Zainspirowana prośbami koleżanek z forum zakładam nowy temat .Chciałabym , abyśmy tu pisały swoje wspomnienia z podróży . Tych małych i tych duzych :) . Każda z nas jakieś ma zachowane obrazki w pamieci , na zdjęciach lub w postaci bibelotów wspomnienia z wycieczek , wczasów czy nawet wypadów za miasto..
Może , któras z Was przezyła wyprawę zycia ? Moze studiowała za granicą , a może pracowała tak jak ja ?
Chodzi mi o takie osobiste wspomnienia o zapachach , kulinarnych smakach lub spotkaniach z ciekawymi ludźmi.
Ja podzielę się z Wami swoimi ..:) Jestem bardzo ciekawa swiata , wiem , ze nie wszędzie dotrę tam gdzie bym chciała..ale uwieżcie mi - wirtualnie tez jest przyjemnie podróżować..
Moje wspomnienia z podróży
(138 wpisów) (22 głosy)-
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry
-
Ok, mam taki jeden dziennik podróży z wakacji 2009 roku. Były wspaniałe, jak każde, ale z tych zachowałam notatki. Mogę co jakiś czas coś przepisać, jeśli Was to nie zanudzi.
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Mój pierwszy wyjazd za granicę..Hmm to nie był wyjazd..to było przejscie..:) Miałam wtedy naście lat , wczasy w Swinoujsciu..Mama miała zrobioną tzw. wkladkę do dowodu osobistego.Na jej podstawie mozna było wybrać się do Niemiec..a razczej do wschodnich..czyli NRD. Pamietam przejscie dla osób pieszych , kolejkę, a potem małe miasteczko Ahlbeck . Strasznie mi się podobało .Widocznie już wtedy miałam zamiłowanie do małych i klimatycznych miejsc. Wille i domki zadbane, ogrodzone ładnie .Niektóre domy miały nazwy typu ,,Willa Maria ".., a na małych uliczkach często mozna było spotkac kogoś na rowerze z wiklinowym koszykiem z zakupami przy kierownicy . Strasznie mi się podobało. To juz był inny świat dla mnie. Pamietam małe sklepy pełne kolorowych słodyczy , misie żelki były wtedy na topie :) !
Mama kupiła mi zielone kalosze ocieplane w środku (hit! ) i zimowe kozaki . Brązowe n długie na zamek na niezniszczalnej gumowej podeszwie..strasznie się cieszyłam i pamiętam je do tej pory ..c.d.n..
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
nie Mario nie zanudzi..ja własnie załuję, ze nie mam takiego dziennika..i wiele wspomnien uciekło..
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
No dobra, raz kozie śmierć. Nieco nieśmiale pokazuję wpis z pierwszego dnia moich wakacji. Gwoli wyjaśnienia, to najpierw jechałam do Wrocławia, gdzie już był mój mąż z naszymi latoroślami - Marysią, Niną (wtedy Janeczką) i Michasiem, u swoich rodziców.
WAKACJE 2009 ROKU31.7.2009 PIĄTEK
9.50
No to jadę na ten urlop. Rano z nerwów żołądek przyjął tylko 2 kanapki maźnięte serkiem topionym. Może dlatego, że to mój ulubiony ze słonecznikiem. Pogoda zrobiła się raptem mało przyjemna. Niebo zasnuły ciężkie chmury, zerwał się wiatr. Szybko wyciągnęłam z plecaka skarpetki i bluzę, gratulując sobie w duchu spakowania ich na wierzchu. A swoją drogą, to dlaczego na wszystkich dworcach zawsze jest zimno?
Jadę w pierwszym wagonie za lokomotywą, przedział 6, miejsce 62 przy drzwiach, zgodnie z kierunkiem jazdy. Kiedy weszłam, w przedziale siedzieli przy oknie starsi państwo. Jak ich prosić o pomoc przy włożeniu ciężkiego plecaka na półkę? Już rozpięłam sandały chcąc wejść na ławki i jakoś podnieść plecak (nie będąc do końca pewna pozytywnego rezultatu), ale przypomniałam sobie konduktora w pierwszym przedziale. Poszłam jako Blondynka i zapytałam „czy mógłby mi Pan pomóc wynieść plecak?” „Wynieść plecak?” „chodzi mi o położenie go na półkę” „No właśnie, myślałem, że pani chce go gdzieś na dach wynieść”. Jednym ruchem (kurczę, kiepsko się pisze w jadącym szybko pociągu) podniósł i położył plecak na półce. Podziękowałam. We Wrzeszczu wsiadł młody człowiek z torbą z logo „Empik”, Szkoła Języków Obcych”. A w Gdańsku dosiedli się kolejni starsi państwo. Jednym słowem towarzystwo ok, ja siedzę, tłoku nie ma, upału też nie.11.30
Ruszamy z Bydgoszczy. Słońce miło świeci, jest leniwie i spokojnie. Na korytarzu mężczyzna pod krawatem rozmawia przez telefon, wtrącając co jakiś czas odpowiedni przerywnik. Do sąsiedniego przedziału wsiadła szczupła tleniona blondynka w obłędnej dopasowanej czarnej sukience w duże białe grochy i na niebotycznie wysokich lakierowanych czarnych szpilkach. Osobliwy strój do jazdy pociągiem...
