Przeczytałam artykuł MAJKA I JEJ PIĘKNE PSIE STRONY i się uśmiechnęłam :) Lubicie zwierzęta? Ja mam psa i kota. U mnie w domu zawsze były zwierzęta: psy, koty, króliki, ryby, papuga. Mieliśmy w jednym czasie nawet 3 psy. Lubię zwierzaki. Moja znajoma chodzi na spacery z "pożyczonym" psem, mówi, że samej to tak głupio ;)
MAJKA I JEJ PIĘKNE PSIE STRONY czyli o naszych zwierzaczkach dużych i małych
(768 wpisów) (58 głosów)-
Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry
-
Ludzie poświęcający kawałek swego życia dla zwierząt , to najlepsi ludzie pod słoncem . Czasami myślę ,ze na naszej planecie tylko tacy powinni być . Nie mam warunków na trzymanie pieska czy kota, ale rybki , papuzki były :) jak dziewczynki były mniejsze . Dzieci uczą się przy tej okazji miłosci do zwierząt , odpowiedzialności , wrażliwości..samych pozytywnych aspektów życia .
A ten ,,pozyczony " pies to super pomysł :))
Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Do mnie się przybląkała jakiś czas temu kocica z małymi miała ich kilka sztuk i cóż był robić - została, część kociaków udało sie rozdać ale dwie kocice zostały i bardzo szybko zaczęły się też rozmnażać, w pewnym momencie miałam 11 kotów i powiedziałam DOŚĆ!!!! Lolcia dała mi namiar na miejsce gdzie można sterylizować koty za darmo i prawie wszystkie zostały pozbawione swoich klejnotów....
teraz mam już tylko 3 koty i jest akuracik :)
aha... mam jeszcze papugi :)Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
To PRAWDA :))
a na garnku śliczny dowód Klarci wielkiego serducha
http://www.garnek.pl/lolka1/14888051/koty-klaryJa mam taką teorie, na własny uzytek ;)
"osoba , która kocha zwierzęta nie może być zła"Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
piękne te kociaki :)
A zabawne sytuacje w roli głównej ze zwierzakami?
Ostatnio znajoma opowiadała mi, że ona swojego owczarka wozi na przednim siedzeniu auta - zapiętego pasami, a on siedzi dumny i bardzo spokojny ;) Któregoś dnia zatrzymała ich policja i "bileciki do kontroli". Mówiła, że policjant był zdumiony, ale stwiedził, że wszystko ok i pojechali dalej ;)
Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
To łądne :) owczarek- zuch :)
woziłam koty na weterynarz ale nigdy nie były subordynowane :)Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Bardzo się cieszę, że więcej się mówi i pisze o zwierzętach w ogóle, o "ludzkim" (lub niestety nieludzkim) ich traktowaniu.
Nasza wspólna, odziedziczona, pożyczona, "zaopiekowana" (niepotrzebne skreślić) rodzinna kundelka podbiła serca wszystkich.
Po przeczytaniu artykułu znów nabrałam ochoty na przeczytanie książki "Oczami psa". Może spoglądając oczami psa wiele się nauczę? Na pewno spojrzę z innej perspektywy i zobaczę coś ciekawego.
Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Pieski kocham nad zycie...ale tutaj gdzie mieszkamy nie wolno ich trzymac :(
Jest jedna w naszym domku starsza jak ja nazywamy-
"Babcia"-kroliczynka mojej corki,juz osmioletnia oraz niespelna roczny swinek morski-Alvinek:)
Ta wspomniana jako pierwsza odbyla najdluzsza podroz swego zycia tu na Wyspy, ponad trzy lata temu jadac przez Polske,Niemcy,Belgie,Francje specjalnym busem do przewozu zwierzat,bo jak sie okazalo musiala przejsc spejalne badania,uzyskac medyczne certyfikaty:::)I nie moglismy jechac razem z nia...autokarem ani samochodem:(
Na te wiadomosc ze moze nie uda sie mi tej kroliczki jednym rzutem przywiezc do Bristolu moja corcia wpadla w histerie.. informujac mnie,ze zycie bez niej(Skotji)nie ma sensu,i ze nigdzie bez niej nie rusza..!sic!
