu do czasu senną, leniwą falą rozlewa się pod filarami mostów, zalewa przystanie dla gondoli... jest spokojna, chłodna, wygładzona...
Zaglądamy w zakamarki Wenecji... w bramy, o porośniętych mchem cokołach, wpływa ciemna woda... słychać delikatny plusk, gdy uderza o kamienny mur... samotne, puste gondole, okryte brezentowymi plandekami, przytulone do ścian, śpią, czekając na właścicieli... jedne bogate, o pięknie rzeźbionych dziobach, pokryte złoceniami...na obiciach siedzeń burbońskie lilie, adamaszkowe wici roślinne, gryfy, smoki, lewiatany... obok ubogie krewne, proste, surowe, ascetyczne... przy nich małe białe motorówki, niewielkie łodzie...
Budynki są tu zapuszczone, odrapane...łuszczące się z tynku ściany pokryte liszajem wilgoci, zabite deskami okna na zalanych wodą parterach, zmurszałe odpadające gzymsy, na powierzchni kanałów unoszą się śmieci, puste puszki, butelki, skórki pomarańczy, papiery, zużyte prezerwatywy – niemi świadkowie nocnych uciech, na wpół wypalone pety, psie kupy.. latem panuje tu odór nie do wytrzymania... to jest prawdziwa Wenecja...nie ta błyszcząca w pełni makijażu, złocona, jak gigantyczna teatralna scenografia odstawiona na użytek turystów... wąskie chodniki, ogrodzone barierkami zapadają się w brudną wodę, zbutwiałe drewniane pale podpierają walące się budynki, na murach pleśń i grzyb...
Za zielonymi okiennicami domów toczy się zwykłe, codzienne życie... na sznurkach schnie pranie, na tarasach i balkonach krzewy i małe drzewka, jedyne w tym mieście skrawki zieleni, wabią gołębie... w wielu oknach kolorowe wiatraczki obracają się leniwie w słabych podmuchach wiatru... unosi się zapach gotowanych potraw...
Zaglądamy na targ rybny Pescheria...pod wysokim sklepieniem hali na nieskalnej bieli lodu i szronu przetykanej zielenią ziół i sałat, leżą ryby i owoce morza... wokół uwijają się z wrzaskiem olbrzymie mewy... czasem udaje im się ukraść jakiś smakowity kąsek prosto ze straganu... przeklinane przez sprzedawców, przeganiane, wracają co chwilę by upomnieć się o swoje... pod koniec targowego dnia, kiedy stoły pustoszeją, są ich tu dziesiątki... walczą ze sobą o resztki, które walają się po kamiennej posadzce...
Wędrujemy na drugą stronę Ponte di Rialto, z trudem przepychając się przez tłum... kolorowa rzeka ludzi przelewa się z jednej końca mostu na drugi... być w Wenecji i nie zaliczyć Ponte Rialto i Ponte dei Sospiri /Mostu Westchnień/ to niewybaczalne... więc każdy musi tu dojść, zrobić sobie zdjęcie na tle Canale Grande, kupić jarmarczne błyskotki z Murano po parę euro... uciekamy stąd jak najdalej znów chroniąc się w ciszę pustych ulic, placów i kościołów... idziemy po „placach tak szerokich jak dźwięk słowa „żegnaj” i po ulicach tak jak „kocham” wąskich”/J.Brodski – Strofy weneckie/... dotykamy kamieni, które pamiętają dalekie i odległe w czasie wydarzenia, pokolenia, które mijały jak okamgnienie, wojenne zawieruchy i czasy świetności i potęgi... przechylamy się przez balustrady i poręcze wpatrując się w mętną wodę kanałów, po których od stuleci pływali Wenecjanie... ile jeszcze lat przetrwa ten cud architektury, zanim bezlitosna śmierć pogrąży Perłę Adriatyku w morskich odmętach... jesienią i zimą nadchodzi wysoka woda – aqua alta, zalewa miasto i odchodzi, by powrócić za rok... A ono zapada się coraz głębiej i głębiej, podnosi się poziom mórz, kamienne ciało miasta trawi air polution, spaliny, ścieki, smary, smog, chemiczne wyziewy z przemysłowej Marghery, trujące dymy... systematycznie, z premedytacją, bezlitośnie mordujemy ponadczasowe piękno... za sto lat będzie to wymarłe miasto... kto wie, może po raz ostatni tu jesteśmy... spieszmy się kochać Wenecję, tak szybko odchodzi....
„...Wenecja na przykład
(..) w jej oczach się przegląda Bóg i turyści
I już bruk się usuwa spod nóg
Ale błyszczy jeszcze błyszczy
Ciągle godna podziwu
I miłości wciąż chciwa
Na nabrzeżach obrusy nakrywa
I kusi i łopocą obrusy
Bardzo łatwo pokochać (…) Wenecję
(..) A w jej oczach się przegląda Bóg
Mówiąc sobie może bym dla niej coś zrobić mógł
Lecz nie zrobię nie, nie zrobię
/Kalina Jerzykowska/Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Witaj moja Czarodziejko!
Od rana czytam i wracam do tych miejsc w których Ty byłaś a ja mam nadzieje być:))))
Pozwalają mi one przetrwać te szaro-bure dni i brak słońca...
kiedy czytam grzeje sie atmosferą Twoich wspomnień:)
Jest cudownie DZIĘKI:))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
JOANKA wrzuć jeszcze link do zdjęć bo nowe nie będą wiedziały, a one są dopełnieniem całości:)))i tak samo czarowne:)oczywiści zdjęcia hihi:)
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry -
Ja czytam na bezdechu:)...i wciąż nie mogę dokończyć, bo wracam do początku tak zachwyca mnie chwila ,że chce pozostać w niej dłużej...:))
Napisano 4 miesiące temu | adres wpisu | do góry
Odpowiedz »
Musisz się zalogować, aby móc pisać. Jeżeli nie masz konta zarejestruj się.