Na korytarzu orgia kolorowych koszulek – z lewej jadowita żółć, z prawej kolący w zęby fiolet, w środku ja w soczystym pomarańczu ...Poznań
Dotarłam spokojnie na peron 5. Ilość jadących przez Wrocław pociągów zdaje się nie mieć końca ...14.20
Poruszenie, nadjeżdża pociąg. Kolejka wysiadających zdaje się nie mieć końca. Wreszcie, tłum szturmuje drzwi z dwóch stron. Udaje mi się znaleźć miejsce siedzące, po mnie wsiada jeszcze młoda dziewczyna i na końcu dociera starsza pani.
Jest duszno, okna otwarte na przestrzał, ale kiedy pociąg staje robi się nie do wytrzymania.16.30
Podsumujmy skład osobowy:
Naprzeciwko od okna. Wysoka dziewczyna w sweterku, z wyraźną oponką na brzuchu, obok jej chłopak Łukasz, w typie urody przypominający Sambora Czarnotę. Dziewczyna, która wsiadła po mnie i wreszcie uczynny młody człowiek wyglądający jak młodsza i chudsza kopia Borysa Szyca.
Po mojej stronie od okna siedzą dwie nie najmłodsze panie, z których jedna (ta co wsiadła na końcu) okazała się być jedną z tych familiarnych osób, porządkująca swoją torebkę i rozprawiając głośno, jak to po solidnym krwotoku, który ją przeczyścił, skończyła jej się menstruacja. Na szczęście nie produkuje nieustannego słowotoku. Ja i obok mnie śpiąca na okrągło dziewczyna. Na korytarzu siedzi na torbie młode, ufarbowane na rudo dziewczę, przeszywające mnie często wzrokiem. Kopia Borysa Szyca miarowo stuka prawą nogą w rytm słuchanej muzyki. I siedzi cały czas w okularach przeciwsłonecznych.
Okna otwarte, lekki powiew nic nie daje. Dobrze, że chociaż pociąg jedzie, to daje złudne wrażenie mniejszej duchoty.22.45
Dotarłam do Wrocławia cało, choć na wpół uduszona. Po obiadokolacji wyszliśmy przed dom – dzieci chciały pokazać sztuki i opanowanie jazdy na rowerach. Rzeczywiście – śmigają na rowerach świetnie. W końcu wsiadłam i ja na rower – okazuje się, że to typowy przykład tego, że jest to jak ... z jazdą na rowerze, tego się po prostu nie zapomina.
Przed 21.00 cztery kobiety – mama, ja, Marysia i Dorotka-Psotka pojechałyśmy oglądać reklamowaną wszędzie, piekielnie drogą - jeśli chodzi o koszty budowy, fontannę. Rzeczywiście robi wrażenie, kiedy w takt muzyki strugi wyrzucanej wody poruszają się wdzięcznie, podświetlone dodatkowo rozmaitymi kolorami. Miałyśmy potem trochę trudności z wyjazdem – jakiś ”geniusz” parkując mocno utrudnił nam wyjazd. Do pomocy włączył się niegrzecznie pasażer stojącego obok auta. W końcu udało nam się wyjechać. Wracając objechałyśmy wokół Uniwersytetu i pięknie podświetlonego budynku Ossolineum. W domu ciasto upieczone przez Janeczkę powoli dochodziło. Pachniało pysznie. Polewa zrobiona przez mamę dopełniła całości.
Dzieci padły w locie zasypiając o 23.00Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Mario..super..dawaj wiecej ! czy nadal prowadzisz dziennik-pamietnik ?
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
w zeszłoroczne wakacje raczej nie miałam chęci pisać, w maju odszedł nagle mój Tata. Ale trzeba żyć dalej, więc w tym roku znowu wracam do pisania, będę sukcesywnie przesyłać wieści z wyjazdów, bo w tym roku zapowiada się ich sporo, nie tylko urlopowych, ale i poniekąd służbowych. Cd wakacji 2009 znowu prześlę, ale chętnie poczytam Wasze wspomnienia, na które z niecierpliwością czekam. Przydałaby się możliwość wklejania zdjęć. Zastanawiam się, czy na pewno podesłać na forum cały dziennik podróży, to około 30 dni i może kogoś zanudzić. Wyślę co ciekawsze dni, a resztę mogę zainteresowanym wysłać w formie pliku, żeby nie zapchać skrzynki emailowej - bo zamiast czytania będzie złorzeczenie.