Do wyjazdu zostal mi tylko tydzien a ja nadal nie mialam pomyslu jakie srodki przedsiewziac by moja te kochana corcie uspokoic...dzwonilam tu i owdzie ...w koncu jakas firma trasportowa(odpowiednia) zdecydowala sie docisnac do malego busa te nasza kroliczyne...:)
Za 250 funtow brytyjskich!Jedynie!:)
Trzy bilety na autokar kosztowaly mnie wtedy 200 funtow a tu cena jak z kosmosu...
co mialam powiedziec mojej corce ktora tyle chwil spedzila ze swoim zwierzakiem w radosci i smutku.
Ktora kochla i kocha te "BABCIE"nad zycie?
Co moglam obiecac,kiedy cena za transport mnie przerosla?No co?Ze nie pojedzie ,ze moze kiedys...albo wcale?
Jedno wiedzialm ze musze zrobic absolutnie wszystko co w mojej mocy by ten zwierzak przybyl na Wyspy tak szybko jak to mozliwe....
Kiedy podzielilam si ta informacja z ludzmi ze chce to dla Weroniki zalatwic...pukali mnie w czolo
mowiac ze to nie gra warta swieczki,wariactwo...przede wszystkim ta duza kasa spedzala im sen z powiek.
Dziwne przeciez to nie ich kasa,nie od nich ja chcialam dostac!
Chcialam tylko rady ,jakiegos pomyslu,uspokojenia sie...wiedzac jaki ten zwierzak jest dla Werki wazny,biorac pod uwage jej uczucia...
Suma sumarum znalazlam te energie(kase)na transport kupilam bilet do Londynu,bo tam bylo miejce docelowe...
Moj maz jesli nie przeczyta tego postu to nigdy sie nie dowie o kwocie za ktora krolik przybyl do Anglii:)
Telefonicznie tylko poprosilam meza aby pojechal po zwierzaka gdzies na South London ,do skromniutkiego mieszkanka pary Polakow-zwierzecej bazy :)OD BRISTOLU TO JAKIES 3 GODZINY SAMOCHODEM:)24 godziny pozniej ,krolik w towarzystwie psow ,kotow i innej masci zwierzakow szczesliwie dojechal najpierw do Londynu,a pozniej do Bristolu:)
Chwilom szczescia nie bylo konca:)Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Zapomnialam jeszce dodac ze polsko-angielska podroz Skotji kosztowala mnie o wiele wiecej:)
Tlumaczenie medycznych certyfikatow przez tlumacza przysieglego jezyka angielskiego(ktory zrobil to na CITO,ale wzial takze podwojna stawke):)
Dwie wizyty u weterynarza majacego uprawnienia do wystawiania takowych zaswiadczen tez na szybko (bo czasu bylo niewiele i koszty "NA szybko"
Nie licze juz latania z wywieszonym jezorkiem tu i tam przez 3 dni non stop ,by do dnia wyjazdu zaden zonk nie wyskoczyl...:)No i klatke mniejsza trzeba bylo kupic bo ta wielka wczesniejsza zajmowala trzy krolicze lub kocie bilety...:)
Spokojnie moge wiec rzecze 300 (trzy stowki angielskie pekly)
Ale wiadomo nie o pieniazki tu chodzilo...chociaz one okazaly sie niezbedne by w glebokiej nieswiadomosci i strasznej niewygodzie zwierzaka tudziez leku przebyc niezaplanowana podroz zycia:)Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Ale warto było :)) nie można kociej, psiej, króliczej, czy jakiejkolwiek innej miłości przeliczyć na pieniądze. Ja dla Bączka, to bym nawet kredyt wzieła, jakby była taka potrzeba, na bank bym napadła .....
No bo kto inny by mi takie piękne graffiti robił??;)Buziaki dla Króliczej Babci :)
Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Oh Lolka!
Twoja kocia milosc taaaka wielka:)
Nie tylko kocia....
Babcia nasza jest kochana...i czekolade lubi i chipsy(choc jej absolutnie nie dajemy,no moze kawaleczek i to rzadko...ale ona taka jest jak moja corcia!