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Mario, mysle ze spkojnie mozesz tu pisac wszystko co masz w dizennku oczywiscie wolnej chwili. Tobarzdo inspirujace. Dziś w dobie komputerow zapomninamy o słowie pisanym. Ja napewno rozejrzę się za jakims fajnym notesikiem ibede notowac co ciekawsze szczegóły , oprócz zdjęć..a planów w tym roku nie mam , wszystko na zywioł :)
Zdjecia mozna wrzucić poprzez strone np. fotosik.pl, tam bez logowia mozna wrzucić chyba kilka zdjęc a potem wywyłasz nam link..jest jeszcze jakas strona slajdzik.pl..ale jeszcze jej nie rozgryzłam, ale mozliwośc wklejania zdjęć przydałaby się tu..ja strasznie lubie opisywac z dodatkiem zdjęć..:)Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Ok Mona, dzięki. Kolejny dzień jutro.
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Mój kolejny wyjazd zagraniczny ( bo o takich narazie piszę ) był w roku 1987 , grudzień..Moja koleżanka , która obecnie mieszka od ponad 20 lat na Florydzie jeżdziła na handel do Czechosłowacji. Na taki wyjazd namówiła i mnie . A więc wyruszyłyśmy do Pragi pociągiem . Ponieważ ona była wprawiona w tych wyjazdach polegałam całkowicie na niej i jej znajomościach . Jechałyśmy oczywiście na tzw. zarobek. Wiozłysmy tam takie tandetne grube bawełniane bluzy z kolorowymi nadrukami i ponczochy , rajstopy z jakiejs tureckiej czarnej koronki , które czasami rwały się w rękach , ale czeszki je lubiły .
Wypad ten pamiętam fragmentami tylko. Mieszkałyśmy na jakimś praskim osiedlu . Mieszkanie normalnej przeciętnej rodziny .Dorabiali chyba sobie wynajmując pokoj dla takich jak my . Pamietam podobało mi się w tym domu , bo mieli białe meble .Nasze PRl -owskie meblościanki były zreguły bardzo ciemne i ponure .
Kobieta pracowała gdzies w centrum w jakiś delikatesach ,mąż gdzieś w fabryce i chyba był jeden syn. Mieli samochod (oczywiście skodę ) i gdzies mały domek (daczę ) na urlop. Bardzo mi się to podobało.To ,już było coś , a przecież byli normalnymi, przecietnymi ludźmi.Pamiętam też jak moja koleżanka mówiła , ze oni jedzą obiady w pracy , syn w szkole , a nasza ,,gospodyni" jezdzi metrem po pracy dwa razy w tygodniu na aerobik. W tamtych latach było to dla nas do pozazdroszczenia , że tak nasi sąsiedzi zyją , chociaż to też komuna..potem jak mieli strajki i żadali obalenia rządu , nie mogłam zrozumieć dlaczego ?
Byłam za młoda ,żeby wszystko zrozumieć...
Za jakiś czas napiszę ciąg dalszy wspomnien z Pragi...Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Praga - 1987 rok, o rany jak to dawno było...
Wtedy Praga zrobiła na mnie ogormne wrażenie .
W Polsce wtedy towaru było jak na lekarstwo . Za pieniądze zebrane od weselnych gości (w 87 r. brałam ślub) kupilismy regał, pralke i lodówkę wystaną w jakiś nocnych kolejkach .Zamarzył mi sie też mały komplet z brązowego francuskiego Duralexu i kupiłam..w Pewexie za dolary od kuzynki .Jakis fajniejszy ciuch trzeba było wyszukiwać na bazarze od handlarzy , którzy przywozili towar z Węgier lub Turcji .
Mimo to mile wspominam te czasy , co się zdobyło bardzo cieszyło :)A w Pradze było inaczej. Pamiętam wielki deptak obok Starego Miasta . Po obu stronach kamienice i piekne sklepy . W sklepach spozywczych mnóstwo towaru , słodyczy i czeskie piwo :) . W barach śniadaniowych kolorowe kanapki na bagietkach z róznego rodzaju sałatkami . A do picia ,,Zmarzlina"- cos w rodzaju mlecznego szejku .Pamietam jak długo nie mogłam oderwać się od wystawu sklepu mięsnego .Chyba stałam przed oknem wystawowym z otawrtą buzią . Różnego rodzaju wędliny były poukładane w jakąs kolorową inscenizację- szynki, salami tworzyły cos na wzór dywanu , a nad nimi wisiały kolorowe tuszki bażantów z piórami . To był niesamowity widok , gdy w Polsce sklepy mięsne były szare i nijakie z opryskliwą obsługą .