Coz poczac!:0Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Majka jest super!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
2011-06-19 05:35
„Ludzie poświęcający kawałek swego życia dla zwierząt , to najlepsi ludzie pod słońcem.” MonaMIGOL
ROZDZIAŁ I
Trafił do nas dzięki mojej Mamie. Taki prawie milicyjny owczarek. Fajna kulka, w której z miejsca zakochały się dzieci. Ja miałam dystans do tego pomysłu, bo widziałam same dodatkowe obowiązki dla mnie. Migol okazał się kiepskim milicjantem. Taka trochę fajtłapa. Robił tylko wrażenie, ale naprawdę kochał wszystkich ludzi a ludzie kochali jego. Tylko ja musiałam codziennie gotować, sprzątać, łapać pchły, wyciskać ropniaki i takie tam. I jeszcze wstawać w środku nocy, żeby wpuścić zwierzę do domu, bo akurat rozpętała się burza, której ten tchórz panicznie bał się. Albo obejść przyległy las i pozbierać porozbijane przez debili butelki, a to głupie zwierzę musiało wleźć na szkło i rozciąć sobie tak głęboko łapę, że pół pokoju zakrwawiło. W dodatku, gdy mu zrobiłam opatrunek (jak nas uczono na lekcji PO), to raz dwa potargał starannie zawinięte w wstępującą jodełkę bandaże i sam zaczął lizać ranę. Dobrze mu tak. Po co uciekał z domu przez wysokie ogrodzenie? Ile razy mu powtarzałam, że nie wolno. Że ma dość miejsca w ogrodzie i już mu darowałam wszystkie wyłamane a za ciężkie pieniądze kupione różaneczniki i inne krzewy. Ale ta jego milicyjna tropiąca natura była silniejsza od moich zakazów.
ROZDZIAŁ II
Dopiero po trzech dniach zorientowałam się, że z Migolem jest coś nie tak. Miska stoi pełna. Pierwszego dnia zwaliłam winę na pogodę. Upał, ale nie będzie mi tu byle pseudo-milicjant stroić fochów. Stanu wojennego już nie ma. Niech je, co zostało z poprzedniego dnia. Jednak trzeciego dnia złamałam się. Lepiej ugotować mu coś świeżego niż miałby się pochorować.
-Nie tknął miski – oznajmiłam mężowi nieco poirytowana.
-Niech nie je. Przegłodzi się, to nabierze apetytu – odpowiedział mąż.
-Ale on już trzeci dzień nie je.
-Może znowu się gdzieś obżarł?Swego czasu roboty drogowe sprawiły, że płot był częściowo zdemontowany i wtedy Migol nabrał wstrętnego zwyczaju wałęsania się po okolicy. Wszyscy go znali i wiedzieli, że cielę, ale nie cierpiałam, gdy ze swoich wypadów przynosił jakieś zdobycze w postaci śmierdzącej kości itp.
Tknięta złym przeczuciem podsunęłam mu własny kotlet. Szczyt poświęcenia. (Ten fakt doceni ten, kto wie, co to znaczy kupić mięso na kartki.) Migol leżał. Kotlet leżał. Nietknięty.-On nie tknął nawet kotleta, - poleciałam z awanturą do męża.
-Niemożliwe.-
-Możliwe. Zobacz sam.-
Musiał to zobaczyć osobiście , bo łakomstwo Migola było w rodzinie przysłowiowe.
-Faktycznie. Nietknięty.-
-To co robimy?-
-Przejdzie mu. Nie wiem. -
-Spójrz na niego. Leży plackiem. Już trzeci dzień nie je. On jest chyba chory.-
-No to trzeba go uśpić. -
-ZWA-RIO-WA-ŁEŚ???!!! MOJEGO MIGOLA? (A kto mi będzie stopy grzał? Migol lubił włazić pod moje biurko a ja mogłam opierać stopy o jego kudły, gdy zabawiałam się z pierwszym w życiu komputerem.)
-To nie wiem, co trzeba zrobić.
-Jak to nie wiesz? Do weterynarza trzeba z nim pojechać.
-Teraz? Gdy mam robotę zaczętą?
-A na co czekać? Aż ci pies zdechnie? Co powiedzą dzieci?Argument nie do odparcia. Nie pamiętam dlaczego, ale to tylko mąż z córką pojechali do lecznicy. Wydawało mi się, że byli tam wieki. (Epoka przedkomórkowa, więc żadnych możliwości kontaktów bieżących.) Łaziłam od okna do okna, jak wielki kot w klatce. No była to łajza z tego Migola. I żarłok. I tchórz. I…. mnóstwo epitetów padło, ale to był nasz Migol. Mój Migol. Samochód usłyszałam zanim zobaczyłam. Wiedziałam, że to oni, ale czy jest pies? Teraz jestem pewna, że serce przestało mi bić i czekało na tego zapchlonego kundla. Ruszyło, gdy zobaczyłam, że mąż coś wyciąga. Nie mógł być martwy, bo leżał na tylnim siedzeniu obok córki a tego by jej nie zrobił.
Jest chory. Jakieś wirusowe zapalenie. Dostał kroplówkę i kilka innych zastrzyków, dlatego to tak długo trwało. Lekarz powiedział, że będzie żyć, jak zacznie pić wodę. To ostanie było powiedziane już szeptem, poza zasięgiem uszu dziecka.
Kroplówka go wzmocniła, ale cielę ledwo mogło utrzymać się na nogach. Leży plackiem przy drzwiach balkonowych skąd ma widok na ogród. Małżeńska narada.-A jak w nocy zacznie się coś dziać?
-Ale co?
-No wiesz.
-To może ja na tej rogówce?
-UhmRogówka wyglądała ładnie, ale była super niewygodna do spania. Nie proponowaliśmy jej nawet naszym gościom. Na drugi dzień mąż miał nieźle podkrążone oczy, chociaż ja w małżeńskiej sypialni też wcale dobrze nie spałam. Słyszałam jak wstawał.
-I co?
-Oddycha. Ale w nocy musiałem go wynosić.
-?
-Kręcił się. Myślałem, że mu się chce, to go wyniosłem,
-I co?
-Zrobił. Siusiu, ale ledwo stał na nogach. Nie wszedłby po schodach.
-To się namęczyłeś.
-No, ciężki był, bo taki bezwładny.To były chyba wakacje, bo dzieci były cały dzień w domu. Albo w okolicy. Córka przyszła z tabletkami od dalszych sąsiadów. Dowiedzieli się, że nasz pies jest chory a ich psu te tabletki pomogły. Sąsiadka zza płotu przeprowadziła gruntowny wywiad środowiskowy. Gdzie i czym mógł się zarazić, bo jej piesek jest zdrowy… Druga sąsiadka zaoferowała kawałek kurczak, takiego na robaczkach. Bo jak poczuje prawdziwe mięso… Trzecia ofiarowała strzykawkę a czwarta dała też jakieś tabletki i wyraziła wyrazy współczucia, bo już znała relację z wizyty u weterynarza. Musiałam też informować na bieżąco moich rodziców a poprzez nich dostałam informację od właścicieli matki naszego Migola…I od ich osobistych sąsiadów, którzy też mieli pasa i problemy z nim. A syn powiedział, że ksiądz powiedział, że jego pies to….
Ale najbardziej pamiętam scenkę u płotu. Cały ranek starałam się moczyć tę mordę i wstrzykiwać odrobinę wody strzykawką. Wykończona psychicznie poszłam do ogrodu, gdzie zajęłam kopaniem. Przerwała mi dalsza sąsiadka.
-Dzień dobry pani Iksińska. Co słychać? Wszystko w porządku? Ale Igrekowska mówiła mi, że Migol jest chory. A Zetowska powiedziała, że byliście w lecznicy. Co mu jest?
-Lekarz mówi , że wirusowe zapalenie.
-A jakie lekarstwa dostał? Bo wie pani, ja mogę zaraz przynieść…
Zdałam szczegółową relację z przebiegu wydarzeń.
-No to trzymajcie się. Niech szybko wraca do zdrowia. W razie czego, to ja te lekarstwa…Dowidzenia.Wtedy uświadomiłam sobie, że gdyby ktoś słyszał naszą rozmowę a nie wiedział, że Migol to pies, byłby przekonany, że mamy ciężko chorego członka rodziny. I tak było.
Mąż jeszcze rano wyniósł psa, ale on już nawet nie miał siły podnieść nogi. Nie przestawałam wkraplać mu wodę, w czym zmieniała mnie córka. Powoli zaczynało do mnie docierać, że muszę przygotować się na najgorsze i mieć siłę, aby wytłumaczyć to dzieciom.