Duży dom handlowy - miał chyba 3 piętra . Taka mninigaleria handlowa . Eleganckie stoiska . gdzie niegdzie kolejka. Tzn. ,,rzucili " jakis dobry towar :) . Ja zachwyciłam się pięknym kompletem dziecięcym . Nie byłam jeszcze wciąży , ale nie mogłam się oprzeć . Kupiłam , piękny kapielowy , różowy komplet dla niemowlaka . Był cudny - bo frotte - czyli tkanina wtedy nie często spotykana w moim kraju .
W drzwiach minęłam się z mężczyzna , brązowa skórzana kurtka i spodnie . I ta twarz znajoma .Ah..to on! Własnie obok mnie przeszła gwiazda czechosłowackiej sceny piosenki -(musiałam sprawdzic jak się pisze jego imię ) Jiri Korn . Czesto był widziany w polskiej Tv wraz z Vonraczkową i K.Gottem .Byłyśmy w Czechosłowacji w grudniu , okres przedświateczny . Piękne derkoracje na kamienicach i witrynach sklepowych zachwycały mnie. Na ulicy sprzedawano bukiety jemioły , ale malowane na srebrno lub złoto . Ciekawa jestem czy nadal jest taki zwyczaj ?
Moja koleżanka miała ze sobą aparat Zenith . Tak, teraz to bajka pstryknąć zdjęcie , a wtedy -klisza i każde zdjęcie poprzedzało ustawinie jakis przesłon, ostrości itp. Robiłysmy zdjęcia pod pomnikiem , pod niesamowicie wielką choinka na placu i na ulicach przy sklepach..
Jak zaniosłyśmy do wywołania kliszę ... to się fotograf uśmiał. Z kliszy wyszło chyba 5 szt. ..na każdym z nich widac tylko choinkę lub pomnik ..a moja postać tak mała jak szpilka.Nie wiem jak robiłysmy te zdjęcia , piwa czeskiego nie piłysmy chyba :) ?Piękne te wspomnienia i chętnie do nich wracam. Jestem ciekawa jak teraz jest w Pradze ?
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
W Pradze dalej jest pieknie.Mysle,ze dom towarowy o ktorym pisalas jest teraz wielkim sklepem obuwniczym-o ile to ten dom towarowy:).Mnie zszokowalo pare rzeczy - w sumie zszokowalo ,ale tak z jakims niemal sentymentem...:).W centrum Pragi musialam pojsc do toalety...i...!!!...schodzilo sie po schodach w dol,na dole dwoje drzwi-meski i zenski.Na srodku stala duuuza pani w fartuchu jak za komuny i butach takich jak wtedy salowe w szpitalach nosily:)...Dala mi do reki kawalek papieru,ktory oderwala z rolki zawieszonej na sznurku na scianie!dzielila go biorac kawalek miedzy palce i odrywajac przy lokciu!!!zapytalam czy moge dostac wiecej...owszem-ale musialam doplacic!:)...szok za to byl jeszcze wiekszy jak w chwili kiedy targowalam ten drugi kawalek papieru...wszedl Japonczyk i chcial wejsc do toalety...ona (calkiem sprytnie jak na taka pania...)zagrodzila drzwi noga i powiedziala ze najpierw musi zaplacic:)...On byl zdziwiony,pewnie nie wiedzial o co jej chodzi,ale jakzobaczyl charakterystyczny gest reka-podal pieniadze i zostal wpuszczony...:)...Druga sprawa jaka mnie zdziwila to maly kiosk "spozywczy" przy slynnej praskiej fontannie...Poszlismy na przedstawienie,a ze kolezankom zachcialo sie cos do picia-podeszlysmy do takiego kiosku wlasnie...Caly byl oklejony papierkami batonikow,opakowaniami paluszkow,ciastek i nie wiem czego jeszcze-takie puste papierki jako"reklama" chyba...:)...Kolezanka kupila kawe i chciala podwojne mleczko...na to uslyszalysmy niemilo,ze jak tyle mleka potrzebuje to niech kupi sobie krowe...No ale coz...:)...i to byloo 3 lata temu-wiec w sumie obecne czasy...
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Ja chcę do Pragi! :))))
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Ja tez chce do Pragi:). Zapomnialam wczesniej dopisac,ze bedac w Pradze mieszkalam w hotelu.Mialysmy z kolezanka umowiona wizyte u kosmetyczki w Instytucie Ireny Eris:).Nie wiedzialysmy gdzie to jest,zeszlysmy do recepcji zapytac...i...pani recepcjonistka znalazla adres w necie-ppokazala nam na mapce i kazala zaplacic za usluge!...:)...nie pamietam ile,ale...No i np. taksowka...ta sama trasa za kazdym razem kosztowala zupelnie inaczej-nawet kilkakrotnoscia sumy roznila sie cena:).No i widzialam jak mlody czlowiek wsiada do starej skody...wsiadl i drzwi zawiazywal sznurkiem:).Uwielbiam takie sceny:).Naprawde w Pradze mozna jeszcze zobaczyc duzo scenek z dawnych polskich lat lub niemal jak z komedii Barei:).