Koło południa zobaczyłam nagle, że Migol stoi i próbuje sam pić wodę! Nadzieja wróciła. Poczekaj ty…. Wyciągnęłam kurczaka i dalej gotować rosołek. Kiedy Migol nie podglądał, zamieniłam wodę na rosół. Zaczął chłeptać. Początkowo bezmyślnie, jakby już i trzecią łapą był po drugiej stronie życia. Nagle drgnął jego ogon! Do tej pory nie był nawet podkulony tylko wisiał sobie, jakby mu ktoś przyczepił. -Zaczął pić wodę! -Zaczął pić rosół! -Zaczął merdać! … Krzyczałam a rodzina przekazywała wiadomości z ust do ust. Gdy rozdrobnionego kurczaka wrzuciłam do rosołu a on to zeżarł, wiedziałam, że pies wrócił do nas na dobre.
ROZDZIAŁ III
Minęło kilka lat i mąż otrzymał kolejny prezent od mojej Mamy – puchową kulkę. W ciągu tych lat nastąpiła zmiana ustroju i milicja zamieniła się w policję. Nowy czworonóg był takim PRAWIE policyjnym wilczurem. I zachowywał się jak młody wilczek. Zaczął gryźć stareńkiego Migola, gdziekolwiek go dopadł. Dla postronnego obserwatora mogło to wyglądać śmiesznie. Młody szczeniaczek obgryza kostki wielkiemu wilczurowi, który przed nim ucieka i chowa się za moją spódnicę. Rozumiałam, że młode i głupie, ale nie darowałam. Nie potrafiłam pokochać nowego. Migol zabrał całą moją psią stronę serca. To się nazywa miłość życia.
Może i przebolałabym odejście Migola, ale w tym czasie sąsiedzi też nabyli wilczura. Nie polubiliśmy się od pierwszego spotkania. (Dziś wiem, że skojarzył mnie z kosiarką, jako że został mi przedstawiony, gdy kosiłam trawnik, a więc warczałam groźnie.) Pies był bardzo agresywny. Rzucał się na wszystkich. Do tej pory nie byłam może i psiarą, ale nie bałam się psów. Ten pies sprawił, że autentycznie zaczęłam bać się. Jeszcze bardziej o małe dzieci. Kiedy tylko otwierałam drzwi domu, przybiegał do płotu i szczekał i warczał jak szalony. Był niby za płotem, ale nikt nie mógł gwarantować, że nie przeskoczy. Kilka razy odgryzł sztachetę i dostał się do ogrodu. Sąsiedzi nie widzieli problemu. Poszczeka i przestanie. Zwracałam sąsiadce uwagę, pilnowałam dziecka jak oka, zaczęliśmy używać innych drzwi. Mój mąż ma psie serce. Lubią go wszystkie psy. Jakiś czas dawał sobie z nim radę, ale w końcu i jego ugryzł. Zaciskając zęby (żeby nie doprowadzić do waśni z sąsiadem) zaczęłam obłaskawiać bestię rzucając mu jakieś kości czy resztki. Zaczął kojarzyć mnie z dobrym jedzeniem. Przybiegał warcząc, ale na dźwięk mego głosu przestawał szczekać. Jednak moje serce waliło za każdym razem, na samą myśl o tym psie. Jak bardzo zniszczył mi psychikę przekonałam się w Anglii. Szłam kiedyś zamyślona uroczą uliczką i nagle serce zaczęło bić mi jak oszalałe a ja zamarłam w miejscu. Po ułamku sekundy zorientowałam się, że po drugiej stronie ulicy pojawił się pies łudząco podobny do sąsiedzkiego. Rozum wiedział, że to nie ten potwór, ale serce nie miało o tym pojęcia. Waliło.
Czasami bawiliśmy się z Migolem w Czerwonego Kapturka. Latem ucinałam sobie drzemkę na leżaku a wtedy zjawił się Migol i zawsze właził pod leżak. Ale zanim wlazł, musiał mnie obwąchać. Doskonale wiedziałam, że to on. Znałam tę mordę, te zębiska. Nigdy się nie bałam, nigdy nie było sytuacji, aby kłapnął szczęką. Ale kiedy ma się zamknięte oczy i czuje tylko oddech, to nagle ten pysk staje się naprawdę wilczy a ja jestem zawsze babcią. Na myśliwego nie mogę liczyć, więc na wszelki wypadek otwieram oczy. A na mnie spogląda druga para i mówi – kocham cię, mogę tu sobie poleżeć, a ty sprawdź czy jakieś pchły znowu nie wprowadziły się na mój grzbiet.