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Gwoli kolejnych wyjaśnień, to Ania to moja siostra, Piotr to mój mąż, a ja posiadam orientacjęgeograficzną w stopniu minus nieskończoność i nawet na dworcu kolejowym w Gdyni potrafiłam się zgubić ...
WAKACJE 2009 ROKU Cd.
2.8.2009 NIEDZIELA
21.45
Jestem już całkowicie ugotowana. Rano pobudka 7.30, wstajemy nieco nieprzytomni. Dodatkowo usypia nas brak wentylacji w kościele Ojców Dominikanów. Ogromny wysoki kościół i bardzo duszno. Mszę św. odprawia o. Józef, starszy i schorowany kapłan, który ciągle myli się przy czytaniu listu o trzeźwości, listu głębokiego w swej treści.
Wracamy spokojnie przez Galerię Centrum, kupując w Rossmannie masło kakaowe Ziaji – specyfik, który dziewczyny zdążyły już bardzo polubić. Podobno czyni skórę gładszą i łatwiej opalająca się, dodatkowo posiada witaminę E.
Przed obiadem Mama zabrała dzieci, żeby po kolei każde pojeździło za kierownicą. Parę metrów, po ogrodzonym boisku. Były zachwycone. Obiad i czas wymarszu. Mama, Piotr i bagaże pojechali autem, reszta pod wodzą Taty wyruszyła pieszo na dworzec. Pogoda niestety koszmarna – upał ponad 30 stopni. Kiepskie perspektywy ziściły się – dotarliśmy do Krakowa w stanie ciekłym ...
Czekając na peronie na pociąg tworzyliśmy zachęcającą grupę, bo szybko podszedł do nas pan z napisem „Bagażowy”, o gabarytach wszerz i na obwód wcale nie tak małej szafy. Zaproponował nam, ze zajmie dla nas przedział – za 5 zł od osoby. Wahaliśmy się bo propozycja kusząca, ale nie wiadomo czy nie zwieje z pieniędzmi? Chyba wyczuł o co chodzi, bo powiedział, że pieniądze płacimy po znalezieniu się w przedziale. To był uczciwy układ, na który przystaliśmy. Myśleliśmy, że pewnie ma zarezerwowany przedział, który dla niego otwierają, ale okazało się, że po prostu stara się być pierwszy przy drzwiach i wpada do wagonu zajmując i tarasując drzwi zajętego przez niego przedziału. Przy jego masie trudno byłoby o jakiekolwiek negocjacje ewentualnych innych chętnych. Zajął nam pierwszy przedział w wagonie dla niepalących, po stronie gdzie nie świeciło słońce. Był tam przy oknie tylko jeden młody człowiek, który wysiadł w Gliwicach. Do końca podróży nikt nie dosiadł się nam do przedziału. Być może widok całkowicie zajętego miejsca na bagaże i trójki rozłożonych dzieci podziałał odstraszająco ...
Powietrze stało, więc na stacjach przystankowych ratowaliśmy się wachlowaniem. Otwarte na przestrzał okna nie dawały wbrew pozorom zbyt dużej ochłody. Twix i miętowe pałeczki w czekoladzie zmieniły swoją konsystencję, a wyjęta z lodówki przed wyjściem na pociąg butelka wody mineralnej już po pół godzinie była ciepła.
Ania czekała na nas na Dworcu i wraz z rzeczami i Piotrem pojechała do domu. Ja z dziećmi poszłam najpierw kupić bilety na jutro na pociąg do Rabki - udało mi się kupić bilety na InterRegio "Połączenia w dobrej cenie". Jutro Ania, Piotr i bagaże pojadą samochodem, a ja z dziećmi pociągiem i spotkamy się na Dworcu PKP.
Przez Galerię Krakowską wyszliśmy z dworca i dotarliśmy na przystanek tramwajowy. Niestety tramwaj "19" już nie jeździ z tego pamiętanego przeze mnie przystanku. Otępiała, roztopiona nie skojarzyłam na szczęście, że autobus "124" też jedzie z tego przystanku, bo inaczej pojechalibyśmy w przeciwną stronę. Po telefonicznej konsultacji przeszliśmy na drugą stronę. Nie był to wprawdzie przystanek tramwaju "19", ale za to po 3 minutach przyjechał autobus "124' jadący już we WŁAŚCIWYM kierunku. Dzieci były już mocno zmęczone i cale towarzystwo udało się wreszcie zapędzić - po myciu i kolacji - do spania po 21.00. Michaś usnął pierwszy, potem Janeczka. Marysia niestety długo nie mogła usnąć, padła dopiero po 23.00.Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Maria...swietnie to wszystko opisujesz!