Ta dysząca morda mojego poczciwego psa może wydawać się zabawna, ale nie babci, która widzi, jak jej ukochany wnuczek kuli się ze strachu a ona wie, że pies jest realnym zagrożeniem. Na szczęście dla mnie pies sąsiadów pogryzł tylko kilku przechodniów. Zgrzyta Wam takie zdanie? Mnie też. Sama poleciałam do księdza i wyznałam bez konfesjonału, że mam zamiar zamordować psa. Kiedy wytłumaczyłam dlaczego, ksiądz nie dał mi błogosławieństwa, ale wykazał pełne zrozumienie. I przyznał, że on też… Po którymś z kolegium, jak mnie wieść gminna doszła, pies na zawsze zniknął z posesji. Długo jeszcze nie lubiłam tej części własnego płotu, tak źle mi się kojarzyła. Dziś nadal mam dobre stosunki z sąsiadami, oni już prawie zapomnieli, że mieli tak wrednego psa. Ale Migol i ten drugi – jego przeciwieństwo sprawili, że rozdział z psami jest w moim życiu zamknięty.
2011-06-19 11:31Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Nasówa mi sie ciekawe pytanie- JAKIE RASY PSÓW LUBICIE NAJBARDZIEJ DROGIE PANIE?
POZDRAWIAM I UDANEJ NIEDZIELIp.s.
w Poznaniu deszcz miesza sie ze słońcem dzisiaj...Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Czytam opowieść Teofilii i wspominam swoje zwierzaki których już nie ma. Każdy z nich to osobna opowieść, wspomnienia.
Miałam czarnego kociaczka który leżał na moich kolanach zawsze gdy odrabiałam lekcje :) Prawdziwy mruczek.
Pewnego kundelka nazwaliśmy "Czarek". Tak się złożyło, że mój wujek poznał kobietę która miała syna o imieniu Czarek. To co się działo u nas w domu gdy odwiedził nas pan Czarek jest nie do opisania ;) I pies i ten pan reagowali na swe imię jednocześnie a my robiliśmy dobre miny do złej gry ;)
Robert, odp. brzmi nie wiem. Miałam kundelki psy rasowe. W zasadzie trudno mi odpowiedzieć na Twoje pytanie. Obecnie jest u nas owczarek niemiecki, to bardzo mądra rasa, łatwa do przeszkolenia.Napisano 11 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Hej Dziewczyny i Chłopaki! Śledzę to Forum od kilku dni i jesteście tak zgraną paczką, że zastanawiałam się jak się tu "wpiąć", żeby nie na chama ;) Aż tu patrzę: jest wątek zwierzęcy. A ja mam 4 kocice! (razem ze mną jest nas pięć ;)). Moje panny to cztery różne osobowości, cztery różne rasy i tyle rodzajów szczęścia. Kiedyś nie wiedziałam co ludzie widzą w kotach, teraz nie wiem, jak można tego nie wiedzieć!
PS. An, fajna historyjka z tym Czarkiem. Moje kocice mają też ludzkie imiona, ale na szczęście (akurat w tym przypadku) raczej na nie nie reagują. No jest jeden wyjątek. Mianowicie jedna z nich ma na imię Julka. Kiedy wołałam koty na kocie smakołyki, to zwykle pierwszą Julkę. No i teraz wystarczy, że zawołam "Julka" a przybiegają wszystkie na raz ;)Proste w obsłudze, prawda? ;)Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Witaj asianka rozgość się na wszystkich wątkach :)
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Witaj Asianka!
Tyle tu różnych tematów i wątków, że każda znajdzie coś dla siebie:-)Kota nie mam, ale mam ulubionego u siostry.
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Asianka, jak wyżej. Nie trzeba się wpinać. Wszystkie są serdecznie witane. Jak chcesz poczuć klimat Forum, to zapraszamy codziennie rano na kawę. Mogą być ziółka. Twoja "Julka" jest tak śliczna, że rozjaśni każdy dzień.
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Witaj asianko kociaro :) 4 koty to nie przelewki. Mieliśmy z tego co pamiętam dwa jednocześnie + maluchy, oj się działo ;)
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Witaj asianka :) odzywaj się jak najczęściej.
A co do zwierzaków to lubię najbardziej psy. Miałam suczkę dobermankę. Lubię duże i charakterne psy. Piękna była, a jak szybko biegała :) Niestety jej czas już minął i od tej pory nie mam juz psa.
A wychowałam kilka maluszków mojej Zuli, bo jakoś sobie nie radziła z obowiązkami matki. Nie bardzo chciała karmić i mimo iż codziennie zjadała 5-cio litrowy gar specjalnej pożywnej zupki, którą gotowałam wg przepisu od weterynarza, to była tak chuda, że wstyd było z nią wychodzić na spacer.
Maluchy na okrągło się dopominały jeść. Dokarmiałam je butelką. Ostatnie karmienie było koło północy, a pierwsze tuż po czwartej rano. Ciężko się było rozstać potem z maluszkami, ale niestety nie było miejsca, na więcej takich dużych piesków.
Ze zwierzaków jeszcze lubię konie :) Jakoś mam inklinacje do dużych formatów, może dlatego, że sama jestem taka mała ;)
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Dzięki Dziewczyny za tak miłe przyjęcie. Chciałam już wczoraj odpowiedzieć, ale skomlikowane hasło dostępu zostało w innym kompie...
4 kocice to rzeczywiście nie przelewki i kiedyś wstydziłam się tej ilości. Na pytanie ile masz kotów odpowiadałam: +/- trzy ;))) No co?, matematycznie nie mijałam się przecież z prawdą;)Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Mam zamiar mojego malucha zabrać do stadniny aby pojeździł sobie na kucyku. Mamy kilka stadnin do wyboru w okolicy. Sama nigdy jeszcze nie jeździłam - trochę się boję.
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Mam cudownego psa rasy Golden Retriver .Biedny Max dzisiaj choruje na stawy .
Uwielbiam chodzić z nim na spacery .Niestety na spacerach zawsze towarzyszy mi niepokój .
Mieszkam na dużej wsi . Prawie w każdym domu jest pies a już na pewno kot :) ,
Te kochane zwierzaki najwyraźniej posiadają właścicieli bez wyobraźni .Prawie codziennie
wypuszczają swoje pociechy za bramę żeby się wylatały .
Wczoraj byłyśmy z sąsiadką na krótkim spacerze .Nawet na naszej ulicy nie mogłyśmy przejść spokojnie z psami .
Z każdej strony beztrosko latały sobie dwa wilczury .Jeden z nich zimą tego roku pogryzł córkę mojej sąsiadki .
Do dzisiaj właściciele nie nauczyli się trzymać psa na smyczy .Wydaje się im że przylecą na gwizd .A wcale się tak nie dzieje .
Aż korci żeby w takich sytuacjach wezwać odpowiednie władze i przyprowadzić właścicieli
do prządku .Niech chociaż zakładają im kagańce ! .
Czy spotkałyście się z takimi sytuacjami ?Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
sachiko zrób tak jak mówisz zawiadom odpowiednie służby. Czasem jak nic nie skutkuje warto tak zrobić zanim stanie się coś złego!
Ja zwracam uwagę np. wtedy gdy jadę na rowerze z dzieckiem, albo pcham go w wózku. Ktoś widzi z daleka, że jedziemy/idziemy ale nie bierze psa na smycz, a o kagańcach w mojej okolicy to jakby nikt nie słyszał ;)Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Sachiko też mieszkam na wsi. Mam labradora. To takie pokorne cielątko. Z każdym się wita i bawi z dziećmi. Kilka domów dalej jakaś rodzina (patologiczna) kupiła sobie amstafa. Już nie wypuszczam Milka na podwórko samego. Boję się o niego. Teraz tylko czekam aż stanie sie nieszczeście i ten pies zagryzie jakies dziecko. Mówiłam to policjantom ale oni mają to w duszy, że tak powiem bo sie jeszcze nic nie stało. Ja się boję.
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Popoludniem wybralismy siez synkiem do pobliskiego hipermarketu.To jakies 15 minut drogi od naszego domu.Mijamy laczki,parki i inne tereny zielone,ktorych tu naprawde wiele.
Sila rzeczy spotykamy tu wiele "kocich"pieknosci ,ktore wychodza sobie na zewnatrz swoich posesji ,przybiegajac do zupelnie obcych im ludzi.To zjawisko zaobserwowalam juz bardzo dawno temu.