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Dzięki, miałam zawsze ciągoty do takiego zatrzymywania chwili na papierze właśnie, a nie w komputerze. Pewnie gdybym nie lubiła swojej pracy tak bardzo zaczęłabym szukać czegoś, co pozwalałoby mi pisać tego typu rzeczy, jakieś reportaże, dzienniki podróży, opisy wycieczek itd. Może znajdę na to kiedys czas ...
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Jesli chodzi Ci to po glowie to pewnie znajdziesz na to czas...:)
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Mario, czytam Twoje wpisy, jakbym czytała książkę, i to ciekawą książkę :))
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Dzięki Wam wszystkim za miłe słowa, wyślę wobec tego więcej wpisów z tego dziennika, ale powoli, żebyście mogły to posmakować, a nie się przejeść :)
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
No to czekam na smakowanie:)
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
:)
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Tak mi się jakoś o tej Afryce napisałało... Fakt, to była dopiero podróż i wspaniała przygoda, którą będę do końca wspominać z sentymentem. Żadna w tym moja zasługa, spadło to na mnie nieoczekiwanie, ale z perspektywy czasu widzę, że było potrzebne, choćby w kontekście patriotyzmu w innym wątku. Mój Tatuś pojechał na kontrakt na 3 lata, po pólrocznym pobycie mógł ściągnąć rodzinę. Mogłabym wiele pisać, ale nie miejsce na to. Może tylko parę migawek. Chodziłam do polskiej szkoły - akurat, w mieście gdzie mieszkaliśmy, był punkt konsulatcyjny przy ambasadzie polskiej, nie musiałam więc dojeżdżać do innego miasta, aby zdać egzamin eksternistycznie. Co prawda i tak było egzotycznie, bo w klasie byo osób 1-3 (mnie trafiła sięakurat liczna 3-osobowa klasa), a na lekcje dojeżdżało się do domów nauczycieli, nieraz porozrzucanych w promieniu kilometra, na rowerze lub samochodem. Wszystko było egzotyczne, ale ja jakoś szybko to zaakceptowałam. Brakowało mi polskic potraw, ale i z tym jakoś sobie radziliśmy (robiąc np. domowy twaróg). Byłam porażona ogromną ilością nieznanych smaków i kolorów - głównie owoców, ale i inne artykuły spożywcze można było dostać bez problemów. To było wtedy dla mnie ważne, bo wyjeżdżałam z Polski, w której nic nie było łatwo do dostania. Sporo zwiedzaliśmy, Rodzice przywiązywali wagę do tego, by jak najwięcej zobaczyć i poznać. Co roku mogliśmy przylecieć do Polski (częściej nie było nas stać)(za którą tęskniłam - bo tam byli ukochani Dziadkowie), Tata zawsze wybierał taką trasę, żeby jak najwięcej zobaczyć, stąd trochę pozwiedzałam. Trochę to chaotycznie napisane, ale dla mnie było to bardzo dużó wrażeń. Po powrocie do Polski zaczęłam nagle żyć w innym świecie, to był sierpień 1981 roku. Teraz powoli przypominam sobie coraz więcej, pisałam dziennik podróży naszych tras z i do Polski, więc to zatrzymałam w kadrze.
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
WOW!!!
Mario napisz więcej, pliiiiiis!! Nie śpiesz się, pisz powoli, ale napisz dokładniej jak się tam żyło. To fantastyczne, dowiedzieć się od kogoś kto tam był, poznać jego przeżycia i odczucia. Pisz.......
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Praga jest cudowna!! A Budapeszt także urzekł mnie pięknem swojej architektury : ) pojechałabym tam na rok, jakby zmienili urzędowy na niemiecki: )
Dziewczyny! Piszcie o podróżach, o wypadach weekendowych : ) widzę, że forum się rozwija i narzuciłyście tempo, nie nadążam ! :-)
Jutro piję wino i idę na balety, bo moja przyjaciółka się zaręczyła :D :-) Trochę mnie gardło boli, ta pogoda - jak kobieta...taka zmienna! Mam nadzieję, że to wino mnie trochę podleczy :DNapisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Pozazdrościłam Wam Pragi, pięknie się czyta Wasze wspomnienia!
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Takich roznych wspomnien z podrozy bedzie pewnie wiecej?...
Maria jest specjalistka w opisywaniu takich przezyc - czyta sie jak ksiazke:).Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Zastanawiałam się, który obrazek z moich podróży na Wyspy jest najładniejszy. Wydarzenia minionego tygodnia sprawiły, że przywołałam właśnie ten – zdjęcie z papieżem. I drugie - z prezydentem. W tym czasie było modne i pożądane mieć takie zdjęcia. Pomagały towarzysko i zawodowo. Dzisiaj wyblakłe zdjęcia spoczywają w albumie, ale ja nadal mam w żywej pamięci tamte emocje, zaskoczenie, podekscytowanie, niedowierzanie, chociaż nie do końca związane z tymi zdjęciami.
To była moja pierwsza wyprawa na Wyspy a w dodatku zupełnie nieoczekiwana. Nagle dostałam propozycję spędzenia długiego weekendu w Londynie. Marzyłam o tym od kiedy zobaczyłam film o tym mieście na lekcji angielskiego w szkole. Wydawało się, że jest to marzenie z tych nie do zrealizowania. Nie miałam w Anglii żadnej rodziny, znajomych i środków finansowych.
I nagle słynny Big Ben był na wyciągnięcie ręki. Obrazy zatrzymane w pamięci mają tę przewagę nad prawdziwymi, że towarzyszą im emocje. Londyn - oszołomienie – tak bym najkrócej scharakteryzowała mój stan umysłu. Wszystko było i nowe, i stare jednocześnie. Byłam w miejscach, które doskonale znałam …jedynie z nazwy. A do tego zmęczenie – bo w krótkim czasie chciałam zobaczyć wszystko i niepewność – czy dam radę, czy mnie wpuszczą, czy zrozumiem…
Tamtego ranka padło na Madame Tussauds. Jeszcze miałam w pamięci dialog, który czytałam w szkolnym podręczniku, gdy rzeczywistość zaczęła skrzeczeć - tłum ludzi na Marylebone Road. Mój młodszy towarzysz podróży skomentował krótko – No to NIE idziemy, - ale ja oceniłam kolejkę na jakieś pół godziny stania. Przydało się polskie doświadczenie. (Dygresja dla młodych, szczególnie kupujących w Internecie – był czas w Polsce, kiedy stanie w kolejce było składowym czynnikiem zakupów – tak jak sklep czy cena – o ile nie miało się znajomości.) Ale tutaj , w Londynie, nawet kolejka była ekscytująca. Tu nikt nie pytał, -Za czym kolejka ta stoi? A gdyby pytał, to i tak bym nie zrozumiała, ponieważ dobiegały mnie różne języki. Nawet wolno przesuwający się tłum był barwniejszy niż w Polsce, i to nie w myśl maksymy, że po drugiej stronie trawa jest zieleńsza.
Za mną słyszałam język, który przypominał rosyjski, ale nim zdecydowanie nie był. (Tutaj wyszła dobra strona posiadania znajomości języka rosyjskiego.) Przede mną stała hinduska rodzina. Jak się wkrótce okazało byli z Pakistanu. Uwagę moją zwrócił strój kobiety – malownicze sari. Teoretycznie znałam taki strój, ale zobaczyć go na własne oczy i widzieć gęsią skórkę jego właścicielki, to już co innego. Był wrzesień, typowa angielska pogoda – co i raz lekko siąpiło albo nieco mocniej, wiał nieprzyjemny wiaterek. Prawdę mówiąc kuliłam się w sportowej kurtce podciągając zamek pod samą brodę a obok pani w moim wieku z nagim boczkiem. Robiło mi się jeszcze zimniej, gdy patrzyłam na nią. Rozmawiałyśmy przez chwilę o pogodzie, ale wkrótce zajęła się jednym ze swoich dzieci biegających wokół kolejki, która znowu posunęła się do przodu. Za nami stanęła młoda rodzina z maleńkim dzieckiem (Z wózkiem do muzeum? – pytałam się w duchu naiwnie. Teraz wiem, że to norma.), inna rodzina z nastolatkami, głośna grupa turystów niemieckich i japońska starsza para z nieodzownymi aparatami fotograficznymi.
W pewnym momencie uwagę moją zwrócił Sherlock Holmes. Jak się wówczas czułam? Wyobraźcie sobie, że idziecie główną ulicą swego miasta a naprzeciwko Was idzie Bolek i Lolek. Albo Koziołek Matołek pyta Was o drogę do Pacanowa. Przytomnie zapytałam słynnego detektywa (prywatnie studenta reklamującego muzeum) czy mogę zrobić zdjęcie i dlatego mam dowód, że nadmiar wrażeń nie podziałał negatywnie na moje zmysły.