I dzis chce sie tym z Wami podzielic.
Jak to jest ze tu na Wyspach nie widuje kotow zaniedbanych,porzuconych,wygladajacych na chorych?
Jak to jest ze koty i koteczki majace "wychodne"poza swoimi domostwami lasza sie do ludzi,sa ufne i bardzo lagodne.Cudnie wypielegnowane,pachnace i wygladajace majestatycznie jakby przed chwila zeskoczyly ze sklepowej wystawy pluszowych zabawek obitej atlasem albo kaszmirem?
Przystanelismy z synkiem nad takim pieknym czarnym "cudenkiem"(moze Lolka zmieknie) z dzwoniacym dzwoneczkiem na szyji...Ta" puszystosc "jedna bez zawahania wskoczyla mi na kolana,przeciagajac sie tak powabnie ze dech zapieralo..
Synek glaskal ,kocur mruczal"motorkiem",a ja zastanawialam sie ze tyle lat zyjac w Polsce nie spotykalam sie z takim zjawiskiem.I to nie byl pierwszy raz kiedy sliczne "kociatko"czekalo przed moimi drzwiami ,domagajac sie jedzonka,picia albo pieszczot tylko?Po "full serwisie,po angielsku ulatnialo sie do siebie...a moze znowu do kogos?,zostawiajac ciagle to samo niesamowite wrazenie...
Moze producenci angielskiej karmy "dosypuja"jakis specyfikow oslabiajacych "koci"instynkt,a moze spoleczenstwo jest bardziej swiadome i wyedukowane,ze zwierze zyje i czuje i nalezny jest jemu nie tylko kat ale codzienna troska i milosc.
Moze od najmlodszych lat uczy sie dzieci ze kupno zwierzaka to obowiazek na cale zycie w zdrowiu i chorobie,pewnie tak ,z cala pewnoscia tak,ludzie tutaj(poza wyjatkami) decydujac sie na zwierzaka(nie tylko kotka)wypelniaja szereg dokumentow dotyczacych celu zakupu,warunkow zycia,szkoli sie ich w zakresie zywienia,reagowania na symptomy chorobowe itp.
Przede wszystkim wieksza swiadomosc spoleczna powoduje ze "kot","pies"czy "kroliczek" naprawde wiele znaczy,a to przeklada sie na szcunek do zwierzat w ogole.Szacunek ktory smiem twierdzic "wysysa sie" z mlekiem matki.Przyklad wedlug mnie istotny ,bo ksztaltujacy wlasciwe postawy ,od najmlodzszych lat poczawszy.A powiedzenie ze "dobry przyklad z gory idzie"ma w tym temacie namacalne uzasadnienie...Pozdrawiam Lolu,kociare (poki co)najwieksza na swiecie:):):)
Inne kociarki tez:):):)Zartuje oczywiscie,ale jest to zjawisko tak normalne dla tej spolecznosci,ze ze swieca tu szukac
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Kocham zwierzęta a w tym psy Yoreczki.Sama mam własnie 2 Yorki.Zgadzam się z powiedzeniem ,że jesli ktoś kocha psy to nie jest raczej złym człowiekiem.Jakoś to sie w życiu sprawdza.Niestety tak się składa ,że otoczona jestem ludżmi którzy nie przepadają za pieskami.Ten mniejszy to piesek a ten więksyz to sunia,która trafiła do nas przez przypadek gdy znajoma powierzyła nam ją idąc do szpitala.Niestety nie wróciła i sunia została u nas.
Załaczam zdjęcia moich pupilków:)
http://www.garnek.pl/ewax100/14604967/maja-i-dzekus-na-kwiecistej-lace
http://www.garnek.pl/ewax100/14604967/maja-i-dzekus-na-kwiecistej-laceNapisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
Sorry wkleił mi się ten sam link a miał być ten http://www.garnek.pl/ewax100/12491691/maja-i-dzekus
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry -
evuzia psie laleczki :) ja mam owczarka niemieckiego :)Spotkalaś się z tym, że ktoś nie lubił twoich psów?
Napisano 10 miesiący temu | adres wpisu | do góry
Odpowiedz »
Musisz się zalogować, aby móc pisać. Jeżeli nie masz konta zarejestruj się.