Kolejka przesunęła się znowu do przodu, wyszliśmy już spoza planetarium, a ja zaczęłam odczuwać lekkie zmęczenie intensywnym zwiedzaniem poprzedniego dnia. Przez moment rozglądałam się za panią w sari, która ciągle szukała swoich dzieci, gdy za plecami wyczułam jakieś zamieszanie. Kolejna grupka głośnych turystów? Po tonie głosu rozpoznałam, że chyba kogoś szukali. „American? American?” „Polish” – wyrwało mi się, zanim pomyślałam. Kobieta i podążający za nią mężczyzna minęli nas. Jeszcze raz usłyszałam „American?” skierowane do osób stojących przede mną a chwilę potem „Polish? Are you from Poland?” Przytaknęłam grzecznie „Yes”. W moim głosie brzmiała pewnie duma – tak , jestem Polką a jednocześnie panika – czyżby biuro emigracyjne podejrzewało, że ja , biedna turystka z Polski, mam zamiar pracować na czarno? Usłużna pamięć natychmiast przywołała obraz z Dover, gdzie przez kwadrans usiłowałam przekonać Immigration Officer, iż jestem prawdziwą turystką, która chce jedynie zwiedzić Londyn. Zorientowałam się jednak, że poszukująca Amerykanów a stojąca przede mną Angielka trzyma w ręce mikrofon. Chłopak za nią dźwigał jakieś śmieszna urządzenie. Więc chyba nie immigration, ale właściwie kto to jest i czego chcą? Takie spostrzeżenia przymykały przez moją rozczochraną głowę, bo na moment przestało padać i wyjrzało słońce, więc ściągnęłam kaptur a nie miałam lusterka. Tymczasem pani pytała od kiedy jesteśmy, dlaczego, co nam się podobało, czy jest tu drogo i co jeszcze mamy zamiar zwiedzać. Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że podoba nam się wszystko oprócz pogody – Londyn jest wspaniały, jest drogo, ale jesteśmy na to przygotowani a z muzeum figur woskowych jedziemy do Tower. Zaskoczyło mnie dopiero kolejne pytanie – „Czy zgodzisz się powtórzyć to do kamery?” Zgadnijcie, co odpowiedziałam? „Ale moje włosy!” Jednak co my, polskie dziewczyny, robimy w takiej sytuacji? Odpowiadamy! Prawdę mówiąc, w pierwszej chwili, wypchnęłam mojego młodego towarzysza podróży, który lubił krytykować mój angielski, aby to on udzielił wywiadu, ale chłopak spanikował przy pierwszym pytaniu, więc osobiście musiałam bronić honoru polskiego turysty. Pani z telewizji doszła chyba do wniosku, że – w tamtych czasach- Polacy stojący w kolejce do angielskiego muzeum są bardziej atrakcyjni niż Amerykanie. Zanim się zorientowałam koło mnie stało kilka osób jej towarzyszących; pani zadawała mi sprawdzone wcześniej pytania, a ja machinalnie odpowiadałam. Na koniec zapytała o nazwisko. Poprosiła o jego przeliterowania. (Nikt nie będzie sobie łamał języka) i zanim się zorientowałam – po raz drugi – reporterka i jej ekipa zniknęły, kolejka znowu spokojnie przesunęła się do przodu a ja stałam na nie swoich nogach. Przysłowiowe uszczypnięcie się nie było potrzebne. To nie były moje nogi. One same drżały i ja nie miałam z ich reakcją nic wspólnego. Nigdy wcześniej ani później nie stałam na tak trzęsących się nogach. I trwało to, dopóki nie przekroczyliśmy drzwi Madame.
Dla brytyjskiej reporterki był to epizod z gatunku tych natychmiast zapomnianych. Zręcznie znalazła zastępczy temat na jedno czy dwa zdania. Dla mnie to był dowód, że w Londynie może zdarzyć się wszystko. Dlatego te miasto jest takie ekscytujące. Każdy ma szansę znaleźć coś dla siebie. Dzieciaki powinny jeździć tam na szkolne wycieczki. I wracać.Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Kochane jesteście, zawsze lubiłam pisać, cieszę się, że siępodoba bo przecież nie chodzi o to, że ja świetnie piszę, tylko, żeby czytelnik miał podobne odczucia lub żey chociaż umiał to zobaczyć moimi oczami. Chwilowo jestem zagoniona, ale do podróży wrócę, tym bardziej, że byłam w Pradze i moje koleżanki coś pzrebąkują o jakimś weekendowym wypadzie, Budapeszt zrobił na mnie niezłe wrażenie. Ostatnio mój ślubny zaczła przebąkiwać coś"A może by tak do Skandynawii?" - w końcu z Gdańska odpływają promy, a i ceny mająprzystępne, więc powoli dojrzewam do myśłi, że może by tak weekendowy wypadzik zorganizować ... Na razie!
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry -
Acha przepraszam, zapomniałam, powinnam napisać to najpierw - Teofila, dzięki za podróż w czasie. Tak sugestywnie to opisałaś, że chyba będę chciała zobaczyć to miasto, choć do tej pory mnie tam nie ciągnęło.
Napisano 1 rok temu | adres wpisu | do góry
Odpowiedz »
Musisz się zalogować, aby móc pisać. Jeżeli nie masz konta zarejestruj się.
